CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaTaras Szewczenko

Taras Szewczenko · Romanticismo

Katarzyna (Szewczenko, 1908)

polaco

Ej! kochajcie, czarnobrewki,

Ale nie Moskala:

Moskal tylko serca zrani,

Dusze porozżala.

Swem kochaniem, czy udaniem,

Pożartuje srogo,

Pójdzie w swoją Moskiewszczyznę,

A ty giń, niebogo!

Nicby jeszcze, gdyby sama

Skamieniała głazem,

A to nieraz stara matka

Musi ginąć razem.

Nieraz, nieraz serce pęka,

Choć się pieśni nucą;

Ludzie serca nie spytają,

A kamieniem rzucą.

Więc kochajcie, czarnobrewki,

Tylko nie Moskala:

Moskal tylko serce zrani,

Potem się przechwala.

Katarzyna ojca, matki

Głosu nie rozumie,

A Moskala pokochała,

Jak tam serce umie.

I do sadu z młodym chodzi,

I na pierś się garnie,

Póki swojej biednej doli

Nie zgubiła marnie.

Ot, bywało, matka woła:

Córko! na wieczerzę!

Ona syta ze swym lubym,

Ani sen jej bierze.

I ta miłość jawna była

W oczach całej wioski,

I poczęli już źli ludzie

Puszczać złe pogłoski.

A niech sobie źli tam ludzie

Co ich wola plotą:

Ona kocha — serce pełne,

To i mniejsza o to!

Zabębnili, zatrąbili

W wojskowej komendzie:

Moskal poszedł w Turecczyznę,

Cóż z dziewczyną będzie?

A choć serce się pokryło

Jakby kirem grubym,

Miło czasem i zaśpiewać,

I tęsknić po lubym.

On się zaklął, zaprzysięgał

Swojej Katarzynie,

Że powróci, jeśli w bitwie

Kula go ominie.

On tak kocha! onby nie chciał

Zwodzić mię w obłudzie;

A tymczasem, co ich wola,

Niech gadają ludzie.

Katarzyna łzy ociera,

W sercu jej swobodniej,

Choć dziewczęta na ulicy

Coś tam stronią od niej.

Katarzyna myśli sobie:

Bóg wie, co im chce się?

O północy wiadra bierze

I wody przyniesie.

Niech wrogowie nie zobaczą,

Wszak blizko krynica.

Stanie sobie pod kaliną,

I zaśpiewa Hryca.

Aż kalina się rozpłacze,

Kiedy ją wysłucha.

Ona wraca, niewidziana

Od żywego ducha.

Katarzyna błogo marzy,

Do snu się układłszy,

Lub ubrana w białą odzież

Przez okienko patrzy.

Minął miesiąc, minął drugi,

Minęło półrocze,

I krwią czarną okipiało

Jej serce ochocze.

Przyszła boleść... ciężka boleść.

I po krótkiej chwili

Takie piękne, jak aniołek,

Już dzieciątko kwili.

Już sąsiadka jedna, druga,

I matce docina:

Wy za piecem hodujecie

Moskiewskiego syna.

............

Katarzyno! Katarzyno!

Nieba cię skarały:

Co ty biedna poczniesz w świecie

I sierotka mały!

Ty bez męża... on bez ojca,

Co wy uczynicie?

Ojciec... matka... cudzy ludzie,

Ej! niedobre życie!

Wyzdrowiała Katarzyna,

Przejrzała po świecie;

Patrzy w okno na ulicę,

I kołysze dziecię.

Wyjdzie w ogród, by popłakać,

Do ziemi przypadłszy;

A zły człowiek przez częstokół

Z urąganiem patrzy.

Tam w ogródku zielenieją

Czereśnie i wiśnie;

Wyszła biedna i niemowlę

Do swych piersi ciśnie.

A w ogródku już nie śpiewa

Piosenek swobody,

Jako wtenczas, gdy przychodził

Jej kochanek młody.

Już nie śpiewa w cieniu wiśni

I ciemnej kaliny,

A tymczasem źli wrogowie

Szarpią cześć dziewczyny.

Co ma począć nieszczęśliwa,

Że jej serce ranią?

Gdyby miły wrócił z drogi,

Ująłby się za nią.

