CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Balladyna — Akt drugi

polaco

Nie pójdę krokiem daléj.

Ale to już blisko

Do twojego domostwa.

Moje czarne psisko

Nie wierzę tobie... bo mię błąkasz — sadzasz w błocie

I wykręcasz ogonem... Nie... mój czarny kocie

5
Chciałem ciebie pogłaskać a ogień wytrysnął...

Spać chcę.

Zażyj tabaki...

Patrz dąb mię uścisnął

I nie dziw, dąb przyjaciel grabiny... Mój dębie

Wierz mi że cię szacuję, co w sercu to w gębie.

Chodźmy daléj...

Znalazłem dęba przyjaciela;

10
Choćbyś mi raj pokazał gdzie Bóg wróble strzela,

To nie porzucę dębu co się cały chwieje,

I potrzebuje wsparcia. — Patrz biedaczek mdleje.

Tu psie! tutaj z latarnią! zgubiłem dębinę.

Ha! dąb uciekł... nie poznał mnie... obrosłem w trzcinę

Siedząc w błotach noc całą...

Chodź do karczmy.

15
Na to

Masz ze mnie przyjaciela — na to jak na lato...

Nie... to już nie przystoi... jeśli karczma dama

Kocha mię jak ja kocham... to nadejdzie sama...

Głupstwo chodzić do dziewcząt... Skąd ty masz tabakę?

Od pana Lucyfera.

20
Ty mi świecisz Bakę.

Psie mój miły poszukaj zająca — a strzelę.

Czém?...

Gromem... Cośmy z tobą dobrzy przyjaciele,

Przepraszam ciebie bardzo żem cię zawiódł w błota,

Siedzieliśmy w kałuży po uszy jak cnota,

25
I kichali — kichali... mój nos w nos waćpana.

Pamiętasz co nam trzcina mówiła?

Kochana!

Przyszła na pomoc...

Trzcina ratowała dudę...

Ja zawsze obwiniałem trzciny o obłudę...

Chodź daléj...

Spać chcę...

Lepiéj wleź na dąb...

30
Na dębie

Siedzą gołębie,

Na stawku pływają kaczki...

Jeżeliś przyjacielem, to zanieś do praczki

Moje spodnie...

Co? jak to? chcesz spać bez szlafmycy?

35
Nie chcesz?... to idź do djabła kocie czarownicy.

Dobréj nocy...

Dobranoc... dobranoc psie miły.

Szedłbym jeszcze do karczmy ale nie mam siły.

Dobranoc...

Co za głupie stworzenia ci ludzie!

Spił się, cały w czerwonéj umazgał się rudzie,

40
I śpi, niech sobie teraz nadchodzi Goplana.

Gdzie on? ach zasnął... Niech zorza różana

Pierwsze mu blaski na oblicze rzuci;

Lecz niech się zorza na poły zasmuci,

I płaczem rosy słońce tak przesłoni,

45
Aby łagodne powiek nie raziło...

A ty Chochliku weźmij z hojnéj dłoni

Twoją nagrodę...

Orzech świstun, zgniłą

Pełny tabaką... dzięki ci królowo,

Przez dwa dni będę częstował hiszpanką

Chłopstwo pijane...

50
Któraż jest kochanką

Kirkora?...

Obie...

O szalona głowo!

Przyjdą do lasu szukać malin obie,

Ja ci mówiłem...

Poradź mi co zrobię?

Spuść się na czarne Balladyny serce;

55
Zazdrość widziałem w maleńkiéj iskierce,

Więcéj niż zazdrość...

Cóż robiły w nocy?

Alina Boskiéj wzywając pomocy

Usnęła cicho marząc o malinach;

A Balladyna zapaliła świecę

60
I wyszła, bo ktoś zaklaskał w osinach.

Leciałem za nią śledzić tajemnicę

Nocnéj przechadzki... Jako mgliste mary,

Szła po murawach i drząca i cicha:

A płomyk świécy przez różowe szpary

65
Białych paluszków, jak z róży kielicha,

Błyskał i gasnął, to błyskał to gasnął.

