CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaStanisław Wyspiański

Stanisław Wyspiański · Modernismo

Juliusz II

polaco

O cuda, o cuda. O cuda, o cuda!

O Matko święta.

Ty szalony?

O wielkości poczęta.

Ty widziałaś Boga wielkoluda — !?

Ty, szalony? O Święta Panienko.

Ty widziałaś go, z olbrzymią ręką,

jak podźwigał z leżyska Adama?

I tam otworem raj — i rajska brama

i Ewa, matka człowieka,

jak zwolna, schylona, powstała? —

O cuda, olbrzymy, tytany!

Ty szalony!

Ja cudem porwany.

O chwilo blasku, o światłości.

Co we mnie długo, długo utajone,

to się naraz przedemną rozwiło.

Coś ty widział?

Ludem się roiło

sklepienie — strop. Hen u stropów

widziałaś przygiętych chłopów,

jak wieniec plecionej choiny,

chłop mocen podawał chłopu?

Przewalały, — przewalały się ciała.

Widziałam.

Ty nic nie widziała.

Jaką siłą, jaką mocą, jaką siłą

sklepienie ludem ożyło.

I Bóg, który światło stwarza,

Bóg, który ogromem przeraża,

że człowiek w trwodze uklęka.

Widziałam.

Tyś nie poznała.

Tworzenia i siła i męka

zaklęta w tym Świętym olbrzymie.

Pierś skała i ogrom ręka. —

Bóg — a ty go nie poznała.

Ty, szalony, czego krzyczysz?

Ja krzyczę!

Bogam widział, Boga jedynego.

Ten mnie człowiek podeptał i zranił;

tworzenia i siła i męka

zamknięta w tym człowieku olbrzymie.

Chodź do domu.

Nie wołaj, bym wrócił.

Gdzie dom mój? — I cóż mi po domie?

Wszystko, com budował świadomie,

skarlało; czem się cieszyłem,

upadło w nagłym pogromie.

Umarło wszystko, czem żyłem. —

Wszystkie moje rozpierzchły rojenia.

Słabe, — za słabe kolumny.

On jeden, — on jeden dumny.

Co gadasz? — Masz tyle znaczenia

człowieku!

Duch się mój zmienia.

Lecą moje rojenia do trumny,

w gruz się walą za słabe kolumny;

teraz czuję siłę, moc tworzenia.

Teraz — a wszystko zburzyć,

zaniszczyć, — w prochu powalić,

co dotąd wydałem ze siebie;

iść dalej, iść dalej — z tą siłą,

chociażby o suchym chlebie;

ty ze mną, ty będziesz silną?

Co ty wołasz? Jak ty rozpalony?

Gdzie ty chcesz o żebranym pójść chlebie?

Twe dzieci? — Twój rozum stracony?

Gdzie lecisz?

Ty będziesz silną!

Bogam poznał wielkiego na niebie

i potęgę Jego nieomylną.

Widzę Go, olbrzyma, z tą ręką,

jak podźwiga Adama z leżyska.

Co wołasz? Ty rozpalony.

Jakie koło ciebie zjawiska?

Ogromy, koło mnie zjawiska. —

Widzę go: z tą ręką olbrzyma,

jak światy i słońca wstrzyma.

O dalej, o dalej z tą siłą.

Potęgą się rodzi potęga.

Co próżna gadania mitręga?

I co ci się znowu zjawiło,

żeś się rozjudził do tyla?

A jaka ty w gniewie Sybila!

Ożyło, co spało ożyło:

potęga, moc, moc tworzenia:

zburzyć, w gruz wszystko, co było.

Wszystkie, wszystkie moje malowidła

zatrzeć, zedrzeć dłutami ze ścian.

A to pewno w jakieś cudze sidła

ty się dałeś złapać?

Ja pan! pan!!

Spokój i miłość mnie zbrzydła.

O potęgo — potęgo!

Uroki!

Ten cię stary urzekł.

Te proroki!

Zadumane, od wieków w zadumie. —

Rozumiesz?

Nic nie rozumię,

Łamańce.

Czar!

Czyjeś kroki...

Oto tryumfator zwycięski.

A, to ten pajac z Urbino.

Poznałem Boga w dniu klęski.

Tobie starczą kobiety i wino.

Wyszydzać masz święte prawo.

Żeś błahą panoszył się sławą.

W mej duszy teraz potęgi.

Otwarłeś oczy: — ja widzę.

Nie tobie sybilskie księgi;

znam niemoc twą — i szydzę.

W twych oczach sybilskie księgi.

Dla cię zamknione mam oczy.

Panoszysz się w pustej sławie,

odbierasz mi ściany i sale;

pełnisz je w pośpiechu, w obawie.

