CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Ciche, samotne rzędy wierzb

polaco

XIII.

CICHE, SAMOTNE RZĘDY WIERZB.

Ciche, samotne rzędy wierzb nad rzeką!

W godzinach zmierzchu, w dni, okryte szronem,

Gdy z pustej izby uchodzi w daleką

Przestrzeń ma dusza i broczy w czerwonem

Morzu promieni, które sennie cieką

W głębinę śmierci, melodyjnym tonem

Tak ją przynęca ten wasz smętek mnogi,

Że choć ma Raj przed sobą, staje wpół swej drogi...

Staje i wzrok swój, ze wzruszeń pobladła,

Szle na rozległy obszar pól, przecięty

Strugą srebrzystą, nad którą widziadła

Pni waszych starych wypuszczają pręty

Błękitnych tęsknic, i, łaknąca jadła

Wspomnień wiośnianych, zrywa ledwie wszczęty

Sen o zaświatach, by, łzami rzewnemi

Zalana, z bolem dziecka tulić się do — ziemi...

Ciche, samotne rzędy wierzb! Niewiele

Wchłonęła ona uciechy w tej kaźni

Ludzkiego życia; lecz, jeśli wesele

Możnaby twórczym rylcem wyobraźni

Wykuć w kosztownem, marmurowem dziele,

Jak na posągach ci wodzowie głaźni,

Błogosławiący zwycięskiej potrzebie,

To w wasze-li wspomnienie wrzeźbiłaby siebie...

Tak! Nie wiedziała ma dusza i nie wie,

Co znaczy spokój. Cisza przenajświętsza,

Drzemiąca w mroków świątynnych zalewie,

Była jej obcą!... Precz od swego wnętrza

Mknęła, jak z gniazda na bezlistnem drzewie

Ucieka ptactwo, gdy się nad niem spiętrza

Zwał chmur, nasycon strawą burz, a przed nią

Biegł goniec z nowych szarpań gorzką przepowiednią.

Jak ten wędrowiec, któremu się spieszy

Wyjść z ciemnych gąszczy, albowiem ostatni

Gaśnie już odblask promienistej rzeszy

Ogni wieczornych, zabłąkanych w matni

Głuchego lasu, tak ona, pieleszy

Syta ojczystych, syta ciżby bratniéj,

Chwiejne, bywało, skrzydła rozprzestrzenia

Ku krajom cudzoziemskim, ku strefom wytchnienia.

Szła, gdzie przedziwne huczą wodogrzmoty,

Spływając szumną, kroplistą kurzawą

Po alabastrach gładkich ścian na złoty

Piasek przydrożny; szła z swą raną krwawą

Ku tym powiewom ukojnej pieszczoty,

W których, za wiatru łagodnego sprawą,

Drżą przerozkosznie eukaliptów wierzchy,

W bajeczne, w czarodziejskie zapatrzone zmierzchy.

U lodowcowych spoczywając zboczy,

Głos swojej skargi, nie słyszan przez ludzi,

Słała ku szczytów śnieżystej przezroczy,

Zali współczucia w ich wnętrzu nie zbudzi:

I wraz się echo rozlewne potoczy

Głębią przestworów i takiem ją złudzi

Brzmieniem organnem, jakby głąb daleka

Zmieniła w wielkie szczęście wielki ból człowieka.

Albo się pięła na skalne urwiska,

Wzrokiem rozległe obejmując kręgi,

W mżach zatopione błękitnych i, blizka

Zmilkłej, tajemnej niebiosów potęgi,

Która wokoło chłodne światło ciska

Na fale świerków, na drzemiące łęgi,

Precz usuwała granice pomiędzy

Władaniem zbawczej śmierci i żywota nędzy.

Nad jeziorami błądząc, na pół senna,

Śledząc radosne łodzie po lazurze,

Słonecznych pełne uśmiechów, lub z lenna

Zagasłej chwały, z ruin, jasne róże

Rwąc w zamyśleniu, albo bezimienna

W swych towarzyszek głośnym krocząc chórze

Po marmurowych willach, rozkosz świata

I smutek przenajgłębszy w jedną nicość splata.