Zbudził się ptaszek w osinach i zasnął,

Tak cicho przeszła wietrznemi poloty,

Tak cicho przeszła... Ćmy wianuszek złoty

70
Zwinął się, leciał nad dziewicy głową.

Stanęła... słucham... ona ciche słowo

Wmięszała w szmery listeczków osiny...

Ktoś odpowiedział.....

Może Balladyny

Drużka?...

Nie pani.

Kto?

Mamże powiedziéć?

On?

Tak...

75
Chochliku... kazałam ci śledzić,

Przeszkodzić.

Djabeł kochankom przeszkodzi.

Zamknij Chochlika Skierko w muszli żabiéj

I na jezioro puść by kota w łodzi.

O! pani pani lepiéj ty mię zabij...

80
Zabić nie mogę lecz mogę ukarać...

Pójdź Panie Chochło o łódkę się starać.

Więc on ją widział... on ją widział nocą;

Przekleństwo! wczoraj widział ją w osinie.

Niechaj te gwiazdy nigdy się nie złocą

85
Co im świeciły! Niech ten miesiąc ginie!

Niechaj anielskiéj drogi mléczne stopnie

W proch się rozsypią!... On był tam? — okropnie.

Żeby ta dziewa jedno mi spojrzenie

Przedała dzisiaj za brylanty światów...

90
Jak go ukarać? ach ja się zamienię

W błękitny powój i węzłami kwiatów

Na śmierć uścisnę... O nie... z tego wianka

Kochanek żywy wyjdzie, a kochanka

Rozpłomieniona miłością omdleje.

95
Jak go ukarać?... Niechaj wrośnie wszystek

W płaczącą wierzbę, korą się odzieje.

Niech się na drzewie skłoni każdy listek,

Jakoby smutny przewinieniem spadał

I płakał... Luby gdy cię tak zobaczę,

100
Że będziesz płaczem na płacz odpowiadał,

To będę płakać ach! że wierzba płacze.

Zamknięty w muszli po strumykach skacze,

I na jezioro wyjeżdża w powozie

Nieboszczki żaby.

Wytnij rózgę w łozie.

105
Obudź się teraz! obudź się kochany!

Powiédz dla czego?...

Spię... bo jestem pjany.

Powiédz dla czego jak miłośny słowik

Piosnką wieczora?...

Podaj mi borowik

I włóż pod głowę za puduszkę... a nie?

110
To idź do stawu rybo, koczkodanie.

Więc poznaj władzę Goplany!

Wrośnij w ziemię, i z téj ziemi

Wyrośnij korą odziany,

liściami płaczącemi.

(Grabiec tonie w ziemię, wierzba na tém miejscu wyrasta.)

O! jakże pięknie listki rozpostarła!

Jak się kłania kwiatom, niebu.

Wierzba wyrosła z człowieka,

130
I piękniejsza niż był człowiek.

Niechaj teraz kochanek Balladyny czeka,

Niechaj sękowém okiem z pod korzanych powiek

Upatruje dziewicy...

Widzę dwie dziewczyny.

Niosą na głowach czarne dzbanki z gliny,

Szukają malin.

135
Skryjmy się w gęstwiny.

Ach pełno malin — a jakie różowe!

A na nich perły rosy kryształowe,

Usta Kirkora takie koralowe

Jak te maliny... Fijołeczki świeże

Wzdychacie próżno, bo ja nie mam czasu

140
Zrywać fijołków bo siostrzyczka zbierze

Dzban pełny malin i powróci z lasu

I weźmie męża; a ja z fijołkami

Zostanę panną... Choćbyście wy były

145
Fijołki moje złotemi różami,

Wolę maliny.

Mój miły! mój miły!

Złoty wielki pan.

Mojemu miłemu

Niosę malin dzban.

150
Bo on woli mój kochanek,

Taki pełny malin dzbanek,

Niż zbożowy łan. Oh!

Niż zbożowy łan.

Jak mało malin! a jakie czerwone

155
By krew. — Jak mało — w którą pójdę stronę?

Nie wiem... a niebo jakie zapalone

Jak krew... Czemu ty słońce wschodzisz krwawo?

Noc wolę ciemną niż taki poranek....

Gdzie moja siostra... musiała na prawo

160
Pójść i napełnić malinami dzbanek;

A ja śród jagód chodzę obłąkana,

Jakąś rospaczą, i łzy gubię w rosie.

