Niosąc pieśń godowniczą ze ślubnemi wieńcy,
Przybywam progi wasze uczcić oblubieńcy!
Starodawne naddziadów wskrzeszając zwyczaje,
W cichym domowym kątku jak dziewosłąb staję.
Wiem że mnie tu życzliwie na ślub zatrzymacie,
W słynącéj z gościnności téj odwiecznéj chacie.
Szczerość, przyjaźń, szacunek, mych pieśni myśl wszystka,
Poziomych u mnie względów niedojrzysz i listka;
Bo gdzie prawda w odzieniu samorodném stoi,
Tam się serce usterku z ustami nie boi.
Ty więc sama kwitnąca Oblubieńców paro,
Nowa Bogu i ludziom dwóch domów ofiaro!
Jako jesteś dziś naszéj radości początkiem,
Tak i pieśni weselnych bądź obfitym wątkiem,
By się z nich Ojców naszych prochy pocieszyły,
Że w nowém pokoleniu ich cnoty ożyły.
Od ciebie zacznę Janie! Janie nasz jedyny!
Roskwitniona pociecho twéj lubéj rodziny.
Już jéj troski, nakłady, i łzy, i wzdychania,
Nieszczędzone przy trudach twego wychowania,
BłyszcząćBłyszcząc mirtowym wieńcem uprzejmie odwdzięczasz
I sowitą wywiąskę rodzeństwu zaręczasz.
Że jako szczep nadobny pod troskliwém okiem,
Użyzniony żywotnym swéj czerstwości sokiem,
Na nowy grunt przesadzon przy podporze lubéj,
I z nią nierozdzielnemi połączony śluby,
Późniéj w tysiąc zielonych gałązek rozwity,
Roskorzenisz szeroko ród twój znakomity;
A on ciebie w pokoleń późnych długim rzędzie,
Swéj dzielnicy ozdobą i głową zwać będzie.
Szczęśliwyś, żeś się w takiém plemieniu wychował,
Które Bóg świętym cnoty stęplem nacechował.
Lada komu on dary znikome szafuje,
A cnotą wyposaża tych których miłuje.
Szczęśliwyś po raz drugi, z tysiąca szczęśliwy,
Że ten szczęścia i sławy zarodek prawdziwy,
W twem gętkiém do dobrego sercu się zaplenił,
I na podziw owocem pięknym zazielenił;
Twe cnoty niemowlęce z życzliwéj ochoty,
Pierwszy za rękę wywjódł na manowiec cnoty,
A na śliskim porywczéj młodości gościńcu,
Przy zawrotnym i ponęt i pomyłek młyńcu,
Wszystkie wskazał przepaści, wesołą zasłoną,
Wciągające do zbrodni młodzież uwiedzioną;
A tyś kroku nie zrobił, nie tknął żadnéj drogi,
Bez tego przewodnika rady i przestrogi.
Zawsze święty rumieniec niewinność rozniecał,
I nigdy złym postępkom sromem nie przyświecał.
Stąd wszyscy widząc ciebie w drobnym pączku jeszcze,
Dzielili z twą rodziną te nadzieje wieszcze,
Że dla niéj w tym zawiązku piękny wzrastał wieniec,
A przyjemny i Bogu i ludziom młodzieniec.
Stąd urósł w tobie zachęt do ślachetnéj pracy,
W którą starzy wprawiali synów swych Polacy.
Jak bacznego rozumu w dziejach Ojców badać,
Kto chce być ich potomkiem i grunt ich posiadać,
Jako sławę i dobro krajowe miłować,
I matce życiodawczéj życia nie żałować.
Jako chcąc przewodniczéć i zaradzać komu,
Pierwéj umiéć potrzeba rządzić w własnym domu
Jak być ojcem, sąsiadem, przyjacielem, synem,
Zhoła, wszystkim dla wszystkich przykładem i czynem.
A tak niegościem będąc w ojczystym zakątku,
Łatwo dojść mogłeś dalszych wiadomości wątku,
Gdzie legły jakie kraje przyrodnią dzielnicą,
Jaką lądy i morza sprzęgły się granicą,
Jakie prawa narodem jakim mądrze rządzą,
Czém w potęgę urosły, czém stoją, czém błądzą
Co przystoi każdemu człeku, a co szkodzi;
Skąd się nieszczęście ludów i człowieka rodzi
Jakie skarby w swych kryje tajnikach natura.
