CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Marcin Szafran

polaco

V.

MARCIN SZAFRAN.

Hodował laki, stawiał gołębniki,

A ku sąsiadom z wielką był zazdrością,

Że mieli żony, gdy on żywot dziki

Musi prowadzić, co mu w gardle kością

Staje, ostrzejszą, niż owe koziki,

Któremi ptasie wystrugiwał domki...

»Ha!« — mawiał nieraz z żalem i ze złością —

»Mają z kim dzielić każdy kąsek kromki,

A człowiek to samotny, nakształt zmiętej słomki«.

Był nieco rudy, nieco piegowaty,

A pod oczami istne miał poduszki;

Plecy okrywał w granatowe szmaty,

Na szyi chustkę zawiązywał w różki,

Niby jedwabną, przed dawnymi laty

Gdzieś na jarmarku kupioną u żyda —

Na podarunek dla jakiejś dziewuszki,

Ale dziewczyna — z niemi zawsze biéda —

Odrzekła: »mnie płat taki na nic się nie przyda«.

Bo trzeba wiedzieć, jako mój znajomy,

Za młodu strasznym bywał »łapserdakiem«.

Spódnik wywierał wpływ nań zbyt widomy,

Fartuszek, barwnym obszywany szlakiem,

Aż nazbyt wiele rozbudzał oskomy

W tem jego sercu... »Ano-ć« — mawiał sobie —

»Nie jestem przecież ździebłkiem bylejakiem,

A ino człowiek ze mnie, w każdej dobie

Znający się na rzeczy; podług tego robię...«

I podług tego zawsze też i wszędzie,

Wciąż niby robił: kielich za kieliszkiem

Stawiał gromadzie; bił pięścią w krawędzie

Z wielkiej fantazyi; nazywał braciszkiem

Kto się nawinął: »E! choćbym żołędzie

Miał jutro z głodu zbierać w onym lesie,

Albo zbójnikiem zostać i opryszkiem,

Nic to nie szkodzi, życie życiem zwie się,

Kiep ten, kto żyć nie umie; na zdrowie ci, biesie!...« —

I przytupywał sobie ową nogą

I rozmaite wyprawiał przysiudy,

Aż się kolana stykały z podłogą,

Aż się na głowie włos rozwiewał rudy;

Bił się po piętach i skroń marszczył srogą,

Na szyi ciasną rozpinał koszulę,

Wyłupiał oczy, śmiał się — bez obłudy,

Szczerze, jak słońce; wydzwaniał piosnule,

Jak kocioł popękany, lub świszczące kule.

A szczególniejszą słabość miał, bez sprzeczki,

Zwłaszcza do jednej: wyrzucał z gardzieli,

Niby paciórki, słowa tej piosneczki,

Co to, powiada, że ludzie weseli

Dopiero wtenczas, gdy, jak miodek z beczki,

Słodka im miłość zacznie sączyć z duszy;

»W niebie się« — mówi — »kochają anieli,

A was to żadne kochanie nie wzruszy,

Gołąbki, gołąbeczki! otwórzcie swe uszy!«

I krwawe ślepie zwracał w ową stronę,

Gdzie, jako pęki związanego zielska,

Siadły od tańca dziewki rozpalone.

Wielką tkliwością — Panienko Gidelska!

Pożal się nad nim! — chciał wyłowić żonę,

Jako żonate ostatnie są chamy;

Ale napróżno... Zatrzęsły się cielska

Dziewek od śmiechu: »wprzódy zgub te plamy

Na gębie« — tak mu parskną — »potem pogadamy!«

Po takich słowach Marcin Szafran znowu

Brał tak na ambit, jako chciał te dziewki

Przekonać w oczy, że dobrego chowu

Jest niby chłopem; że jest mocno krewki

I że lichemu nie podda się słowu...

Więc ci też pije i miną nadrabia,

Naprzód świecące wysuwa cholewki:

»Żadna z was« — krzyczy — »nie ma dla mnie wabia,

Ta patrzy, jak jaszczurka, ta, jak »panna żabia!«

A one dziewki, jako są bestye

Zawsze zbereźne i kochają żarty,

Wzdyć jeszcze bardziej gną spalone szyje

Z wielkiego śmiechu, co jak cap uparty

Trzyma się warg ich i w kątach się kryje,

Kiedy go niby chcą wygnać powagą:

»Już-ci swój rozum masz na miazgę starty!