Siostrzyczko moja! siostrzyczko kochana!

A gdzie ty?...

Jaki śmiech w Aliny głosie.

Musi mieć pełny dzbanek...

165
Cóż siostrzyczko?

Co?...

Czy masz pełny dzbanek?

Nie...

Bladyno

Cóż ty robiłaś?

Nic...

To źle różyczko...

Ja mam dzban pełny mniéj jedną maliną.

Weź tę malinę z mego dzbanka.

Miła!...

170
Siostrzyczko moja, powiedz, gdzieżeś była?

Wyszłyśmy razem, miałaś dosyć czasu;

Wszak ja ci siostro nie ukradłam lasu.

Dlaczegoż teraz z taką białą twarzą?

I z przyciętemi ustami...

Wyłażą

175
Z twojego dzbanka maliny jak węże

Aby mię kąsać żądłami wymówek.

Idź i bądź panią! siostra się zaprzęże

Jak wół do pługa, będzie tłoczyć oléj

Z kolących siemion i z brzydkich makówek.

180
A wstydź się siostro... proszę cię nie boléj

Nad mojém szczęściem.

Cha! cha! cha!

Co znaczy

Ten śmiech okropny? siostro! czy ty chora?

Jeżeli wielkiéj doznajesz rospaczy

To powiédz... Ale ty kochasz Kirkora?

185
Ty bardzo kochasz? Siostro! powiédz szczerze?

Bo widzisz rybko, są inni rycerze,

Jak będę panią to ci znajdę męża...

Ty będziesz panią? ty! ty!

Balladyna!...

Co ten nóż znaczy?...

Ten nóż?... to na węża

W malinach...

190
Siostro jesteś blada, sina.

Kalinko moja! co tobie? co tobie?

Czemu ty blada? ach! jak to okropnie!

Przemów choć słówko! Usiądźmy tu obie,

I mówmy z sobą otwarcie, rostropnie,

Jak dwie siostrzyczki.

195
Ja kocham Kirkora,

Ach nie dla tego że Kirkor bogaty,

Że wielki rycerz, pan możnego dwora,

Że ma karetę złotą, złote szaty;

A jednak miło mi że chodzi w złocie,

200
Że miecz ma jasny, służebników krocie:

Bo to jak rycerz w bajce, co się rodzi

Z wielkiego króla i w lesie znachodzi

Jakąś zaklętą królewnę.

Och!...

Miła!...

Co tobie?...

Gdybym cię siostro zabiła.

Co też ty mówisz?...

205
Daj mi te maliny!...

A kto wie siostro? gdybyś poprosiła,

Pocałowała usteczka Aliny.

Możebym dała?... spróbuj Balladynko...

Prosić?...

Inaczéj żegnaj się z malinką.

Co?...

210
Bo też widzisz siostro że ten dzbanek,

To moje szczęście, mój mąż, mój kochanek,

Moje sny złote i mój ślubny wianek,

I wszystko moje...

Oddaj mi ten dzbanek.

Siostro?...

Oddaj mi... bo!...

Bo... i cóż będzie

215
Bo?... Nie masz malin więc suche żołędzie

Uzbierasz w dzbanek — czy wierzbowe liście?...

I tak... ja prędzéj biegam, i przez miedzę

Ubiegnę ciebie...

Ty?...

A oczywiście

Że ciebie w locie siostrzyczko wyprzedzę...

Ty!

220
O! nie zbliżaj się do mnie z takiemi

Oczyma... Nie wiem... ja się ciebie boję.

I ja się boję... połóż się na ziemi...

Połóż! ha!

Puszczaj!... oh!... konam...

Co moje

Ręce zrobiły?... O!...

Jezus Marya...

225
Kto to?... zawołał ktoś?... czy to ja sama

Za siebie samą modliłam się?... Żmija,

Kobiéta, siostra — nie siostra. Krwi plama

Tu — i tu — i tu

I tu. — Któż zabija

Za malin dzbanek siostrę?... Jeśli z bora

230
Kto tak zapyta? powiem — ja. — Nie mogę

Skłamać i powiem ja! — Jakto ja?... Wczora

Mogłabym przysiądz że nie... W las!... w las!... w drogę,

Wczorajsze serce niechaj się za ciebie

Modli. — Ach jam się wczoraj nie modliła.

