CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Maciej Kosarczyk

polaco

III.

MACIEJ KOSARCZYK.

Są-ci mędrcowie, co wchłonęli w siebie

Mądrość, zawartą w wszystkich księgach świata,

Co gwiazdy zliczyć umieją na niebie

I krople w morzu i one atomy,

Wypełniające wszechbytu ogromy,

Z taką łatwością, jakbyś trzasnął z bata,

Co widzą tam, gdzie innych wzrok jest niewidomy.

Oni to właśnie, ci wielcy mędrcowie,

Przez swoje szkiełka dostrzegli uczone,

Że człek siermiężny — zwykle cham się zowie —

Żadnej w swem ciele nie posiada duszy.

Bo cóż — pytają — tę bryłę poruszy?

Je to i pije, ciągnie pług lub bronę

Wraz z koniem, a na resztę zamknięte ma uszy.

Trudno nie wierzyć; mózg nasz nie tak ostry,

Placu tym mędrcom pewno nie dotrzyma;

Więc broń swą złóżmy... Lecz, bracia i siostry,

Chociaż ich prawdę przyjmiecie w pokorze,

Tem, co wam w prostych dziś słowach przedłożę,

A co własnemi widziałem oczyma

Przed czasem niezbyt dawnym, nie wzgardzicie może.

Kiedyś, o zmierzchu, gdym był sam w izdebce,

Słuchając szumu srebrzystych topoli —

Więzi mnie język, którym drzewo szepce,

I którym trawy przemawiają drżące —

Jakichś mnie rojeń objęły tysiące,

A wśród nich jeden rwał się mimowoli

Wykrzyknik: »Ileż serca drży w najmniejszej płonce!

Ileż to duszy jest w tem liściu z drzewa,

Co, do gałęzi przyrósłszy, z szelestem

Innych listeczków swoje szumy zlewa

W przeszywającą, tajemną harmonię!

Ileż jest duszy w tem zielu, co błonie

Upstrzyło kwiecia mnogością i »jestem«

Przez swoje woła barwy i przez swoje wonie!...

Ileż miłości jest w tym psie, co oto

Widzę, jak właśnie szczenięta przenosi

Na podścielisko ze słomy — przez błoto

I przez kamienie, leżące śród drogi...

Lecz o tem wszystkiem mędrców zastęp mnogi

Wie i tę prawdę emfatycznie głosi —

Ty tylko nie masz czucia, człowiecze ubogi!«

Naraz znajomy głos mnie z snów obudzi —

Chłopak sąsiada chwycił mnie za ramię,

Wołając w strachu: »Niech się pan potrudzi,

Stary Kosarczyk kona już od rana,

Tak się pasuje z śmiercią, że kolana

I ręce sobie nieledwie połamie;

Pan, mówią, to zażegna, przybiegłem do pana«.

Miałem u chłopów zawsze nieco wiary,

Choć zwykle dla nich każdy surdutowiec

Jest, jak ów potwór, na którego czary

Nie podziałają: w ciało kłem się wżera,

Ssie krew czerwoną, ze skóry obdziera,

Na zatracenia prowadzi manowiec

I strąca tam, gdzie piekło swe bramy rozwiera.

Jam był szczęśliwszy — dlaczego? do rzeczy

To nie należy... Dość, że chłop w swej biedzie,

Która go nakształt siedmiorakich mieczy

Nie poprzestaje kłuć z każdego boku,

Tę moję nicość zawsze miał na oku:

»Poradźcie — mawiał — kochany sąsiedzie,

Człek kłopot i strapienie spotyka co kroku«.

Tak też i wówczas, gdy się żegnał z światem

Maciej Kosarczyk... Mruk to był nad mruki.

Własnego brata nie nazywał bratem:

Zawsze surowy, jak pień w korze grubéj,

I, jakby zawarł kamedulskie śluby,

Zawsze milczący; trzeba było sztuki,

By słówko zeń wyciągnąć: bał się go, jak zguby.

Nigdy na siebie, bywa, nie uważa:

Żebrak, co marny swój żywot opędza

Groszem, na który u wrótni cmentarza

W mróz i zawieję, w deszcz i upał czeka,

Więcej ma w sobie pozorów człowieka,

Niźli ich miała ta chodząca nędza,

Choć mogła się ogarnąć za zboże z sąsieka.