On daleko za górami

Gdzieś się w boju trudzi,

Ani też jej nie zobaczy,

Ni śmiechu złych ludzi.

Może leży za Dunajem

Między zabitemi,

Albo może kocha inną

Na moskiewskiej ziemi.

Nie... jej luby nie zabity

Na żadnej wojence...

Gdzie on znajdzie takie oczy,

Takie brwi dziewczęce?

Choćby schodził na kraj świata,

Opłynął kraj morza,

Jedna tylko jest na świecie

Katarzyna hoża.

Dała matka czarne brewki

I czarne oczęta;

Lecz przy brewkach — jasnej doli

Dać jej nie pamięta.

A bez doli, piękne lice,

Jak piękny kwiat bywa:

Przyjdzie słońce i zapali,

Wicher poobrywa.

Myj że łzami białe lice

I jęcz pokryjomu,

Bo Moskale inną drogą

Wrócili do domu!

II.

Siedzi ojciec w końcu stołu,

Na rękach pochyły,

Ciężko duma, bo staremu

Boży świat nie miły.

A opodal siedzi matka

Na dębowej skrzyni,

Cichym głosem gromi córkę

I wyrzuty czyni:

Kiedyż przyjdzie, moja córko,

Wesele do chaty?

Gdzie są drużki, starostowie?

Gdzie weselne swaty?

Idź na Moskwę, tam cię czeka

Godowa gromadka;

Ale nie mów dobrym ludziom,

Żem ja twoja matka.

O! przeklęta ta godzina,

Co cię na świat zsyła!

Czemum ciebie z jasnym wschodem

W rzece nie topiła?

Nie przyszłoby na niesławę

I na hańbę w świecie...

Moja córko! moja córko!

Mój różany kwiecie!

Hodowałam, jak ptaszynę,

Jak krasną jagodę;

Na cóż teraz, na cóż przyszły

Twoje lata młode?

Idź na Moskwę szukać teści,

Idź sobie za morze!

Nie słuchałaś mojej rady,

Jej posłuchasz może.

Idź, przywitaj, — oni ciebie

Przyjmą najgoręcej;

Idź na Moskwę, bądź szczęśliwa,

Lecz nie wracaj więcej.

Ruszaj sobie w cudzą stronę,

Na kraj świata Boży...

Lecz któż tutaj moją głowę

Do trumny położy?

Kto zapłacze łzami dziecka

Nad matką rodzoną?

Kto posadzi na mogile

Kalinę czerwoną?

Kto choć jeden pacierz zmówi

Za mą grzeszną duszę?...

Och!... idź, córko nieszczęśliwa;

Ja wyrzec się muszę!

Kończy mówić, łzy ociera,

Coraz bardziej blada,

Błogosławi... i na skrzynię

Bezprzytomnie pada.

No — powiada ojciec stary, —

Gotuj się do drogi!

Katarzyna, rycząc, padła

Pod ojcowskie nogi:

Och, przebaczcie nierozumnej

Młode jej swawole!

Przebacz, ojcze, mój gołąbku,

Mój jasny sokole!

Niech twa dola dobrych ludzi

Do litości wzruszy!

Módl się, córko, i idź z Bogiem,

Będzie lżej na duszy!

Córka wstała, pokłon dała,

Wyszła milcząc z chaty;

Już sierotą stara matka

I ojciec brodaty.

Wyszła z chaty i do Boga

Modlitwę posyła,

I rodzinnej szczyptę ziemi

W szkaplerzu zaszyła.

Och, nie wrócę... och, nie wrócę

Ani tutaj blizko!

W cudzej stronie cudzy ludzie

Dadzą przytulisko.

Swojej ziemi choć garsteczkę

Ja zabiorę rada:

Niech o mojej gorzkiej doli

Ludziom rozpowiada.

Nie mów, synu, gdzie się zwrócę,

Szanuj me ukrycie...

Ot kto powie! — sad wiśniowy,

Żem ci dała życie.

Ja ucieknę, wpadnę w rzekę

Zalać piersi strute;

Ty sieroctwem za me grzechy

Odbędziesz pokutę!

Idzie wioską nieszczęśliwa

Szukać doli w świecie;

Na jej głowie biała chusta,

A na ręku dziecię.

Wyszła z wioski — iść potrzeba

O chlebie żebraczym...

Obróciła nazad oczy

I ryknęła płaczem.