Ja ciebie tą jedną przywalę,

zgniotę. — Otożeś zgnieciony.

Zgniecion jestem dziś, dziś powalony.

Ale ty wskrzesiłeś mą duszę.

Wskrzesiłem dziś całe rzesze

i tysiące, tysiące wskrzeszę.

Wiedz jedno: że wielu, że wszyscy,

którzy tam w górę patrzyli,

za mali, za mali, za nizcy;

potęgi tej nie rozumieli,

że ja ją najlepiej rozumię.

Więc króluj dalej w tłumie.

Nie podasz ręki?

I komu?

Ty, co knowasz na mnie pokryjomu?

Ty, co mię szkalujesz, spotwarzasz?

Ty, co się boisz mnie, — jak pożaru?

Precz — lalko. Ty mnie znieważasz,

że mi zastępujesz drogę.

Zazdrośniku, — niesyty zarobku!

Zauszniku papieski, parobku,

zestrojony na barwne zaloty.

Leć na miasto ze zgrają hołoty.

Obraza! — Nie wstrzymam ludzi!

Rozsieką cię, na mieczach rozniosą.

Zostaw me życie niebiosom

a sam zmykaj, bo słowem zabiję. —

Ty, co bezemnie byś był, jako glina

bez ducha, — jako larwa niedołężna.

Pustaku. — Teraz dzieła twórz.

Złodzieju duszy.

Do broni!

Jak wąż się wije.

Oto nóż. —

A wara kto go ruszy.

Który to będzie śmiał we mnie ugodzić?

Chybaby Tartar gdzie musiał go spłodzić.

Niktże nie pójdzie z was mistrza obronić?

Mistrza, co umie nie tworzyć lecz ronić.

Przeklęty, nędzny żebraku w swywoli.

Ty podły. Bo tam miasto twe w niewoli

a ty u wroga siedzisz, zapłacony.

Przeklęty ty. — Coś wyrzekł? O skorpiony!

O wy, złodzieje szczęścia i wydzierce!

Ty, który biorąc duszę, godzisz w serce:

Ojczyznę wspomnieć mnie?! Żem zapłacony!?

Do broni! — Składaj się!

Człowiek szalony.

Mojego chłopa kłuć?

Jędzo!

Niewolniku.

Chłopko

Szlachcicom w oczy chcesz pluć?

Nędzo, bijcie.

Odstąp!

Umiecie truć.

Ostąpić go.

Szkolarze, drżyjcie!

A ot, ty swoje bierz!

Ah! Ranił — zwierz.

Odstąpcie. — Zbójco ty!

Zasłoniłeś się babą, — rycerzu?

Ot i ty swoje weź.

Skonasz w pacierzu!

Ha! —

Krew!

Na Zewsa?! Przy moim boku,

z mieczami u wrót kaplicy?!

Ojcze!

Milcz.

Łotr!

Ani słowa!

Z mieczami u wrót kaplicy?!

Na Zewsa, przy moim boku?!

Krew broczy.

Napaść.

Zasadzka!

To wy mnie opadli znienacka

zgrają psów!

Milczeć!

Tyranie!

Rozkazuj sługom, — jak on;

mnie tu krzywda!

Milczeć, na Zewsa, poganie!

Quos ego!! — Ja was!! — Quos ego!

Z mieczami u wrót kaplicy?!

Krew broczy?! — Przy moim boku?!

Florentczyk chytry!

Krzywonos!

Czyś mu aby chciał czynić co złego?

Zły podszept i podły donos.

Pochlebce! Psy!

Zazdrośniku!

Milczeć kazałem. Dość krzyku.

Zawiązać im rany. — Niezręczny,

także umiesz się złożyć w odwecie?

Po cóż u boku miecz? — To mu weźmiecie.

Per Baccho! — A ty niewdzięczny!

Weźmiecie go pod straż!

Mnie ranił.

To nie nastawiaj się. — Jemum przyganił,

a on jest u mnie gość.

Niewolnik. — Więź mnie tyranie!

Więzienie słodsze, niż dzieła,

które myśl męką poczęła,

by wróg tą myślą miał rość.

Dość, — dość!

Weźmiecie go pod straż!

Quos benedico. —

Ave Maria... — Iść naprzód z lektyką.

Sigue explorando

Por su autor
Stanisław Wyspiański · 91 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Jeśli kto nie rozumie czegoKamienna była ława →

Expediente

Autor
Stanisław Wyspiański
Título
Juliusz II
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-juliusz-ii--stanisaw-wyspianski-889d22
Cita recomendada
Stanisław Wyspiański, «Juliusz II», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-juliusz-ii--stanisaw-wyspianski-889d22.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.