Nieraz, gdy wlókł się — ciap! ciap! do kościoła

W podartych butach, w sukmanie, powrosłem

W krzyż przepasanej, tłum dzieciaków woła,

Śmiejąc się z niego: »W ostatki jedyny

Byłby z was niedźwiedź! Są już grochowiny« —

Tak szydzą jedni, a drugi: »przyniosłem,

By można was prowadzić, spory kawał liny...«

Ale groch rzucaj o ścianę, a większy

Zobaczysz skutek, niż na nim wywarły

Wszystkie szyderstwa. On już nie upiększy

Swojego ciała przed śmiercią. W swą ziemię

Jak kret się zarył, lub jak ropuch plemię,

I już za życia był, jakby umarły:

Jaśniejszy snać promyczek żaden w nim nie drzemie...

Czy sąsiad chory, lub umiera krewny,

Czy drży kto z zimna, albo chleba nie ma,

Czy komu zasiew spłukał deszcz ulewny,

Albo też grady łan wytłukły pszenny,

Stary Kosarczyk zawsze był niezmienny:

Na łzy, na skargi, rękami obiema

Około uszu machnął i szedł w trud codzienny.

Żona, jak owa bylica, gdy wiosną

Upadną deszcze, cała zlana łzami,

Dzieci, jak w rosie dziewanny, co rosną

Na sypkich piaskach, daremnie go proszą:

»Ludzie twe imię na językach noszą,

Żeś nie jak człowiek, tylko zwierz; nad nami

Miej litość, razem z twoim wszak i nasz wstyd głoszą.

Mamy garść siana, słomy cały stożec

Prawie że zgnił już za oną stodołą;

Owsa nie braknie, a i żyta korzec

Znajdzie się jeszcze; weź, sprzedaj i nowe

Spraw sukmanisko, zaczesz włosy płowe

I lice umyj, zlane niby smołą,

I żyj, jak ci, co mają mózg i serce zdrowe...«

Nic nie pomogło: na prośby i rady

Pomruknął czasem lub się głupkowato

Zaśmiał i poszedł, jak ten jego gniady,

Z łbem opuszczonym na pole... Żelazem

Nie zmieniłbyś go czerwonem... Był głazem

Który oblepił czarny brud, i na to

Świat cały nie miał środka z Panem Bogiem razem.

Raz tylko jeden wydał z swego wnętrza

Głos, nakształt trzasku, jak to drzewo w boru,

Gdy ręka burzy, nad myśl ludzką prędsza,

Grubą mu gałęź odłamie; jak żmija,

Gdy nadepnięta, w pion swe kręgi zwija,

Skręci się wtedy i oko potworu,

Nabiegłe krwią, w powietrze, niby kołek, wbija.

»Precz z mego domu! precz! precz!« tak na córkę

Syknie, gdy hańbę swej córki spostrzeże;

A gdy ta płacze, porwie za rozwórkę

I, niby lekką kozicę, drżąc cały,

Rzuci o ziemię, aż w drobne kawały

Sprzęt się roztrzaskał: niby jakie pierze,

Tak szczypy się dębowe wokół rozleciały.

I córka poszła z ojcowskiej zagrody,

W świat wypędzona, a on znów się skulił

W swą własną skórę, jak ten jeż; do kłody

Znów był podobien i znów wgryzł się w rolę,

Jak w kawał sukna wgryzają się mole,

I ani popadł w gniew, ni się rozczulił,

I znów, jak głaz, przyjmował dolę i niedolę...

Tak aż do śmierci... Wieczór coraz ciężéj

Kładł się na sioło, kiedym wszedł do chaty,

Gdzie snać już życie śmierci nie zwycięży:

Kosarczyk leżał na sosnowem łożu,

Zwiędły, jak oset, zdeptan na przydrożu,

Z parą ócz, zblakłych, jak one bławaty,

Zostałe na ściernisku po sprzątniętem zbożu.

Mrok izby chłopskiej blask rozszarpał słaby

Żółtej gromnicy, a posępną ciszę,

Od świecy żółtsze, przerywały baby,

Za konających szepcąc modły głuche;

Czasem brzęczącą usłyszałeś muchę,

Czasem on jęknie lub ciężko zadysze,

Lub, ruszy się, zachrzęszczy pod nim słomsko suche.

»Bóg zapłać panu!« — tak do mnie wyrzeknie

Kosarczykowa, ciemnej sukni końcem

Łzę ocierając, co jej rosą cieknie

Po wymarszczonym policzku; — »w tej nędzy

Pan może znajdzie nam radę, bo między

Ludźmi wszystkimi, co żyli pod słońcem,

Nikt strasznie tak nie konał... może umrze prędzéj.

