CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Aryman i Oromaz (Kasprowicz)

polaco

Otom go widział... blasków tysiącem

Twarz mu płonęła... był tak wspaniały

I tak ognistem bawił się słońcem,

Że nawet zamki przed nim zadrżały,

Gdzie Akerene, ojciec nasz, włada...

Otom go widział... światło promienne

Pragnął i do tej przelać dzielnicy

I te ciemności rozwiać bezdenne

I spalić siłę mojej źrenicy,

I nad mą głową zawołać: biada!

Dotychczas byłem pełen spokoju,

Zadowolony ze swego bytu,

Nie chciałem walki, nie chciałem boju,

Bom złocistego nie znał błękitu,

Który olśniewa twarz Oromaza.

Od wieków siedząc na ciemnym tronie,

Tuliłem w mgły się i chmur powłoki,

Chociaż w mem sercu, chociaż w mem łonie

Płynęły hartu bystre potoki,

Stokroć szkodliwsze, niżli zaraza.

Dotychczas byłem sam jeden królem,

Nie znałem większej nad swą potęgę,

Dziś ze zazdrością patrzę i bólem

Na tę barwistą, tęczową wstęgę

I na te skrzydła, któremi bije

Wyżej odemnie! Wszak on za chwilę

Całkiem zawładnie moimi szczyty!...

Lecz w upośledzeń brudzącym pyle

Pozostał zemsty płód jadowity —

Zostały żmije — zostały żmije!...

O Akerene! dzięki ci składam

Za nienawiści wszechmocną siłę,

Za hart i wolę, którymi władam,

Aby dziś swoją zmienić mogiłę

Na plac bojowy — na krwawe morze.

Patrz, duchu światła!... Jedno me słowo

Przywoła diwów czarne szeregi,

Co się uniosą nad twoją głową

I zatrzymają gwiazd twoich biegi,

Które ty pragniesz rozsiać w przestworze.

Dzieci twoje, Arymanie,

Nie przywdzieją jasnej szaty;

Ich siedliskiem są otchłanie,

Gdzie nie płoną skry,

Gdzie nie płoną słońc krawędzie

Ni rażące gwiazd makaty,

Gdzie Oromaz nie zasiędzie

W dumie swéj.

Arymanie, królu zmroku!

Tyś do chłodnych przywykł cieni,

A tu każą żyć w potoku

Gorejących zórz!

Arymanie, duchu boży!

I my w nocy tej zrodzeni

Nie porzucim zimnych łoży

Nigdy już.

Prowadź, prowadź na przybysze,

A pogasim ich ogniki

I zakłócim dziwną ciszę

Tych słonecznych dróg,

Jakby bowiem nie znał ciebie,

Tak wciąż składa swe promyki

I na jasnem wiesza niebie

Ten nasz wróg.

Prowadź, prowadź, bo już głosy

Amszaspantów ku nam płyną —

Pieśń uwielbień złotowłosy

Ormuzdowi nuci chór:

Każda zwrotka ostrym mieczem,

Co rozdziera mgłę nam siną —

Prowadź — prowadź! my rozsieczem

Światła twór!

Błogosławionyś, boże światłości,

Bo wokół siebie rozsiewasz życie,

Tworzysz niebiosa, a w ich błękicie

Rozniecasz świetny żar!

Zaludniasz ziemię szeregiem gości,

Którzy młodzieńczą krasą i wonią

Nadają pustym, sennym ustroniom

Zachwycający czar.

Błogosławionyś, boże światłości,

Albowiem twoje ojcowskie rządy

Już powaśnione złączyły prądy

Potęgą dźwięcznych strun:

I oto ciekną krople miłości

Na twe zwierzęta i na twe ziela;

Świat się przemienia w ogród wesela,

Olśniony falą łun!

Błogosławionyś boże światłości!...

