Ty, co pegazem jeździsz koniem bystrolotnym,
Choć płynie wena w wierszu sercem tak ochotném,
Iż to każdy przyznaje i każdy powiada,
Żeć muzy fortytują, Febus lejcem włada!
Ty, czy w twe ręce weźmiesz bardon złoto-gwary,
Czy wdzięcznym tonem głośne dąć zaczniesz fujary,
Pienie twe niezrównane na wzór Orfeusza,
Serca skamiałe ludzi najtwardszych porusza.
Jeśli wojny chcesz stawić rozjadłość zażartą
I na mord ludzi z prasy piekielnéj wywartą
Złość niehamowną, widać jak gdyby na jawie
Jak na się draby sieką, jak się tłuką krwawie.
Kiedy władogromego opiewasz Jowisza,
Który w swych rządach nie chce cierpieć towarzysza,
Zda się, że niebo, kuty z nieułomnéj stali
Z strasznym grzmotem na sobie, żartki piorun wali.
Lecz kiedy zapalczywość złożywszy na stronę,
Słodko-brzmiącej twéj lutni dasz głosy pieszczone,
Serce jako wosk taje, a dusza dotkliwa
Podług twéj woli na płacz lub śmiech się zdobywa.
Powiedz, czém się to dzieje, że wiek tak uczony,
Tylu dzieły ważnemi, z tylu ksiąg wsławiony,
Wiek, co sobie zasłużył na mądrego imię,
W małéj przecie rozumnych ludzi ma estymie?
I tak jest ciężko na to, i tak mocno chory,
Że go ni twe Satyry, ani Monitory,
Przez ośm lat z tego błędu, z téj głupiéj ślepoty
Wywieść nie mogły, kiedy trwa w niej aż dopóty.
Mnie się zda, że gdyby kto i Zoila wzorem,
Z obosiecznym nań za to targnął się ozorem,
I wściekłym za szaleństwo takie ciskał jadem,
Z większą byłoby klęską i z większym upadem.
Tak rodzaj ludzki zły jest i tak jest zepsuty,
Że go już nie ukrócą najmędrsze Statuty.
Wy gadacie, on swoje czyni, i nagany
Wszelkie, są to groch próżno na ścianę rzucany.
Darmo; niechaj się kto chce na dowody sili,
Pewna to prawda, która nigdy nie omyli,
Że przy kim są pieniądze, przy tym też zostawa
I honor, i zaszczyty, i urząd, i sława.
Dla czegoż ludzie nętą pobudzeni marną,
Do nauk się z niesytą chęcią wszyscy garną?
Rojąc w mózgowni szczęścia nadzieję omylną,
Chcą być doskonałymi przez pracę usilną.
Więc mądrego Platona jedni tknięci duchem,
Zmarłą Ojczyznę dzielnym pragną wskrzesić ruchem.
Drudzy, snując na oko jéj świetne zaszczyty,
Wertują sławne dzieje Rzeczypospolitéj.
Inni, rachunkiem biegłym, niebieskie obroty,
Jasne gwiazdy i okrąg mierzą słońca złoty.
Ci uczą jak powinien czynić pan troskliwy,
By hojny plon zasiane wróciły mu niwy.
Ci z wspaniałym Pindarem spore kroki stawią,
Inni słodką wymową imię swoje sławią.
A każdy z nich czy w starym wieku, czyli młody,
Pragnie szczęścia dla siebie, jak jakiéj nagrody.
Choć cnota sama z siebie, podług mądrych zdania,
Powinna wzbudzić ludzi do jéj poważania;
Jednak mało się znajdzie tak wysokich myśli,
Coby z tego powodu kochali się ściśléj.
Wielu chce, by w Ojczyźnie wzrost brały nauki
I żeby w niéj kwitnęły wyzwolone sztuki;
Lecz żaden, widzę, na to nie daje baczenia,
Co najzdolniéj pomaga do ich rozkrzewienia.
Ty, co wzbiwszy się w górę lotnemi skrzydłami,
Aż pod modremi bystro bujasz obłokami,
Rzuć też przyjazném okiem na mój rym ubogi,
A już go nienawiści ząb nie ruszy srogi.
Tobiem winien przezacny mężu, mówię szczerze,
Że me barki już miękkie kryć poczyna pierze,
Które, żeby w powiewne mogły porość skrzydła,
Żądza we mnie gorąca i chęć nieostydła.