Wyszła w pole — i stanęła,

Jak samotne drzewa,

I jak rosa przed jutrzenką,

Łzami się zalewa.

A dziecina jak aniołek,

Nie zna swej niedoli,

Jedną rączką piersi szuka,

A drugą swawoli;

Słońce zaszło za dąbrowę,

Niebo pokraśniało, —

Ona z łez otarła oczy

I wędruje śmiało.

A na wiosce, jak na świecie,

Bajali co chcieli:

Ale ojciec, ale matka

Tych słów nie słyszeli.

Tak na świecie, na tym świecie

Bywa zawsze prawie:

Ludzie ludzi rzną i topią,

I gubią na sławie.

Za co? za co, miły Boże,

Te brzydkie obmowy?

Świat szeroki — ale niema

Gdzie przytulić głowy.

Jeden w świecie ma obszary

Szerokie i szumne;

Drugi miejsca tylko tyle,

Gdzie zakopać trumnę.

Gdzież ci ludzie, co to serce

Dla nich się odsłania,

Żyćby chciało, bić ogniście

I topnieć z kochania?

Jest na świecie wola,

Ale któż ją zbada?

Jest na świecie wola,

Lecz któż ją posiada?

Są na świecie ludzie,

Którym świat się dziwi,

Syci srebra, złota,

Ale nieszczęśliwi.

Żupan ich podszyty

Ciernistemi igły,

Szarpie ból ukryty,

Ale łzy zastygły,

Bierzcie srebro, złoto,

I bądźcie bogacze;

Dla mnie żal z tęsknotą,

Ja tylko zapłaczę.

Zatopię niedolę

Moją łzą niebogą,

Zadepcę niewolę

Moją bosą nogą! -

Bogatszym od króla,

Próżność mię nie łechce,

Kiedy serce hula,

Jako samo zechce.

III.

Krzyczy sowa nad lasami,

Iskrzy niebo gwiazdeczkami,

A gdzie droga, a gdzie niwa,

Konik polny pobrząkiwa,

A po chatach dobrzy ludzie

Spoczywają po swym trudzie.

Czy kto płaczem piersi znużył,

Czy kto szczęścia swego użył,

Dla każdego jednakowa

Ciemna nocka wszystko schowa.

Gdzież ukryła Katarzynę?

Czy w lesistą gdzie gęstwinę?

Czy ją w chatę ludzie zową?

Czy pod kopą śpi zbożową?

Czy na kłodę gdzieś przypadłszy,

Wilczych oczu pilnie patrzy?

Oczki czarne z ognia siłą!

Bogdaj nigdy was nie było,

Jeśli przez was — dobre Nieba!

Tyle klęski zażyć trzeba.

A co potem jeszcze czeka?

Będzie bieda niedaleka.

Trzeba przebyć żółte piaski,

Ludzkie łaski i niełaski,

Trzeba przebyć białe śniegi,

Na pustyni mieć noclegi,

I to jeszcze zgadnąć sztuka,

Czy się znajdzie kogo szuka?

Czy on biedną pozna przecie?

Czy przygarnie swoje dziecię?

Przy nimby się zapomniały

Piaski, śniegi i trud cały:

Niech matczynem sercem wita!

Po bratersku zdrowia spyta!

Zobaczymy... daj to, Boże!

Ja tymczasem kobzę złożę

I rozpytam się po przedzie,

Gdzie na Moskwę droga wiedzie?

............

Tam za Dnieprem, za Kijowem,

Tam za borem, za sosnowym,

Tam drużyna szła czumacza,

Wyśpiewując pieśń Puhacza.

Tamże młoda szła niewiasta,

Z kijowskiego pewnie miasta,

Gdzie do cerkwi i Pieczary

Szła odprawiać swe ofiary.

Lecz ma postać niewesołą,

Pochyliła smutnie czoło,

A jej odzież to łachmana,

A przez plecy torba lniana,

W jednej ręce kij pielgrzyma,

A na drugiej dziecię trzyma,

Gdy się zeszła z karawaną,

Kryje dziecię w szmatkę lnianą!

Dobrzy ludzie, ej dla Boga!

W Moskiewszczyznę gdzie tu droga?

W Moskiewszczyznę?... tam do kata

Ej, to jeszcze kawał świata!