Teraz już chwilkę tak spokojnie leży,

Nawet przez usta wyszła mu już blada

Niby chmureczka: niech kto chce nie wierzy,

Boć wszystko mara, tylko Bóg jest wiara,

Jednak — wiadomo, Walentowa stara,

Co śmierć widziała niejedną, powiada,

Że dusza tak z człowieka wychodzi, jak para...«

Ale zaledwie te słowa wypowie,

Chory się zerwie z posłania, kościste

Wypręży ręce i te oczy w głowie

Tak, jak szerokie, wytrzeszczy i stęknie,

Że pierś kosmata, zdawało się, pęknie

Z trzaskiem, jak obręcz na beczce... O Chryste!

Takiego, jak ten widok, któż się nie ulęknie!

Parska, aż ślina usta mu pokryje,

Jak gdyby »bożą wolą« nawiedzony,

Zaciska zęby, skręca chudą szyję,

Płachtę pod sobą drze na drobne szmatki;

Jak dzikie zwierzę, zamknięte do klatki,

Tak się szamoce ze śmiercią, do żony

Przemówić chce — nie może... sił to już ostatki...

Przestrach ogarnął obecnych, wszak dreszcze

I mnie schwyciły; baby jęły modły

Za konających czytać w głos: »Tej jeszcze

Udziel mu łaski, w tem życiu jedynéj,

By śmierć miał prędką, potem przebacz winy,

O Panie Jezu, aby go zawiodły

Anioły twoje święte do świętej dziedziny...«

I jedna w rękę gromnicę mu wciska:

Wziął, lecz w tej chwili wyrzucił ją z dłoni,

Babę odepchnął od swego łożyska,

Siadł nieruchomie i zaczął dokoła

Błądzić oczami; ściągnął brwi u czoła,

Jakby powieki skryć chciał w fałdach skroni,

I znów porusza wargą i coś szepnąć zdoła...

»Jagusi żąda, nieszczęsnej Jagusi,

Którą przed laty jeszcze wygnał z domu« —

Tak, zalewając się łzami, wykrztusi

Kosarczykowa — »posłałam-ci-ć po nią,

Lecz i najlepszym nie zdarzy się koniom,

Ażeby biegły ze szybkością gromu,

Potrzeba dnia całego, nim dotąd przygonią...

Masz inne dzieci« — tak się zwróci k'niemu —

»Klęczą przed tobą, przeżegnaj sieroty,

Złóż na ich głowy swą rękę, by złemu

Zastąpić drogę tą przeświętą zbroją,

Błogosławieństwem rodzica...« Ukoją

Snać go te słowa i wyrwą z martwoty,

Bo głów łkających dzieci dotknie ręką swoją.

Lecz znów w tym samym zerwie się momencie,

Jakby go kurcze porwały... »Innego —

Rzeknę — tu nie ma ratunku; pieczęcie

Spokojnej śmierci przyłożyć tu może

Tylko Jagusia. Tak jest, mocny Boże!

Abyś go zabrał do przybytku swego,

Wygnana tylko córka tutaj dopomoże«.

I tak się stało... Jagusia, o długą

Drogę od naszej biedująca wioski,

Wejdzie do izby, łez oblana strugą,

I na tej smutnej pościeli krawędzie,

Gdzie śmierć za chwilę z tryumfem zasiędzie,

Padnie nieomal bez zmysłów:

Tak zmógł ją ból, że szlochań snać się nie pozbędzie.

Stary Kosarczyk poznał swoją córę:

Popatrzył naprzód, jak człowiek, co oczom

Swoim nie wierzy, potem rękę w górę

Podniósł i ciężko spuścił i bezwładnie

Na głowę dziecka; ze źrenic mu zdradnie

Dwie się po twarzy wielkie łzy zatoczą,

A głowa podniesiona w poduszki opadnie.

Jak obmacuje ślepiec grzbiet gołębia,

Aby się jego barwą rozkoszować,

Tak on swą ręką, co się już oziębia

Od tchnień śmiertelnych, szyję córki chłodzi,

Albo palcami wyschniętymi brodzi

W jej gęstych puklach: chciałby je tam schować,

Tak miękko mu w tych włosów jedwabnej powodzi.

W kątach ust zwiędłych, skrzywionych cierpieniem,

Widać to było, spoczął uśmiech błogi,

A wargi drżały: z Jagusi imieniem

Z wnętrza ostatnia uleciała para:

To, jak powiada Walentowa stara,

Dusza z człowieka w nowe idzie drogi —

Lecz można-ż temu wierzyć? Ha! różna jest wiara...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Lirnik mazowieckiMarcin Szafran →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Maciej Kosarczyk
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-maciej-kosarczyk--jan-kasprowicz-ebe532
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Maciej Kosarczyk», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-maciej-kosarczyk--jan-kasprowicz-ebe532.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.