W tem kole życia, w tym barwnym wianku,

W tym bieluteńkim, czystym poranku,

W tej fali złotych zórz,

Arymanowej nie bój się złości

I jedną iskrą ze swego serca

Króla dla tego stwórz dziś kobierca —

Ach! stwórz człowieka — stwórz!...

Ten ogień twórczy, co w piersi mej drzemie,

Ten powiew wiosny, co orzeźwia ziemię,

Ta kropla rosy, co z nieba wciąż ścieka —

Zlejcie się w jedno i stwórzcie człowieka!...

Niechaj mu ducha podnoszą zapały

Do sfer poświęceń, zwycięstwa i chwały,

W sercu niech pali się miłość gorąca,

Błyska płomieniem gwiazd złotych tysiąca,

Spaja ze sobą młodzieńca — nadzieję

I zdrój dobrodziejstw na świat ten niech leje!

Z nami zawarłszy serdeczne przymierze,

W hart się niech zbroi i w męstwo ubierze,

Niechaj się stawia w gorące zapasy

Przeciw wrogowi światłości i krasy!

O Arymanie! zatrzęsną się zręby

Twoich zamczysków! Rozpłyną się kłęby

Mgieł twych i dymu i skier mych nie stłumią!

Chóry mych duchów skrzydłami zaszumią,

Patrząc, jak w niwecz obraca się władza

Króla ciemności, co klęski sprowadza

Na moje dzieło — na kwiaty te moje!.

O tyś tak dumny! i myślisz, że zdroje

Czystych zachwytów twe dłonie zamącą,

Myślisz, że dobę świetlaną, gorącą

Zgasisz, wychłodzisz zjadliwym oddechem

I będziesz bryzgał szyderstwem i śmiechem.

Serce człowieka, to wnętrze kościoła,

W którem duch boży codziennie nań woła:

»W czarnego zmroku nie chowaj się szaty,

Lecz składaj zorzy i słońcu objaty!«

»Honower« duchu! twa władza się kończy.

W sercu człowieka mam szyszak obrończy!...

O Zerwane-Akerene! Przekleństw żmije

Niech się wpiją w twoją szyję!

Upośledzasz mnie na nowo,

Zaklęć słowo

Dając mu!

Więc mam jeszcze patrzeć cicho z mych zamczysków

Na strumienie jego błysków,

Co tam płoną w tej przeźroczy,

Paląc oczy

Moje tu?!...

O Zerwane-Akerene! Przekleństw głazy

Niech dosięgną cię sto razy,

Niech na wieki cię przygniotą,

Twym obrotom

Kładąc kres!...

On raz tylko rzekł »honower«, bo w przyszłości

Wyraz ten mu nie zagości,

Lecz popłyną z jego wargi

Czarne skargi,

Pełne łez.

O Zerwane-Akerene! Jego człowiek

Wciąż nie będzie swoich powiek

Ku błękitnym strefom wznosił:

Będzie prosił

O mój cień!...

Wtenczas zemsta ma i zazdrość swą kałużą

Oromazda w grób zanurzą, —

Wtenczas sine mgły rozsieję

I zaleję

Biały dzień...

Arymanie, klniesz daremnie!

Odwieczny czasu bóg

Nie zmieni swoich dróg,

Nie sięgną go twe żmije,

Nie sięgnie go twój głaz!

Arymanie! rzuć twe ciemnie,

Ten nocny porzuć kraj;

Tu zawsze kwitnie maj,

Tu tęcza wciąż się wije,

W słoneczność wiodąc nas.

Arymanie, klniesz daremnie!

Przeczysty jest nasz człek,

I choćbyś słowo rzekł,

On słońca nie opuści,

Nie rzuci złotych gór!

Arymanie, rzuć twe ciemnie,

Do naszych biesiad siądź —

Czy pragniesz wiecznie brnąć

W pośrodku tych czeluści

I wiecznie szerzyć mór?!...

O, nam jeszcze dziś urąga

Ormuzdowy płód,

Arymanie! Arymanie!

Wciąż ognistszy chór nadciąga,

Czas już, czas już, byś w otchłanie

Mgieł nas wiódł!...