A w tych wędrówkach, wzniosłą czy powszednią

Wlokła się drogą — czyż były godziny,

Ażeby naraz, jakby przepowiednią

Kary brzemienne przypomnienie winy

Nieopłaconej, nie ozwarł się przed nią

Mrocznych przepaści ten widnokrąg siny,

Za mgłą ukryty niezmierną, daleką,

Z samotnym, cichym rzędem starych wierzb nad rzeką?

Gdzież jej, tak biednej, a tak winnej duszy

Mdlejące żądze ukojeń nie wiodły?!

W katedr potężnych uroczystej głuszy

Stawała, nieme odprawiając modły;

Wsparta o filar, ani się nie ruszy,

Patrząc pokornie w ten półblask wychłodły,

Gdzie na ołtarzach, przystrojonych w zieleń,

Rozlewa się przedziwna tajemnica Wcieleń.

Pomiędzy kolumn bazaltowych rzędy,

Które się przed nią, niby żywe, snuły —

Strzelistych duchów wymowne legendy —,

Kroki swe niosła i swój umysł, czuły

Na gigantyczne gwary i rozpędy,

Rozgrane w ciszy stuleci, kopuły

Wypełniającej wielką ceremonią

Nabożeństw, co zagasły, a jednak się płonią...

Popod kamienne cisnęła się wnęki,

Okiem, rozwartem od nagłej zadumy,

W cudownych rzeźbach śledząc boskiej ręki

Ukryte piętna, czując, że rozumy

Ludzkie bez skutku odgadują męki

Twórczej rozkoszną tajemnicę, w szumy

Niebiańskich skrzydeł zaklętą, bez końca

Pchającą swych wybrańców do wiecznego słońca.

Pod grobowcami stając, prowadziła

Niemy rozhowor z tęsknicą rycerzy,

Wykutych w głazie: bo taka w nich siła,

Taki hart życia w ich spojrzeniu leży,

Iż porfirowa niejedna mogiła

Zda się nie grobem, ale jest jak świeży

Namiot śród pola i że świat z tej kuźni

Nowego bohaterstwa na czyn się nie spóźni...

Surowi święci, którym nieuchronny

Cień śmierci okno przysłonił w godzinie

Rannych przebudzeń, okno w nieboskłonny,

Bezmierny przestwór; chmurne prorokinie

I życiodajne, przejasne Madonny,

Ciała pokutnic, złorzeczących winie

Łzą i źrenicą, zwróconą ku wyży,

Skąd spływa odpuszczenie na ramionach krzyży —

Obrazy sądu, huczące surmami

Archanielskiemi swoich twórców imię;

Wizye zmartwychwstań, zespolonych z nami

W jakieś pragnienie barwne i olbrzymie,

A melodyjne, że my, zda się, sami,

Acz wychowani w mętach łez i w dymie

Złudnych nadziei, lecim mocą Łaski

W promienną, dźwięczną prawdę, w zmartwychwstanne blaski.

Tych wszystkich uciech drogocenną czaszę,

Cyzelowaną w złocie, chyli do dna,

Przy świętej uczcie korna, jako ptaszę,

A jednak dumna, górna i swobodna:

Wszystko to — mówi — zwiastowanie nasze!

Wszystko to ducha urodziła płodna

Moc na świadectwo, że jesteśmy z Boga,

Że k’Niemu przez te twory ludzkie idzie droga!

I ślubowania niewymowne czyni

I niewymowne szczęśliwości marzy:

Męczeńskie lilie zakwitają przy niéj,

Bicze jej niosą pustelnicy starzy;

Na odgłos kroków w bezludnej świątyni,

Odbijających się od snu witraży,

Całe procesye w jej oczach się rodzą

I kroczą pod wielkiego Tworzyciela wodzą.

I ona idzie z niemi: Panie! Panie!

Wesoła śpiewam przed Twą świętą arką!