Wiechetku! prawdę mówimy ci nagą,

Ustatkuj się, bo chodzisz nie prosto, lecz szagą!«

Ale Wiechetek — bo tak-to Szafrana

Zwali naokół — nie bardzo do siebie

Brał takie mowy... Truła go nagana

Co do tych piegów, to prawda!... »Na niebie« —

Powiada — »zorza świeci wyzłacana,

Bez żadnej plamki, a na mojej twarzy

Wciąż pstrokacizna!...« Więc, gdy się zagrzebie

Nocą w tem gnieździe, tak ino wciąż marzy,

Czy znaleźć mu na piegi środka się nie zdarzy...

Wreszcie mu jakiś dobry duch poradził,

Że niby zawsze mocno jest skutecznem

Przeróżne ziele; żeby się okadził

Wiankiem święconym, a stanie się mlecznem

Jego oblicze... Ano-ć nie zawadził

Nigdy o kamień, kto usłuchał rady

I w sam czas stanął w miejscu niebezpiecznem:

Jak przykazały poczciwe sąsiady,

Wiechetek wziął wypędzać z lic plamiste wady.

Ale wiadoma jest to rzecz na świecie,

Że jak na kogo raz już wrogie losy

Zagną swój parol, ten już nie uplecie

Żadnej korony szczęścia na swe włosy...

Szafran się rychło przekonał, że przecie

W lekarstwie nieraz pomyłka być może:

Kadzidło dobre, gdy bydlak od rosy

Wzdmie się w lucernie, albo w innej porze —

Na piegi... ha! snać tego nie chcesz, mocny Boże!

Próbował tedy na inne sposoby,

Bo-ć chyba nigdy z tem się nie ożeni...

Liść łopianowy, rwany nocnej doby,

Moczył we wodzie wraz z garścią korzeni

Tatarakowych, jako — do choroby!

Musi być tęgość — mawiał — w tataraku!

Wodą tą mył się: może się i zmieni

Gęba co nieco... Ale ani znaku!

Et! lepiej się utopić, lub zginąć na haku!...

I to nim jeszcze straszliwie rzucało,

Że zczerwienione znacznie miał powieki;

Ludziska w oczy gadali mu śmiało,

Że jest jak królik, że powinien leki

Znaleźć i na to, jako jest nie mało

Przeróżnych lekarstw pomiędzy »narodem«.

Chodził i chodził, ale, jak te rzeki

W tył się nie cofną, żar nie będzie lodem,

Tak ona krew nie zginie pod tych powiek spodem.

Ano i nieraz kiedy się zobaczy

W małem lusterku, co przy sobie zawsze

Nosił w zanadrzu, tak z wielkiej rozpaczy

Wydaje mu się, że z dniem każdym krwawsze

Są te powieki i że twarz się znaczy

Coraz to bardziej piegami, że oto

I ludzkie ślepie patrzą nań ciekawsze;

Więc, aby skończyć z nieszczęsną »żorotą«,

Podąża do karczmiska — błoto, czy nie błoto...

I z »mankolii« przytupuje nogą

I rozmaite wyprawia przysiudy,

Aż się kolana stykają z podłogą,

Aż się na głowie włos rozwiewa rudy;

Bije się w pięty i skroń marszczy srogą,

Na szyi ciasną rozpina koszulę;

Wyłupia oczy, drze się — bez obłudy,

Szczerze, jak słońce; wydzwania piosnule,

Jak kocioł popękany lub świszczące kule...

Jużci-ć w spokoju nieraz sam tłomaczył

Swojemu sercu, ażeby też więcej

Miało rozwagi; lecz tak już przeznaczył,

Widno, sam Pan Bóg, het! od lat tysięcy,

Bo Adam w Raju, gdy Ewę zobaczył,

Tak-ci od razu, choć był bożym tworem,

Mózg mu się zmienił, niby w mózg cielęcy:

Nic, ino z Ewą siak i tak, wieczorem

I rano — wciąż przy swojej w miłowaniu skorem.

Prawda że potem Pan Bóg się pogniewał

I niby z raju wypędził Adama,

Ale to z tego, że za głośno śpiewał,

Że pieścił Ewę, choć nie chciała sama,

Skutek był taki, że odtąd odziewał

Adam swą nagość — lecz to rzeczy znane;

Świecić golizną przystoi dla chama,

Dla tego licha, co to wciąż pijane —

Stateczny człek ma zawsze na plecach sukmanę.

Tak sobie często medytował w głowie...

Ale, któż wie to, byłby może wreszcie

Swojemu sercu kazał, co się zowie

Aby milczało na wdzięki niewieście,

Gdyby niejedna, co mu wzięła zdrowie

Już całkowicie: raz, kiedyś, przypadkiem,

Córka Bartoszki, w dzień odpustu, w mieście,

Z wielkiej szczerości — zbyt to było rzadkiem —

Raczyła nie Wiechetkiem nazwać go, lecz bratkiem.