235
To źle! źle! — dzisiaj już nie czas... Na niebie

Jest Bóg... zapomnę że jest, będę żyła

Jakby nie było Boga.

Ach okropność,

Ludzie tak siebie zarzynają nożem.

Nie wiem jak ludzka poczyna rostropność

240
W takiém zdarzeniu?... My duchy nie możem

Znać owych ziółek, które rany leczą;

A ona ciepła, może jeszcze żywa?

Pustelnik nieraz ziółka w lesie zrywa,

Więc może, gdyby miał koło niéj pieczą,

245
Do życia wróci... Ach Skierko mój drogi

Sprowadź tu pustelnika.

Wy ciernie i głogi,

Jeżeli zabójczyni padnie na kolana,

Bądźcie pod jéj kolanami.

Niech leci wiatrem ścigana,

250
Przerażona strumyka mruczącego łzami

Jak siostry płaczem...

Widzę tego pasterza co się zwie tułaczem

Wygnanym z kraju szczęścia i po całym świecie

Szukał próżno kochanki... dziś kocha się w kwiecie,

255
W słońcu, w gwiazdach... w jutrzence... niech ujrzy to ciało.

Poco mi świecisz małżonko Tytana

Twarzą co przeszła z różowéj na białą?...

Poco mi świecisz Febie? Tyś do rana

Miłością konał na Tetydy łonie;

260
A teraz puszczasz rozhukane konie,

I z szat wilgotnych srebrną trzęsiesz rosę,

Szczęśliwy Febie!... Tam blada Dyanna,

Patrząc na twoje czoło złotowłose,

Przed Endymjonem kryje się w błękicie,

265
Do głębi serca promieniami ranna..

Miłość — to światło, to niebo, to życie!

A jam nie kochał! o biada mi! biada!

Cóż to za bóstwo?... Jak marmury blada!

Nie żywa?... Boże! a taka podobna

270
Do nieśmiertelnych Bogiń — i nie żywa —

Jak nad nią płacze ta wierzba żałobna?

A moja dusza na marzenia tkliwa

Łez dla niéj nie ma?... Samotność popsuła

Źródło łez moich!... Jaka postać cudna!...

275
Jak ona wczoraj musiała być czuła!...

Jak do niéj wianek przypadał weselny!

Jak mogła kochać!... A dziś!... śmierć obłudna

Życie wydarła, a wdzięk pośmiertelny

Na moją zgubę nie żywéj nadała...

280
O! mój aniele! ty śmierci kochanka!

O! jak miłośnie twoja ręka biała

Ujęła czarny dzbanek... z tego dzbanka

Płyną maliny, a z alabastrowéj

Piersi wytryska drugi taki strumień,

285
Piękniejszy barwą od krwi malinowéj.

Ach! twój zabójca od dwu będzie sumień

Ścigany za te dwa strumienie krwawe...

Nie... to zwierz leśny musiał zabić ciebie,

Człowiek by nie mógł — Boże... oto rdzawe

290
Leży żelazo — to człowiek!... Ach w niebie

schronienia przed tłumem tych ludzi.

Spij moja luba! ciebie nie obudzi

Ten pocałunek... a mnie niech zabije...

Stój! stój zabójco — On żelazo kryje

Do swoich piersi...

295
Ojcze! patrzaj na nią!

Znalazłem przecie kochankę... nie żywą.

Czyjeż to miecze takie kwiaty ranią?

Któż te pustynie krwią czerwieni żywą?

Czy tu Król Popiel zawitał i plami

Białe lilije naszych lasów?...

300
Łzami

Krew tę obmyję...

Wstydź się łez...

Ach ona

Umarła... patrzaj tu! tu! tu!... niebieski

Kwiatek — znak śmierci śród białego łona...

Gwiazdeczka śmierci...

Ty młody i rzeski,

305
Podnieś umarłą i weź na ramiona;

Ja ci pomogę dźwigać lekkie ciało.

W celi mam ziółka...