Niech nademną noc się zwali,

»Odpoczywaj!« niech zawoła!

Mnie ten promień słońca pali

I wyciska pot mi z czoła.

Głos sumienia wciąż mnie budzi,

Każe ziarna siać co żywo,

Mnie ten wieczny posiew nudzi,

Ja nie wierzę w przyszłe żniwo!

Błyszczy niebo, błyszczą rzeki

I gdzieś w górze gwiazdy świécą,

Oromazda chór daleki

Czczą mnie bawi obietnicą!

Nie dosięgną moje dłonie

Do sfer jasnych — do błękitu,

I me szczęście nie zapłonie

Wieczystego krasą bytu.

Ten potężny światła bóg

Co się chełpi siłą lotu,

Czemu pragnie jakichś sług

Czemu pragnie krwi i potu?

Czemu na świat sam nie spłynie

I sam ziaren nie rozsieje,

Jeno ludzkiej śle drużynie

W zamian trudów czczą nadzieję?

Każe w sercu czcić zapały

I miłości wieńce splatać,

Wierzyć w szczytne ideały,

Do nadziemskich sfer ulatać.

Wolność, światło to fantomy,

Które mózgi chore płodzą!

Próżno, próżno biją gromy,

W moje piersi nie ugodzą!

Nie ugodzą w piersi moje —

I dla innych z twardej roli

Nie popłyną czyste zdroje!

Hej! niech zmrok mnie dziś okoli:

Uduchownień białe skrzydła

Dawnom stępił w próżnym locie,

Próżna jazda już mi zbrzydła,

Wolę w ciemnym śnić namiocie!...

O nieszczęsny! grób przed tobą!

Odbiegasz dróg zbawienia,

Szukając złego cienia,

Za nocną tęskniąc dobą.

W Ormuzdowym lśnią kościele

Jarzące szczęścia świéce,

Tu czyste wciąż dziewice

Wiosenne wiją ziele!...

Niech nademną noc się zwali,

»Odpoczywaj« niech zawoła,

Mnie tu promień słońca pali

I wyciska pot mi z czoła...

Wciąż sumienia głos mnie budzi,

Każe ziarna siać co żywo,

Mnie ten wieczny posiew nudzi,

Ja nie wierzę w przyszłe żniwo...

Oromazie, zwątpień gad

Zrodził się w duszy człowieczéj

I szlachetny zalał ślad

Potokiem trującej cieczy.

Już się mglisty wznosi kłąb,

Nasze się gwiazdy ściemniają,

Już piekielny zadrżał zrąb,

Aryman pędzi z swą zgrają.

Oto przyszedł zmroku czas,

Złote się słońce zapada,

Tyś wygnała sama nas,

Biada ci ziemio — o biada!...

Jestem zwycięzcą!... odwieczny Zerwane,

Ten sam, co jemu przed tylu wiekami

Siły zaklęcia udzielił, dziś ranę

Moją zabliźnił i zwycięstw laurami

Okrył me czoło... Dziś rzucam otchłanie,

W których mnie chóry Ormuzda zawarły

I śpieszę głogi siać na kwietnim łanie

I świat żyjący przemieniać w umarły.

Dzisiaj wyzionę trujące potoki

Na płody słońca, od razu poniszczę

Świetne ich barwy i wyssię ich soki —

I wszystko będzie jak zgliszcze! jak zgliszcze!...

Ten ród człowieczy, co dzisiaj mnie woła,

Co Oromaza miał bronić przedemną;

Ten, co miał serce jak wnętrze kościoła,

A dziś zamienił je na czeluść ciemną,

Ten ród, co pragnie spokojnych komórek —

Ten ród przygniotę do cierpień łożyska;

Ześlę nań węże i stada jaszczurek,

Niech się w objęciu ich kurczy i ciska...

Zmącę mu źródła i spalę mu ziarna,

A on spragniony i głodny, sam siebie

Niechaj zabija, niech strugą krew czarna

Płynie obfitą po tej spiekłej glebie.

