CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Jan Bielecki (1857) — Zemsta

polaco

Zgiełkiem i wrzaskiem zabrzmiały komnaty,

Głośna to radość, lecz radość nie szczera;

Śmiech słychać!.... śmiech to wymuszony świata

Na bladych licach nigdy nie umiera.

Śmiech ten jaśnieje jako kwiaty z płótna,

Któremi błyszczy biesiadnika głowa;

Ich postać wiecznie, wiecznie jednakowa,

Wiecznie bez czucia, choć piękna, lecz smutna,

Nigdy nie żyły i w nieba błękicie

Nie odetchnęły — i nigdy nie zwiędną.

Lecz któżby przeniósł takich kwiatów życie,

Nad jedną chwilę roskoszy — choć błędną?

Pan Brzeżan smutny, milczący, ponury,

Porzucił tłumu różnobarwne fale;

Szedł do komnaty, gdzie ciemne marmury,

I wodotryski wychładzały salę.

Okna posępne gotyckiéj struktury;

Przez okna księżyc pełnym blaskiem pada,

Cisną się krzewy kwitnące jasminu,

W około stoły z marmuru, bursztynu;

A z ram złoconych nie jedna twarz blada,

Któréj wiekami ściemniały kolory,

Twarz przodków patrzy, smutna, nieruchoma.

Chodził Starosta, krok niepewny, skory,

Za nim się cienie kładły od księżyca;

A gdy na niebo podniósł blade lica,

Na twarzy była zgryzota widoma.

W tłumie biesiadnym nowe słychać wrzaski;

I zbiegł Starosta do sali biesiady,

Zawołał pazia, pomięszany, blady.

— „Paziu mój! paziu! co znaczą te maski?

Prawie połowę zajęli komnaty,

Czoła zakryte i tatarskie szaty....”

— „O Panie! twojéj bojaźni nie dzielę,

To jakaś szlachta zjechała kulikiem.” —

— „Nie są to, paziu! nie są przyjaciele!

Szlachta by zaraz wpadła z hukiem, krzykiem,

Zarazby pełne obległa szklanice,

A oni milczą, kryją tajemnicę....

Paziu, wybiegnij przez drzwi boczne sali,

Niechaj odźwierny.... Lecz cóż to? O Boże!

Zwodowa wieża i zamek się pali!

O zdrada! Bracia, kto mi dopomoże?

Miecz mój i zbroja! prędzéj paziu młody.”

Już nie czas.... Zewsząd tłumne pogan wrogi,

Biegną przez wielkie marmurowe wschody;

Trupami sali zawalili progi,

Ognie pożaru zażegli na gody.

Lecz któż na czele roznieca pożogi?

Któż tłumy pogan prowadzi do boju?

Jestże ich wodzem? baszą? atamanem?

Jakiś młodzieniec w muzułmańskim stroju,

Czoło złocistym przysłonił turbanem

I wiarę złotym księżycem naznaczył.

Leci na czele i służbę pomija,

Nikogo dotąd uderzyć nie raczył,

Miecz jego w pochwach — on wzrokiem zabija.

Już wpadł do sali, zaraz za nim w ślady

Straszny wiatr zawył na ściany zamkowe,

Światła zadrżały, zgasły, tylko blady

Świecił się promień lamp w alabastrowe

Ukrytych głazy.... Wpadł jak śmierci mara,

I wejście mnogą wartą zabezpiecza....

Pan Brzeżan z mieczem stał wobec Tatara....

Lecz patrzcie! patrzcie! Tatar dobył miecza;

Patrzcie! o zgroza! to miecz dobrze znany!

Nad emalii zaćmionym lazurem,

Obraz Najświętszéj Panny malowany,

I obraz krzyża — pod krzyżem, na dole,

Herb, jakby srebrne księżyca półkole

I gwiazda, nad nią hełm ze strusim piórem.

Błysnęły szabli obrazy święcone,

I padł Starosta na twarde granity.

Zaśmiał się Tatar, śmiechem obudzone

Zabrzmiało echo.... Był to jęk kobiéty.

Była to maska nieznana nikomu,

Którą brylantów moc wielka pokrywa.

Śmiech usłyszała, i jakby od gromu

Zadrżała, padła na głaz jak nieżywa;

A Tatar przybiegł i padł na kolana.

Cuci ją, węzły ściéśnione rozrywa;

Twarz jego była straszna, obłąkana,

Chwycił ją w dłonie, unosił przez ganki,

Ona jak martwa była w jego dłoni;

Z głowy różane pospadały wianki

I włos się rozwiał pełny słodkiéj woni,

Rozwiany spływał aż do stóp Tatara.

A strasznie bladą była twarz dziewicy.

Budzi się — gdzież jest? w zamkowéj kaplicy,

A przed nią postać jak przeszłości mara.

Dokoła było i straszno i ciemno,

A księżyc mury oświecał kościoła.

— „Tyż to mój luby? tyż to jesteś ze mną?

Zaklinam ciebie, zdéjm zawoje z głowy!

Niech cię obaczę — rysy twego czoła....”

I zdjął Bielecki turban muślinowy,

Anna spojrzała, i padła omdlona.

Znów po niéj życia rozlały się ślady,

I znów po chwili ciężko przebudzona,

Rzekła: „O luby! tak straszny! tak blady!....”

— „Cha! blady?” — przerwał rycerz z dzikim śmiechem

„Wszak zdradzam!....” zamilkł — lecz ostatnie słowo,

Trzykrotnie głośném powtórzone echem,

Przerwało ciszę kościoła grobową.

A rycerz mówił: „Tak! twarz moja blada!

Z innąm cię twarzą w czas szczęśliwy witał;

Ja zdradzam! będęż jak róża rozkwitał?

Na mojém czole napisano — zdrada.

Kraj cały we krwi.... Wznieś na księżyc oczy,

Patrz na te okna, na szkle malowidła.

Gdy błyśnie słońce, ów anioł roztoczy

Różane lica a srebrzyste skrzydła;

Lecz szklisty obraz przejęty księżycem,

Teraz do lekkiéj widm podobny larwy;

Ciemniejszym patrzy i niepewném licem,

Smutną ma postać, obumarłe barwy:

Inny jest człowiek, gdy o szczęściu marzy,

Lecz gdy te same wzniosłe, piękne rysy

Oświeci nieszczęść lampa? od téj twarzy

Weselsze będą grobowe cyprysy.

O! luba moja, po co te rozmowy?

Luba! chodź za mną wieść życie tułaczy!

Chodź za wygnańcem potępionéj głowy!

Na twojém łonie dożyję siwizny,

Siwizny nieszczęść, zdrady i rozpaczy”.

— „Mój ojciec!” — „ojciec?.... ojciec przeklnie ciebie!

I ty się lękasz?.... Przeklnie! i cóż znaczy

Przekleństwo ojca, braci lub ojczyzny?....

Chodź w kraj daleki, tam będziesz jak w niebie,

Znajdziesz tam łąki, gmachy, wonne gaje;

Są ludzie — wszyscy przyjaciółmi memi,

Jest wszystko! luba, czegóż tam nie staje?

Luba! jest wszystko! wszystko! prócz téj ziemi.

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Jan Bielecki (1857) — WeseleJan Bielecki (1894) — Wesele →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Jan Bielecki (1857) — Zemsta
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-jan-bielecki-1857-zemsta--juliusz-sowacki-64c10e
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Jan Bielecki (1857) — Zemsta», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-jan-bielecki-1857-zemsta--juliusz-sowacki-64c10e.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.