Była już północ. O tej porze
Z deską żelazną, koło ściany,
Pełniąc w noc służbę przy klasztorze,
Zwolna stróż chodził zadumany,
Stawiając kroki swoje miernie;
I koło celi mniszki stary
Wstrzymał się nagle, bo niezmiernie
Zmąciły duch mu nocne mary.
Wkoło mrok nocy gęsty, chłodny!...
On słyszał — tak mu się zdawało —
Ust dwojga pocałunek zgodny,
Krzyk, jęk chwilowy... echo brzmiało,
I niepoczciwe drgnęło serce,
Zwątpieniem zwykłem u człowieka...
Lecz błysło mgnienie, po rozterce
Zacichło wszystko; li z daleka
Wiatr to przybywa, to ucieka,
I liście szemrzą ciche żale,
I z brzegiem ciemnym szepcą fale,
Które toczyła górska rzeka.
Ażeby ducha złego czary
Męczące serce precz zażegnać —
Modlitwę świętą zmawia stary,
Niepokój z duszy chce odegnać;
I pierś wzburzoną, pełną strachu
Zbroi w znak krzyża, miast pancerza,
I wkoło klasztornego gmachu
W milczeniu kroki znów odmierza.
............