Do broni! Nagotujcie łuki
i kamienie miejcie pogotowiu!
Nie rozumiem czemu bieg się inaczy,
czemu tarcza złocista przygasa — ?
Czekać będziemy gwiazdy,
z mieczmi dobytemi w obronie.
Wiedzcie, że jeźli tych skroni
nie uwieńczy gałązka wawrzynu,
do trupów zlecą się kruki,
do trupów zlecą się sępy.
Do walk się gotujcie, do czynu!
Ten muru kawał obronny, te strzępy
Iljonu, ten gruz ostatni;
tu ostatnie nasze schronisko
i kres abo zwycięstwo nasze,
od waszych zależne dłoni
i kres abo sława blisko!
Tam wrzawa w uszy mi dzwoni.
Czy widzisz, jako biegą pod mury
i jako całe nad Skamandrem błonie
pełne koni,
pełne koni i strojnych rycerzy —?
Albo ich złupim z odzieży,
abo Śmierć tu będzie władnąca.
O gwiazdo! O ty nieblednąca!
Znijdź ku mnie w ostatniej dobie.
Oto otoczon rycerzmi
w modły się skłaniam ku tobie,
jako modliłem się co dnia.
Zejdź ku mnie jak pochodnia,
ty, któraś miłość w mej piersi
miłością zapaliła płomienną.
Zestąp nad bramę tę, boska,
niech trud się mój złamie i troska
trud i troska o moich!
O dla tych zachwytów twoich
niezapomnij twojego pasterza!
Łuna się pożaru rozszerza.
Oto świątynia w czarnym dymie;
w kłębach, co jej czoła sięgły.
Patrz, — na palące węgły,
ze wszech stron owite dymem pożaru.
Ty mocą twojego czaru
daj moc piorunom!!
Do broni! — — Stawajcie za mną!
Bieży człowiek, — zda mi się ze dworu
mego ojca, starego rodzica.
Rzeź sprawili! —
Wielki, przysłoń lica.
Pasterzu nakryj twej twarze.
Słowem cię strasznym uderzę.
Skonali pod toporem, pod nożem,
klnąc twoje imię przeklęte
i zwąc karaniem bożem
moce twych czarów nieświęte,
iżeś śmiał Bóstwo gwieździste
wlec w twoje łoże człowieka,
że kara dla cię już bliska,
że klątwa już niedaleka,
co sięże ciebie — przychodnia.
Psie! — We krwie tej, co cię opłucze
świeć mi się jak pochodnia
w pożarnej łunie.
Za tarcze!
Dzielnie bić! — Z wami wystarczę!
Gdzie idzie?
Poszła w jego łożnice.
Czy widzicie, idzie jak senna —?
To ona jemu miłośne życie
czyniła, Bogini gwiazd promienna,
że nocą szła ku niemu skrycie
a gdy gwiazda zaświtała jutrzenna,
dom porzucała i łożnice,
unosząc w szatach tajemnicę
miłości.
Patrzcie, wraca.
Patrzcie, około siebie szuka.
Czy widzicie, jak się uśmiecha —?
Pragnie; miłości snać niesyta.
Czy ona widzi?
Nie, nie widzi.
Jakaż to po za nią świta
gwiazd, — świetlana droga.
Oto widzicie przed sobą Boga,
który postać bierze człowieka
i z błękitów podniebnych ucieka.
Błąka się.
Przystaje i czeka.
Zdaje się zawiedziona.
Jakże się dziwno uśmiecha.
Snać nie wie, że kochanek jej kona.
Tu idzie, — nie widzi trupa.
Postrzegła, — ze wstrętem się cofa.
Znika za węgłem słupa.
We światłach groźna wraca.
Oczy jej błyskawice, gorą!
Zemstą dysze! — Straszliwa.
Upadajcie do ziemi twarzą.
Jej oczy piorunem rażą,rażą.
Kochanka szuka, płonie,
z szat się zdziewa nieskromnie.
Do mnie, do mnie, pójdź do mnie.
Słyszycie, jak się żali?
Przyjdź, ciało mię pali.
Mężu przyjdź, — przeklnę Ziemię,
świat wasz cisnę w płomienie,
zabiję piorunami.
Moc moją Bożą odsłonię.
Kochanku, za jednę tę noc,
gdy duch mój ciałem płonie
przeklęty, — bierz ciało
w miłośnym czynie
bo świat ogniem zatopię,
bo wszelki żywot spalę....
Szaty zdejmuje, — zrzuca — lwica!
Okropne oczu błyski, — porażą błyskawice.
Nie patrzcie w lica.
Bogini Afrodite!!!
Ja was ocalę! —
Helena! Helena! Helena!
Helena!!