W samą Moskwę... wskażcie drogę

I obdarzcie czem niebogę!

Miedzianego dali szaha.

Brać, czy nie brać? dłoń się waha;

Snadź żebraczka jeszcze dzika

Do jałmużny nie przywyka.

Bo i na cóż grosz niebodze?

Ale dziecię karmić w drodze,

Trzeba kupić mu kołaczy,

Trzeba przenieść wstyd żebraczy.

Więc dziękuje za ich dary,

Śpieszy na noc na Browary,

A w Browarach, broniąc głodu,

Kupi dziecku kołacz z miodu.

Tak wędrując dni, tygodni,

Pyta drogi u przechodni;

A powolny chód jej pieszy, —

Gdy do wioski nie dośpieszy,

Często, gęsto pod jedliną

W polu nocleg ma z dzieciną.

Ot do czego czarne oczy!

Aby płakać na uboczy.

Ej! dziewczęta niebożęta,

Niechaj każda to pamięta,

A za przykład złej podróży

Katarzyna niech wam służy.

Nie pytajcie, czemu tłuszcza

I do chaty jej nie wpuszcza,

A nie skarżcie wyrzutami,

Bo nie wiedzą ludzie sami:

Oni tylko są szafarze,

Kiedy Pan Bóg kogo karze.

Bo to człowiek, jak wierzbina,

Gdzie wiatr wieje, tam się zgina;

A sieroce złe koleje,

Słońce świeci, lecz nie grzeje.

Gdyby mogli ludzie mili,

Toby słońce zasłonili,

Żeby promień jego złoty

Nie osuszał łez sieroty.

Jakaż wina tej niebogi?

Za co dla niej świat tak srogi?

Nienawiścią jakąś pała,

Chce koniecznie, by płakała.

Nie płacz... nie płacz, Katarzyno!

Niech przy ludziach łzy nie płyną;

A kiedy się płakać zdarzy,

Niech nie widzą twojej twarzy.

By ci lice nie zmarniało,

Zmywaj łzami twarz twą białą;

Ale idź, gdzie puszcza skryta,

Póki słońce nie wyświta:

To i ludzie nie zobaczą,

Nie poszydzą nad rozpaczą;

A nim oczko się wyszlocha,

To odpocznie serce trocha.

Przenocuje przy jedlinie,

Trochę piersi da dziecinie,

I jak tylko siły wzmogą,

W kraj Moskiewski idzie drogą.

Idzie smutna — a wtem baczy,

Że z daleka coś majaczy.

Boże! wojska idą roty!...

Zamarł w piersiach duch sieroty...

Serce kipi... rwie się z łona!

Bieży naprzód, jak szalona,

I żołnierzom prawi dziwy:

— Gdzie mój Janko czarnobrewy?

Czy on tutaj służy z wami?

Czy nie zginął pod Turkami?

Powiadają jej Moskale:

— My nie znamy Janka wcale.

I zwyczajną drogą swoją

Gorzkie żarty z biednej stroją.

Zuchy nasze!... oto sztuka!

Kogóż żołnierz nie oszuka?

Której dziewki, w jakiem siole,

Nie wywiedzie żołnierz w pole?

Katarzyna z bólem rzecze:

— U was serca nie człowiecze!...

Cyt, mój synu! pójdziem dalej,

Będziem jeszcze go pytali,

Aż w moskiewskie pójdziem bramy,

Może jeszcze go spotkamy.

Oddam ciebie, dziecko lube,

Sama pójdę na zagubę.

Zamieć w polu kręci, miecie,

Nic nie widać w Bożym świecie.

Katarzyna, stojąc w polu,

Nie folguje serca bólu.

Wzmógł się wicher tajemniczy,

I gdzieniegdzie tylko ryczy.

Katarzynie dusza pała,

Lecz już wszystkie łzy wylała;

I na łzami zlane dziecię,

Jak na zlane rosą kwiecie,

Obróciła smutne oczy,

A gadzina serce toczy.

Naokoło cisz cmentarna,

A dokoła puszcza czarna,

A przy drodze wedle boru

Majaczeje dach futoru.

— Chodźmy, synu, zmierzch na dworze,

Do tej chaty wpuszczą może,

A nie wpuszczą, Pan Bóg z niemi,

Na wilgotnej zaśniem ziemi.