Żadnego bolu szpon mnie nie dostanie

I żaden ciężar nie będzie mym barkom

Silnym za ciężki!... I anielskie granie,

Urągające doczesnym jarmarkom,

Wtórzy jej hymnom — wspaniała muzyka,

Co duszę żądzą wzlotów nadziemskich przenika.

Z ołtarnych płócien, z ścian, co chwałę wieszczą

Twórczej wszechmocy kolorów wymową,

Schodzą Madonny i słodko ją pieszczą;

I Chrystus rękę swą mozaikową

Wyciąga ku niej; i ona tym dreszczom

Cała się podda i, z wzniesioną głową,

Snać skamieniawszy w przeźroczym zachwycie,

Jednę li widzi przestrzeń: nieśmiertelne życie!

Melodye płyną do jej wnętrza — pieśni,

Które z mistycznej swobody wysnuli

Mistrze, dławiący się w więziennej cieśni

Tej gwiazd wpółzgasłych pobratymczej kuli;

A ona, płonąc ogniami, jak trześni

Dojrzały owoc, w te dźwięki się wtuli

I, snać dojrzała pragnieniem wieczności,

Już czeka, aby w rajskie zaniosły ją włości.

A gdzieś z oddali, do stóp jej się ciśnie

Sinawa smuga — to błyska, to gaśnie,

To się podnosi, to dołem zawiśnie

Jak na moczarach owe błędne jaśnie,

Które wędrowcom, jak gdyby rozmyślnie,

Rzucają w serce niepewności waśnie

I, na bagniste zawiódłszy rozdroże,

W sitowiach ostateczne ścielą dla nich łoże.

I, jak różańca rozrzucone ziarna,

Sypią się na nią pytania: Ach! czyja

Dłoń tutaj władnie, tak można, iż czarna

Wstęga trzęsawisk tłumi i zabija

Światłość nadziemską? Że chwyta, bezkarna,

W swoje zarośla wątłą duszę?... Żmija

Rani nas żądłem swojem mniej zjadliwie,

Niż smutek, który wyrósł na tej mgławej niwie.

O niezgłębione, nieskończone morze!

Ty biczujące swoje fale własne

Z takim pomrukiem, jakgdybyś w przestworze

Władło-li jedno, jakbyś gwiazdy jasne

I wszystkie lądy, ich słońca i zorze

Do ustąpienia znagliło, za ciasne

Bojąc się znaleźć łożysko dla siły,

Z jaką się twoje wszystkie głębie rozpieniły!

Przysłuchiwała się dusza twym głosom,

Kuląc się w sobie z lęku i zdumienia,

Albowiem czuła, że szum ten niebiosom

Wyrwałoś gniewnym wówczas, gdy stworzenia

Były raz pierwszy porzucone losom

Na żer haniebny! I tak się rozplenia

Od owej chwili, tak swe ślady znaczy

Po świecie ślepa dola samotnych tułaczy.

Ale nie zawsze byłoś tak wszechmożnie,

Majestatycznie bezlitosne! Mewy

Słałoś jej srebrne, skrzydłami ostrożnie

Zakłócające sennej piany śpiewy —:

Zjawiska łodzi z bielą żagli, zbożnie

Płomieniejących śród żarnej ulewy

Blasków zachodu i wschodu, szły do niéj

Z błękitnej, horyzontem zamkniętej ustroni.

I otwierała ku nim swe ramiona

Ta błędna dusza — zali nie wysłańce

Idą z dziedziny, gdzie cierpienie kona

I gdzie tułactwa znajdują się krańce...

Lecz kiedy znowu fala rozburzona

Poczęła fale chwytać w dzikie tańce,

Wnet z wierzb obrazem, co nagle z pomroku

Wychylał się, w świat dalszy przyspieszała kroku...

Ciche, samotne rzędy wierzb — — — — —

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Ciche bojeCisza wieczorna (wyd. 1912) →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Ciche, samotne rzędy wierzb
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-ciche-samotne-rzedy-wierzb--jan-kasprowicz-0aa51e
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Ciche, samotne rzędy wierzb», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-ciche-samotne-rzedy-wierzb--jan-kasprowicz-0aa51e.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.