Ty duszę omdlałą

Krzepisz nadzieją; ty podajesz ramię

Duszy nieszczęsnéj, która się już kładła

310
W mogiłę żalu... pozwól że ułamię

Gałązkę z wierzby pod którą upadła,

Kochanka moja okropnie zabita...

Tum ją zobaczył — tu pokochał — stracił

Wprzód nim pokochał... Ach w przeszłości świta

315
Szczęście stracone; jam się nie zbogacił.

A skarb znalazłem...

Nie trącaj bom pjany...

Ta wierzba gada...

W lesie są szatany.

Ja znam się z niemi; nieraz mi do celi

W okna stukają...

W lesie są anieli,

Ale umarli...

320
Chodź z twoim Aniołem...

Przeklęci ludzie! jakim oni czołem

Śmieli ułamać gałąź tego drzewa?

On musi cierpić...

Ach coś się wylewa

Gorzkiego z rany... to zapewne woda

325
Z ziarnek pszenicy ogniem wymęczona,

Którą ci ludzie piją...

Łza stracona...

Ach każdéj łezki brylantowéj szkoda,

Kiedy nie dla mnie płynie ze źrenicy.

Jutro ty będziesz wolny mój kochanku;

330
Jutro wymawiać będziesz okrutnicy,

Że cię dręczyła z ranka do poranku...

Ukryj się Skierko — patrzaj Balladyna

Zbłąkana w lesie tu nadchodzi, sina,

Okropnie blada z rozpuszczonym włosem.

335
Ja twarz zakryję i pod wierzbą siędę;

Będę mówiła do niéj siostry głosem;

I obłąkaną gryść będę... gryść będę...

Wiatr goni za mną i o siostrę pyta,

Krzyczę... zabita — zabita — zabita.

340
Drzewa wołają... gdzie jest siostra twoja?...

Chciałam krew obmyć... z błękitnego zdroja

Patrzała twarz jéj blada i milcząca...

O... gdzie ja przyszła?... to wierzba płacząca...

Ta sama... gdzie ja — Siostra moja!... żywa!...

Siostro...

345
Okropném wołasz mię imieniem?

Trup... trup... na mnie białą dłonią kiwa...

Wszystkie mi włosy przesiękły sumnieniem

I ciągną nazad wstając z głowy — Ale

Nogi przykute...

Czy ci smutne żale

350
Nie mówią siostro żeś ty źle zrobiła?...

I gdyby siostra twoja żyła?...

Żyła?

Mogłażbyś ty ją zabić po raz drugi?

Zgubiłam mój nóż.

Ach nie dosyć długi,

Nóż twój był siostro...

To nie moja wina.

355
Siostro! lecz jeśli przebaczy Alina?...

Jeśli zapomni... i powie: siostrzyczko

Miałam sen taki do chaty wieczorem...

Nim wyszłaś w ciemne osiny ze świeczką,

Przyjechał rycerz; rycerz był upiorem,

360
Upior dwie siostry pokochał szalenie,

I obie wysłał na maliny;... śniłam

Że gdyśmy zaszły w głuche lasu cienie,

Siostra mnie nożem... W tém się obudziłam...

Chodźmy do wróżki niech sen wytłómaczy...

365
To sen... ach prawda... i mnie się wydaje

Że to sen siostro...

Ten sen nic nie znaczy...

To sen...

I tylko matka nas połaje,

Żeśmy się długo zabawiły w borze.

A rycerz...

Zniknął... to sen...

Być nie może...

370
Co? ha okropnie, rycerz jak sen zniknął?

Ale ja żyję...

Bogdajbyś umarła!

To sen... to sen — ha?... rozum już przywyknął

Do twojéj śmierci. Skorobym otarła

Krew z mojéj ręki... byłabym szczęśliwa.

375
Bądź nią szatanie! twa siostra nie żywa.

O wielki Boże! a ty co za widmo?...

Bańka z kryształu którą wichry wydmą

Z błękitu fali... i barwami kwiatu

Malują zorze — Ale bądź spokojną,

380
Ja nie wyjawię tajemnicy światu.

Zostawię ciebie przeznaczeniem spojną

Z ręką rycerza, i ze zbrodni ręką;

A ręka zbrodni daléj zaprowadzi.