Stąd nabyłeś wymowy, stąd zdatności pióra,
Stąd i Muzy łaskawy wzrok na cię rzuciły,
I zdroje Hipokreny smakiem zaprawiły,
Że ten zbiór wiadomości dla wielu surowych,
W uściech twoich nabywał przyjemności nowych.
Gdzieś się tylko obrócił, gdzie tylko poznano,
Z staropolska przylepką serca nazywano.
Niejedna twym widokiem Nimfeczka spłonęła,
I niejednaby matka za zięcia przyjęła;
Zgoła, czém teraz jesteś, czém będziesz w przyszłości,
Winieneś to cnotliwie użytéj młodości.
Wieluż z twych rówienników zapłaczą po czasie,
Że cię w tym nieścigali szlachetnym zapasie.
A gdy się twą kolebką Bóg sam opiekował,
I pierwszy ranek życia swą ręką kierował,
Możeż ci téj ostatniéj odmówić nagrody,
Zaręczonéj podobnym tobie za wiek młody;
Że powabna wdziękami i serca i lica,
Obok ciebie zasiądzie cna oblubienica,
A przy darach fortuny, niosąc cnotę w wianie,
Twego życia ozdobą i wieńcem zostanie.
Ty jesteś tych niepłonnych rękojmią nadziei,
Z przeznaczenia odwiecznych wyroków kolei;
Pierwszéj wiosny wdziękami Ewo rozjaśniona!
A jak róża przy Janie żarzewiem spłoniona.
Młodzian z tobą wiecznemi sprzężony ogniwy,
Czyż może nie być z tobą do zgonu szczęśiiwyszczęśliwy?
Wspomnij jego kłopoty, i noce bezsenne,
Bezdroża i włoczęgi i troski codzienne.
Tęschnicę i łzy z cichem złączone westchnieniem,
Samem tylko o tobie słodzone wspomnieniem.
Podobnażby ofiara i serca i życia,
Nie miała być zakładem szczęsnego pożycia?
Pojrzyj na te szanowne pokrewieństwa grono,
Które ciecię tak uprzejmie w swe przybiera łono,
A czułem rozrzewnieniem którem tchnie przejęte,
Wznawia słodkie nadzieje o tobie poczęte,
Że jak nowa latorośl w ich wszczepiona rodzie,
W niezmąconym pokoju, miłości i zgodzie,
Stanąwszy w znakomitym rzędzie prawych matek,
Ukrzepisz stałym bytem tych pociech zadatek.
A bogacąc dwa domy wnuczęty miłemi,
Swoje i Jana szczęście uwiecznisz na ziemi.
Zakon Boży, jak starzy Polacy mawiali,
Kiedy synów i córki w małżeństwo dawali,
Jest najpierwszą każdego domu podwaliną,
Bez niego wszystkie stadła zginęły i zginą.
I cudowna przepaska pięknéj Cyterei,
I dostatek sypany z rogu Amaltei,
I uroda Heleny, i usta z koralu,
I kamienie kosztowne i perły Bengalu,
Wszystko to być przestaje wdzięczném i przyjemnym,
Jeśli Bóg serc nie spoi węzłem nierozjemnym.
Lecz niepróżno on, Ewo! dni twoich poranek,
Uplotł wdzięcznie, w łakomy czułym sercom wianek,
Niepróżno czułéj matki troskliwe starania,
Spełnił drogim owocom twego wychowania.
Tak pięknie i kosztownie budowa przybrana,
Równie zacnego ducha miéć musi za pana,
To ręczą twego serca i duszy przymioty,
A cnota Jana będzie rękojmią twéj cnoty.
Bóg poczciwych młodzieńców złą żoną nie karze,
Lecz im dobrą przynosi w najbogatszym darze.
A kiedy on sam wasze umysły skojarzył,
I równych darów działem oboje obdarzył,
Pewnie wam nie usunie ciągłéj swéj opieki,
Ze szczęściem swem przetrwacie wieku kres daleki;
A każdy odwiedzając tę szczęśliwą ziemię,
Rzeknie do was: Tu mięszka prawe Lechów plemię.