I cóż, Ormuździe? Wszak gasną twe słońca

Wszak się w popiele mej zemsty już stliły?

Ciemność panuje od końca do końca

I wszędy czuć już zgniliznę mogiły!...

I cóż? czyś równie tak wielki i dumny,

Jak ten, co więzy gotuje i trumny?!...

O ty piekielnej zemsty szatanie!

Dzisiaj ci płaci upadek człeka

Zwycięstwa dań;

Ty śmierć rozsiejesz na jego łanie,

Lecz do mych krain droga daleka —

Nie wejdziesz nań.

W nieśmiertelności tuląc się szaty,

Będę tam mieszkał, a za mną słońce

I duchy zórz,

Płodząc nasienie na nowe kwiaty,

Na nowe lilie, życiem woniejące

Po chwilach burz.

Albowiem słuchaj, zły niszczycielu:

Tworząc człowieka, wlałem mu w duszę

Skier własnych zdrój.

Dziś on ukryty... po latach wielu

Zbudzą go własne twoje katusze —

Ten czyściec twój!

I znów podniesie ku mnie swe oczy,

I znów zapragnie porannej doby

Po ciężkim śnie:

I ja mu ześlę dar mych przezroczy,

A tobie wieczne otworzę groby,

Zdeptawszy cię!

Duchu brzasków! Próżne słowa,

Dziś koniec twojego świata,

Chór twych duchów już się chowa,

Już — już na wieki ulata.

Plag za sobą wlokąc brzemię,

Okryci w mgliste odzienia,

Spłyńmy, spłyńmy już na ziemię

Rozpocząć dzieło zniszczenia!

O jak mi duszno w tym ponurym grobie,

Jak mi się w piersi wryły te kajdany!

Lata po latach... ach! doba po dobie

Wpośrodku drogi ciekną nieprzerwanej,

Wlokąc za sobą wciąż skargi i żale.

Codziennie krwawsze płyną łez strumienie,

Codzień błędniejsze stają się te twarze;

Znikąd cieplejsze nie zawieje tchnienie,

Nikt w gorejącym nie zapłonie żarze

I znikąd czystsze nie popłyną fale...

Noc dziś rozpięła chmury swe nad nami,

Braknie błyskawic, coby je rozdarły,

Braknie piorunów, ażeby iskrami

Wskrzesiły świat ten, senny i zamarły,

By zapłodniły światłość w tej mogile...

Wy, jak postacie z marmuru wykute,

Kamiennym okiem wciąż patrząc przed siebie,

Na kęsy strawy swej patrząc zatrute —

Wy, czy o zdrowszym myślicie już chlebie,

O żywotniejszej marzycież-wy sile?

Wy, niewolnicy pośród własnej chaty!

Dopokąd jeszcze chcecie się odziewać

Głupiej pokory żebraczemi szaty

I wrogom życia służalczy hymn śpiewać

I od światłości odwracać swe oczy?!

Czy wam szlachetnych pragnień iskry boże,

Które człek każdy chowa w serca głębi,

Rozniecić jeszcze jaka siła może?

Czy was już dzisiaj lód wieczysty ziębi?

Czy wasze piersi wieczny ciężar tłoczy?

Nie! Promień boski w człowieku nie gaśnie!

On nieśmiertelny! Ukrywa się w duszy,

Aż go sam człowiek, bój tocząc zapaśnie,

Siłą i wolą na nowo poruszy —

On nieśmiertelny i wiecznie bez skazy!

Lecz kiedy człowiek nie pragnie już łaski

Zwycięstw i gnuśny zakończy w spodleniu,

Promień krwawymi rozlewa się blaski

I na grobowca rysuje sklepieniu

Ogniste wzgardy i przekleństw wyrazy.

Czyż wy pragniecie, by wasi synowie,

Pośród cmentarzysk krocząc opuszczonych,

Złorzeczeń słowo rzucali po słowie

Na wasze groby bez wieńców zielonych,

Na groby boskim promieniem przeklęte?!