»Ano, jak bratek« — odrzecze — »to bratek!

Bóg-że ci zapłać, chociaż, mówiąc szczerze,

Oddałbym raj swój i chleba ostatek,

Gdybyś mnie mężem...« »Niech cię licho bierze«

Parsknie dziewczyna i w te tropy płatek

Do warg przyłoży, aby ukryć śmianie...

»A co?« — zapyta Szafran — »czy ja zwierzę?

Czy mnie to nie stać na ludzkie kochanie?

Powiadam ci, że szczęścia na zawsze nam stanie!«

Odtąd zupełnie biedne Szafranisko

Otumaniało... Zawsze tak sprawował,

Iżby się znalazł koło dziewki blizko:

Drogę zachodził, za płoty się chował,

Aby ją ujrzeć; drżał, jak zbite psisko,

Bóg wie, dlaczego, kiedy mu przed oczy

Tak wręcz stanęła... »Wiesz, tobie konował

Bardzo potrzebny, niech ci krwi utoczy« —

Mawiała wtedy Kaśka — »w ślepiach ci się mroczy«.

O tak! mroczyło mu się! oj! mroczyło!

I język w gardle także stawał kołkiem.

Chciał nieraz mówić: »Dobrze-by to było,

Gdybyś tak Kasiu!...« chciał ją zwać aniołkiem;

Lecz zamiast tego tak się to zdarzyło,

Że zaczął piszczeć: »Kasia?! u młynarza,

Da! u młynarza Marcina...« »Rosołkiem« —

Wbrew mu się dziewka zaraz przekomarza —

»Kluseczki podlewają, wszędzie to się zdarza...«

»Ba! ba! i u mnie też na rosół starczy;

Mam chałupinę, niezgorszy ogródek,

Na pulchnej glebie, nie śród żadnych karczy;

Laczek w nim rośnie fiu! fiu! — aż się ludek

Cały dziwuje, aż z zazdrości warczy...

I gołębniczek... hoduję gołąbki,

Białe i czarne i pełne obwódek

Pstrych na tych szyjkach; same ci do gąbki

Polecą, na ich miąsku stępisz sobie ząbki...«

I nieraz laczek wciska jej do ręki,

Jako nad wszystkie kwiaty lak jest górą,

Bo to i w palcach, niby jedwab, miękki,

I w oko wpada tą swoją purpurą

I ślicznie pachnie... róży całe pęki

Niby tak wonią nie idą do nosa...

Czasem gołąbka przyniesie — ot, z córą

Starej Bartoszki chciał być co do włosa

Na dobre: tak mu nogi podcięła, jak kosa...

»Gołąbek« — mówi — »widzisz, ty Kasiulu, —

Niby tak w piśmie stoi — jest oznaką

Wielkiej miłości... Nie zadawaj bólu,

Da! »ożeń-że się«, nie bądź przecie taką,

Będzie weselej... będzie: lulu! lulu!

Mały gołąbku!...« — Ale to dziewusze

Było do śmiechu: »Daj ty spokój lakom

I tym gołąbkom, powiedzieć ci muszę —

Lub — jeśli chcesz, to czekaj, może się i wzruszę...«

Tsia! kpiła sobie pocieszna bestya...

Ale on czekał; niby brał jej słowa

Tak »na doprawdy...« Aż tu roczek mija,

A z Kaśki naraz żona już Wojtkowa...

Szafrana wielka wzięła mankolia,

I jeszcze bardziej utracił na cerze —

Zżółkł i posmutniał i — gołąbki chowa

I lak hoduje... Czasem mu się zbierze

Na ambit: »jako« — mówi — »babom już nie wierzę!«

Wtedy, choć stary, przytupuje nogą —

Na przypomnienie; wyprawia przysiudy,

Aż się kolana stykają z podłogą,

Aż się na głowie włos rozwiewa rudy;

Bije się w pięty i skroń marszczy srogą,

Na karku ciasną rozpina koszulę,

Wyłupia oczy, drze się — bez obłudy,

Szczerze, jak słońce; wydzwania piosnule,

Jak kocioł popękany, lub świszczące kule...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Maciej KosarczykMarny tłumie! Zasłuchany →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Marcin Szafran
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-marcin-szafran--jan-kasprowicz-344e4b
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Marcin Szafran», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-marcin-szafran--jan-kasprowicz-344e4b.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.