Gdzież ty będziesz spał, Iwanie,

Gdy na świecie mię nie stanie?

Po igraszkach, po zabawie,

Z psem przylężesz gdzieś na trawie!

Z psami jednak lepsza rada:

Choć pokąsa, nie ogada,

Nie narazi na obmowę

Nieszczęśliwą twoją głowę.

............

............

IV.

............

............

Wicher jęczy w różne tony,

Łamie drzewa w lesie,

Jak po morzu sine fale,

Śnieg po polu niesie,

Karbowniczy wyszedł z chaty,

Obejść swoje knieje:

— Ale gdzie tam!... ani rady,

Wicher gdzieś zawieje.

Niechaj puszczę licho bierze,

Wrócę do komina.

Ale cóż tam? ćma żołnierzy

Zbliżać się poczyna.

Co za chmara!... co za chmara!

A jak broń ich błyska!

Niby pilno im doprawdy

Przysiąść do ogniska.

Niczyporze! rzekł do syna —

Patrz, Moskale jadą,

A jak śnieg ich poubielał...

Jak łabędzi stado!...

U nich w chacie Katarzyna

Nie śpi nieszczęśliwa,

Słyszy całą ich rozmowę

I szybko się zrywa.

— Co! Moskale? gdzie Moskale?

Przy okienku stanie,

Jak szalona, bezprzytomna,

Leci na spotkanie.

Snadź Moskale jej we znaki

Dali się nielada,

Bo i przez sen tylko wzdycha,

Tylko o nich gada.

I przez chwasty, przez zasypy

Zadyszana leci,

I stanęła na gościńcu

Wśród wichrów zamieci.

A żołnierze konno, rzędem,

Jadą według hasła:

Katatrzyna ich ujrzała

I w ręce zaklasła.

A po przedzie starszy jedzie

Okryty szarugą:

— Iwan!... Iwan!... och, mój luby!

Gdzieś bawił tak długo!?

I do strzemion mu przypada

Szalona dziewczyna.

Iwan spojrzał — i konika

Ostrogami spina.

— Czy uciekasz?... cóż to znaczy,

Iwanie jedyny!

Czyż ci z głowy pamięć wyszła

Swojej Katarzyny!

Spojrzyj tylko... to ja... to ja,

Twoja ulubiona;

Poco gniewne marszczysz czoło

I targasz strzemiona?

On udaje, że nie zważa,

I chce pędzić dalej, —

I Marsz naprzód! groźnym głosem

Mówi do Moskali.

— Ej, Iwanie! ej, sokole!

Nie opuszczę ciebie!

Jestem twoja Katarzyna,

Tak jak Bóg na Niebie!

— Daj mi pokój, szalenico,

Hej, weźcie ją z drogi!

Jeszcze gniewniej zmarszczył czoło

I szarpnął ostrogi.

— Co Iwanie!... ty się rzucasz?

Węzeł się rozprzęga?

A gdzież twoje dobre słowo?

Gdzie twoja przysięga?

— Precz mi z drogi! Hej, żołnierze,

Zwleczcie ją do rowu!

Katarzyna, za strzemiona

Chwyciła go znowu;

— Ze mną czyń, jak twoja łaska,

Ja zniosę męczarnie;

Ale dziecię!... nasze dziecię...

Czyż zaginie marnie?

Nie gub, Janku, nas oboje,

Tak być nie powinno!

Ja ci będę najemnicą,

Kochaj sobie inną.

Kochaj sobie choć świat cały,

Niech się co chce stanie,

Ja zapomnę dawne lata

I nasze kochanie.

Tylko przykryj moją sławę

Imieniem twej żony:

Bo syn będzie nieszczęśliwy,

Świat Boży zgorszony.

Nie porzucisz syna, luby,

Nie porzucisz przecie...

Pozwól... ja ci go przyniosę...

Co za piękne dziecię!

I od kolan się odczepia,

I do chaty bieży,

Niesie dziecię, otulone

W podartej odzieży.

— Patrz, Iwanie!... patrz na syna!

Iwan już z daleka!...

— Czyż doprawdy swej dzieciny

Ojciec się wyrzeka?

Poczekajcie... poczekajcie,

Sokoły-żołnierze!

Niech z was który mego syna

Do siebie zabierze!