Usychaj wiecznie tajemnicy męką.

385
Każda malina może ciebie zdradzi.

Ta wierzba ciebie widziała,

Korą wyśpiewa...

Lękaj się drzewa!

Lękaj się kwiatu!

390
Każda lilija albo róża biała,

I na ślubie i po ślubie,

Będzie plamami szkarłatu

Na wszystkich liściach czerwona.

Idź... weź ten dzbanek... ja ciebie nie zgubię.

395
Ale natura zbrodnią pogwałcona

Mścić się będzie — idź do chaty.

Odeszła i splamione krwią obmyje szaty.

Ale na czole plama zostanie czerwona;

Nie ostrzegłam jéj, próżno byłoby ostrzegać,

400
Ta plama nie zejdzie z czoła. —

Ja zaś idę po fali kryształowéj biegać,

Rzucę ten ciemny obraz zdrodnizbrodni, w jasne koła

Zwierciadlanego Gopła... O blasku miesiąca

Wrócę słuchać jak szumi ta wierzba płacząca.

Nie widać córek...

Wrócą panie! wrócą

Jedna za drugą jak dwie gąski białe,

Jedna za drugą. Ach łzy mi się rzucą

Ze starych oczu, na Chrystusa chwałę,

Gdy je zobaczę...

5
Któraż pierwszą będzie?

Czy Balladyna?

Pewnie Balladyna.

Wszak ona pierwsza w kościele i wszędzie

Pierwsza... z organem piosenkę zaczyna.

Alina także pierwsza.

Więc Alina

Może powróci?

10
Ha! może Alina,

Bogu to wiedziéć...

Czy wiesz moja stara,

Żem niespokojny o twoje dziewczęta...

To i ja właśnie... jakaś niby mara

W głowę mi wlazła. Choć nikt nie pamięta

15
Aby na wiosnę kiedy być nie było

Malin... a gdyby się też przytrafiło

Że nie ma malin... tak marzyłam wczora

Nim sen przyleciał... gdyby też śród bora

Nie było malin? — potém sama sobie

20
Mówiłam... głupiaś... wszakże koń przy żłobie

Gdy nie ma owsa to zajada siano,

Jeśli dziewczęta malin nie dostaną,

To nazbierają poziómek — Wy króle,

Może wam w zamkach nie znać się co ziomka,

25
A co malina, co siano a słomka,

A co są dziuple, a co pszczelne ule.

Wam tylko złoto, złoto, zawsze złoto...

Ach nie wierz temu... nieraz my zgryzotą

Trapieni w zamkach dnie pędzimy liche.

30
Stokroć matko wolę twoje ciche

I wiejskie życie... Miło na tym ganku

Czekać wieśniaczéj małżonki, jak lubo

Kołysze sercem ten powiew poranku;

Ty taka dobra choć masz szatę grubą.

35
To mój świąteczny przecie ubior — proszę!

Cycowa suknia! tylko w święto noszę

Takie ornaty... Wraca Balladyna...

Gdzie?

O! nie widać... lecz matce wiadomo.

Patrz panie! oto jaskółeczka sina

40
Zamiast wylecić, kryje się pod słomą,

I cicho siedzi... Gdyby zaś Alina

Wracała z gaju, tobyś to mój panie

Usłyszał w bełkach szum i świegotanie,

Jedna za drugą pyrr... pyrr... lecą z gniazdek

45
Do téj dziewczynki, i nad nią się kręcą,

Niby chmureczka małych, czarnych gwiazdek,

Nad białą gwiazdką...

Dla czegoż się nęcą

Ptaszki do młodszéj córki?...

Któż to zgadnie?...

Idzie Bladyna widzisz?...

Jak jéj ładnie

Z tym czarnym dzbankiem na głowie.

50
Dziewico!

Oddaj mi dzbanek, ja ci zaś na wzajem

Daję pierścionek...

Brylanciki świécą...

Oby nam życie było słodkim rajem.

Idź do komnaty, starym obaczajem

55
Niechaj ci warkocz zaplatają swatki,

Niechaj świeżemi przetykają kwiatki,

A za godzinę, drzącą, uwieńczoną,

Wezmę z rąk matki, i będziesz mi żoną.

