Od dolin, od jarów rozkoszny wiał chłód —
To wieczór szedł cichy, i stawał się cud:
Czas marzeń się zbliżał wieczorny,
Szept wionął dokoła: »W ramiona me pójdź!«
Pierś rzeki faluje, na fali mknie łódź.
Z daleka dzwon słychać klasztorny.
A serce? nie pytaj! — anielskie ma sny,
Pierś pragnie rozsadzić i rwie się i drży,
Jak harfa, gdy miłość ją trąca.
Niepomne bied ludzkich i nędzy i zdrad,
Szalone miłością ogarnąć chce świat
I kochać i kochać bez końca!
O, dzwonie klasztorny! więc tyżeś to wlał
W pierś moją tę falę uniesień, ten szał
I zmusił, bym z tony twojemi
Myśl posłał z rozkazem przed Niebios iść próg
I stać tam z modlitwą i czekać, aż Bóg
Po gwiazdach swych zstąpi ku ziemi?
Więc tyżeś to wstrzymał na fali mą łódź
I czuciem nieziemskiem rozkazał mi czuć,
I trwogą drżeć świętą, tajemną —
Czarowi się poddać i wierzyć w ten czar,
I paść na kolana! —
Sto złudzeń, sto mar
Jak żywe stanęły przede mną!
Słuchałem twej pieśni: »Hozanna! kto żyw,
Niech śpiewa pieśń Panu wśród lasów, wśród niw
I ziemia i Niebo i słońca.
Za chwilę Bóg wyjrzy z szafirów swych szat
I wzrokiem promiennym ogarnie ten świat —
Bóg jeden od końca do końca!
Cześć Panu« i chwała! Pieśń płynie, brzmi wtór,
Ja oczy podnoszę i szukam, gdzie chór,
Skąd pieśń, co gra piersią tysiąca?
I wyszedł duch ze mnie i z pieśnią się zlał,
A tyś już nie śpiewał, tyś, dzwonie, już grzmiał:
Bóg jeden od końca do końca!
Wtem nagle ból czuję: o dzwonie, ty śnisz!...
Dzwon umilkł... Na wieży posępny stał krzyż,
A przy nim tęsknota milcząca...
Gdzieś z głębi topieli wydostał się jęk —
A w piersi mej jeszcze ostatni grał dźwięk:
»Bóg jeden od końca do końca!«