Czy oddajcie go starszyźnie

Waszego szeregu,

Bo jak ojciec bezlitosny,

Rzucę go na śniegu!

I z rozpaczy wściekłym krzykiem

Przeklina Iwana:

Grzechem, synu twa godzina,

Grzechem była dana.

Rośnij, rośnij na śmiech ludzki,

Sierocino mała!

Zostań tutaj szukać ojca:

Jam długo szukała!

I przy drodze dziecię kładzie,

Sama w las ucieka,

A Moskali już za górą

Nie widać z daleka.

A niemowlę dogorywa,

W niebogłosy krzyczy...

Szczęściem, krzyki ze swej chaty

Posłyszał leśniczy.

Katarzyna biega, wyje,

Klnie swego sokoła,

I wybiegłszy na pagórek,

Po imieniu woła:

— Wróć się, wróć się, drogi Janku,

Tak powinność każe!

Ale tylko leśne echo

Odzywa się w jarze.

Obłąkana bieży jarem,

Łapać echo może,

I stanęła bez pamięci

Przy wielkiem jeziorze:

— Przyjmij, Boże, moją duszę, —

Ty, wodo, me ciało!

I na wodzie pod krą lodu

Coś zapluchotało.

Ot i kara, że nie słucha

Matczynej porady...

A wiatr dmuchnął po jeziorze

I zagładził ślady.

Mały wicher, co rwie dęby

I sośniny chyli;

Lżejsza boleść chować matkę,

W jej starości chwili;

Nie sieroty małe dzieci,

Co pogrzebły nianię:

Na mogiłach dobra pamięć,

Jeszcze pozostanie.

Lecz cóż temu pozostało

Do życia ostatka,

Kogo ojciec ani widział,

Wyrzekła się matka?

Ani chaty, ani rodu,

Ani dobrej sławy;

Nikt do niego nie zagada,

Nie dzieli zabawy.

Szlochy, płacze całe życie,

Żal się Panie Boże!

Na co jemu twarz udatna

I spojrzenia hoże?

Aby ludzie powiedzieli,

Patrząc w jego lice:

— Lepiejby go od kolebki

Pogrzebli rodzice!

V.

Do Kijowa szedł ubogi,

Na spoczynek siadł u drogi;

A prowodyr z drugiej strony,

Torebkami oczepiony,

Na słoneczku małe chłopię

W żółtym piasku dołki kopie.

Stary kobzarz pieśnię pieje

O Jezusie z Galileje;

A kto idzie, ten nie zbacza,

Ten da grosza, ten kołacza,

A niewiasty kromkę sera

Dla młodego prowodyra.

Rozważają chłopca losy:

Chłopak piękny, nagi, bosy,

Wziął po matce wzrok sokoli,

Ale nie wziął dobrej doli.

Z szumem pańska grzmi kolaska,

A woźnica z bicza trzaska,

A w kolasce pan i pani,

A na drodze pył tumani.

Przy żebraku niespodzianie

Pozłocisty powóz stanie.

Dziecię bieży do kolaski,

Grosz dostało z pańskiej łaski.

Pan popatrzał na Iwanka...

Jakby jakaś niespodzianka,

Jakby coś mu myśli mroczy,

I odwraca w stronę oczy.

Piękna pani wzrok wytęża

Na Iwanka, to na męża.

Och! zły ojciec poznał syna,

Z oczu matkę przypomina;

Ale milczy, rusza głową.

Pani spyta: Jak cię zową?

Zwą mię Jankiem — Ładnyś mały!

I rumaki poleciały,

Piękny powóz w żwir się kopie

I kurzawą przykrył chłopię.

I włóczęgi torby biorą,

Przeżegnali się z pokorą,

I kijowskim bitym szlakiem

Kobzarz powlókł się z chłopakiem.

Sigue explorando

Por su autor
Taras Szewczenko · 49 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Jak za podatek łach ostatni…Konają dni, konają noce… →

Expediente

Autor
Taras Szewczenko
Título
Katarzyna (Szewczenko, 1908)
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-katarzyna-szewczenko-1908--taras-szewczenko-f7999f
Cita recomendada
Taras Szewczenko, «Katarzyna (Szewczenko, 1908)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-katarzyna-szewczenko-1908--taras-szewczenko-f7999f.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.