Kareta czeka, po xiędza pojadę.

Och!

60
Czegoż wzdychasz? i coś niby blade

Usteczka ściskasz?...

Matko moja droga,

Nie wiem jak wyznać?

Cóż córeczko miła?

Czy ty już drząca od łożnicy proga

Chciałabyś uciec jak sarneczka?...

Siła

Złego mam donieść...

Co?

65
Ach! nie dasz wiary?

Ale Alina — Ach... ta siostra młoda

I tak kochana — Ach jaka jéj szkoda!

Co córko?

Bo też psułaś ją bez miary.

Twoja to wina że dziś...

Mów bo skonam.

70
Lękam się mówić, może nie przekonam

Ślepéj miłości, matki przywiązania.

Lecz któżby myślał że ta młoda łania

Ucieknie...

Córko... Alina?

Uciekła...

Gdzie... jak? z kim? — Boże! Matki się wyrzekła.

75
Ach przewidziałam dawno że tak będzie,

Jakiś obdarty młokos chodził wszędzie

Za tą dziewczyną, szeptał jéj do ucha.

Napominałam. — Wiesz jak ona słucha

Kazań od siostry? I dziś... z nim uciekła...

80
Wyrodne dziecko!... Więc idź aż do piekła!

Nie pomyślałaś na te stare oczy

Że będą płakać... dobrze, bo nie będą

Płakać po tobie — Bo matka ma smoczy

Płód zamiast serca, można serce krajać,

85
To się kawałki węża znowu sprzędą

Jak płótna kawał... Chciałabym ją łajać...

Przeklinać... dręczyć — Ot wiesz... że te oczy

Jak noże ot tak... wlepiłabym w łono,

Jak noże... tylko bez téj łzy co mroczy.

90
Możebyś ty mnie widziała szaloną,

Ale co płakać... Nie! nie! nie!

Mój Boże!

I tak zasmucić!...

O! i tak zasmucić!

Zasmucić matkę starą?...

O! mój Boże!

Tak starą... Ale ona może wrócić.

95
Kto wie!... Nieprawdaż ona wrócić może?

Jak sama kiedy siądzie przy oświatce

Nocą... pomyśli: gdzie matka? a jużby

Serca nie miała żeby też o matce

Nie pomyślała nigdy...

Idą drużby...

100
Jak oni grają smutnie i wesoło...

Ty teraz skarbem moim... daj mi czoło

Niech pocałuję... Cóż to! jakaś plama

Jak krew czerwona?

Krew?...

To od maliny

Może... daj... zetrę...

Matko... zetrę sama.

Jeszcze jest...

Teraz?...

105
Jeszcze — jak rubiny

W twoim pierścionku, pięknie sobie świeci.

A teraz?...

Jeszcze jest... by na osieci

Listek czerwony...

O! o! to okropnie!

Daj mi tu czoło, a zetrę rostropnie.

Może to ranka...

110
Matko nie dotykaj

Téj plamy...

Czy cię boli?...

Nie — nie boli...

Przyniosę wody z pod owéj topoli

Gdzie piją wróble...

Plamo krwawa znikaj!...

Nie odwracaj czoła

115
Wstydliwa dziewczyno;

Mąż na ciebie woła

Młodziutka kalino.

Nie odwracaj czoła...

Chcą nam ciebie wydrzéć swaty;

120
Niech cię bronią białe kwiaty

Twego wianka...

Kwiaty ciebie nie obronią,

Ni białością, ani wonią,

Od kochanka...

125
Precz! precz — Odkąd zaczęły kwitnąć białe róże

Z czerwonemi plamami?... Wynieście te kosze...

Pogardziła kwiatami które ja przynoszę,

Ja dawna przyjaciółka.

Patrzcie w pyłu chmurze

Błyska złota kareta, jedzie Kirkor z xiędzem.

130
Przy téj karecie słońce zdaje się mosiędzem.

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← ArabBalladyna — Epilog →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Balladyna — Akt drugi
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-balladyna-akt-drugi--juliusz-sowacki-f4a5fb
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Balladyna — Akt drugi», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-balladyna-akt-drugi--juliusz-sowacki-f4a5fb.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.