Strząśnijcie prochy! oczyśćcie się z błota,

Arymanową pogardźcie ciemnicą,

A wnet Ormuzda zapłonie wam złota

Gwiazda i bladym da rumieniec licom

I dni tu stworzy przejasne i święte!...

Cześć ci, o cześć ci! Ty w naszem łonie

Budzisz znów zapał, stłumion niewolą:

Oto już błyska, oto już płonie,

Ku Oromazda zwraca się stronie,

Zwraca ku złotym się polom.

Nie chcemy dłużej, nie chcemy dłużej

Karmić się w nocy ogryzkiem kości,

Po latach zmroku, głodu i burzy

Pragniemy słońca, chleba i róży —

Pragniemy świętej wolności.

Chodźmy, o, chodźmy w zwartym szeregu

Arymanowe rozbijać szyki!

Będziemy walczyć, nie spoczniem w biegu,

Aż znikną resztki zimnego śniegu,

Aż ujrzym wiosny promyki!...

Arymanie! już przyszła godzina!

Oto człowiek zatęsknił do słońca,

Przeciw tobie walkę rozpoczyna,

Walka jego krwawa i gorąca.

Arymanie! płomienne zachwyty,

Żądz szlachetnych siła, hart i męstwo

Odsłaniają niebios mu błękity,

Niesłychane dają mu zwycięstwo.

Arymanie! człowiek to potęga,

Której nawet piekło nie przełamie,

Gdy go zdobi woli jasna wstęga,

Kiedy w sercu nosi hartu znamię.

Arymanie! zaklęć dawne słowo

To dziś śmierci twojej przeznaczenie!

Ormuzdowy chór już nad twą głową,

By cię strącić w nieskończone cienie!

Oto patrzcie! oto patrzcie! błyszczą miecze,

Które odniosły zwycięstwo —

Akerene, Oromazie i ty człecze,

Przekleństwo wam! przekleństwo!

Tak oto kończą niszczyciele,

Co zagarnęli świat,

Ażeby wygnać zeń wesele,

Podeptać szczęścia kwiat.

Oto ziemia, jak pustka cmentarza!

Wszędzie sine dymią popieliska,

Wszędzie zniszczeń ślady,

Ludzkich piersi skra już nie rozżarza,

Już ogniami młodymi nie płonie,

Człowiek walką blady.

Wody zatruł wąż Arymanowy,

Łany zdeptał pochód jego duchów,

Z kras odarto kwiaty;

Trzeba ludziom napój stworzyć zdrowy,

Pełnię karmi dać, zamiast okruchów,

I jedwabne szaty.

Kometowe podajcie mi ognie!

Wszystko w szary popiół dziś obrócę,

Wszystko dłoń ma spali!

Serca ludzi zła już moc nie pognie,

Kiedy słowo wielkich zaklęć rzucę,

Aby zmartwychwstali.

Zmartwychwstańcie, drzewa, łąki, łany,

Zmartwychwstańcie, blaski, zdroje, rzeki,

Zmartwychpowstań, człecze!

Za twe męki, za twe łzy i rany

Dziś zgotuję wiosnę ci na wieki,

Z cierpień cię uleczę.

O jaka rozkosz! jakie promienie!

Jaka ros świeżych opiłość!

Świat się przystroił w świeże zielenie,

W zapach zmieniła się zgniłość...

Posiewy ducha na takim łanie

Bogate rodzą nam kłosy:

Dzięki ci Boże! dzięki ci Panie!

Za twoje blaski i rosy!...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Anioł (Kasprowicz, 1926)Bądź pozdrowiona! →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Aryman i Oromaz (Kasprowicz)
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-aryman-i-oromaz-kasprowicz--jan-kasprowicz-d08fd9
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Aryman i Oromaz (Kasprowicz)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-aryman-i-oromaz-kasprowicz--jan-kasprowicz-d08fd9.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.