CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaStanisław Wyspiański

Stanisław Wyspiański · Modernismo

Achilleis — Scena I

polaco

Rycerze miecza i mężowie czynu,

wy, których ludów rzesza mnoga słucha,

którzy chadzacie w gałęziach wawrzynu,

chcę w was obudzić myśl i potrząść ducha.

Lud nasz, nad którym wództwo jest nam dane,

zarazą mrze, pokotem u nóg wam się wali;

rażą go Apollina groty weń ciskane;

umyśliłem, że lud ten ofiara ocali.

Przed Bogiem się oczyścim skruchą w naszej winie

i ofiarę oddamy, — Bóg wstrzyma się w czynie.

Jeden z nas winien hańby, za którą Bóg karze:

oto porwano córę temu, co ołtarze

pieści Apollinowe...

Zamilcz, — ty zuchwały.

Wiem już, co chcesz powiedzieć.

To i cóż drżysz wdały?

Czas, żebyś oddał dziewkę.

A twoją zabiorę;

A ciebie tym rozkazem raz przygnę w pokorę!

Nie o sobie ja rzekłem, bo z krzywdą niczyją

bawię się dziewką moją, której sam dobyłem,

gdy cały ród królewski jej trupem zwaliłem.

Nie wydarłem jej Bogu, lecz mnie Bóg ją nadał,

żebym do woli miał.

Tożeś wygadał,

Zadługo ty się bawisz w miłośnym bezwstydzie,

ulegając kobiecie; — gdy oręż twój władny,

dla którego cię cenim, rdzewieje próżniaczo.

Niemów tak, — bo mój oręż dziś rano bieliłem,

o ostry porając go krzemień.

A nie przymawiaj mi, — gdy wiesz co słowa znaczą,

bo zejmę z ramion mych rzemień

i poznasz, gdy kobiety w twym domu zapłaczą,

ktom jest i jaki Bóg mnie broni,

gdy cios wymierzę przykładny.

Widzę, że się spieracie i upust dajecie

złości, złej przewodniczce mędrców i młodzieży.

Przyznaję ci Atrydo, — żeś dojrzały w lecie

i nie chcesz wołać prożno. Przyznaję Pelido,

że chcesz dobra, — lecz Bogom zostawcie działanie.

Gdzie wy macie jakiekolwiek pojęcie,

jak trzeba gadać, gdy się co chce zrobić?

Nie dość jest kogo ukarać lub obić,

trza umieć słowem powolnie i święcie

przekonywać i działać ot językiem raczej.

Za moich czasów inni byli ludzie.

Otóż ci inni ludzie gadali inaczej.

Przedewszystkiem umieli gadać, co jest sztuką.

Byli w swej mowie powolni, wytrwali,

Wy zaś jesteście tacy, co się tłuką

i pięścią chcecie wodzić rej. — Pamiętam jeszcze...

Zaraz przypomnę sobie, — co mówiłem

lat temu sporo i jak mnie słuchano

dla mej wymowy, słów potoczystości;

bo miałem zdolność mówienia ogromną

i myśl rozważną, spokojną, przytomną.

Zaraz przypomnę sobie, — jak to było,

gdy dwóch za moich czasów się kłóciło.

Jakżeż się zwali? Mniejsza o imiona;

ja należałem wtedy do ich grona.

Byli wielcy i tacy dziś w powieści gminu

żyją po latach mnogich. Posłuchajcie dalej,

zaraz wam powiem, jak ci mnie słuchali,

rozmową krzepiąc myśl w przededniu czynu.

Nie tacy byli, jak wy, — inni wcale.

Gdy Pejritoos na swojem weselu

pałą mordował swoich weselników;

syna gdy Tezeus zabijał;

gdy żywa pamięć zbrodni Pelopidów

klątwą ciąży, — gdzież ty ucztowniku

bywałeś wtedy. Myśmy nieodrodni

i za kpów mamy, stary przyjacielu,

tych, co szukają duszy na języku.

Gdy ze mnie pożar bije, ten językiem miele,

tak pies kręci się w kółko, gdy barłóg swój ściele.

W namiocie moim człowiek padły leży,

porażon słońcem dzisiaj. Wczoraj dwoje legło:

mąż jeden, co przy koniach był i z niewiast jedna.

A wiem, że w nocy wywleczono trupy

z waszych namiotów Atrydzi kryjomie

a wy ani pojrzycie, kto jest czerń ta biedna.

Złote robactwo obsiadło im lice,

krew ssając czarną, co z nozdrzy im ciekła.

Jeźli nie lunie deszcz, to te złotnice,

Apollinowe wysłanniki piekła,

pocałunkami darząc nas strasznymi,

zarazę wszczepią w krew, że zczeźniem z nimi.

Wiem, że ty sądzisz, że Bóg sobie zbierze

sam tyle ofiar w ludziach, ile zechce.

Lecz ja to mówię, — ja, co w Boga wierzę,

żem mocen wstrzymać tę każącą rękę,

że tej Apollinowej kaźni znosić nie chcę!

I że w imieniu ludu, postawion nad ludy,

wzywam Boga, by wyrzekł, czego po nas czeka;

by nas wszystkich nie karał w srogości bez miary

za przewinę jednego człowieka.

Rzeknę to tedy, którym milczał poty,

że prawie bluźnisz twem słowem młokosie.

Choć kto zawinił, niezmienne są loty

słonecznych grotów, które Bóg ten ciska.

Wy słów się strzeżcie. Niech się nikt nie zbliża

zbytnio ku światłu. We wysokie drzewa

biją najszybsze groty, co powalą.

Nie wyrastaj ty słowem Pelido, — bo zginiesz.

Od miecza jeno ci słynąć.

A gdy się z sławą mieczową rozminiesz,

z niczem ci przyjdzie odpłynąć.

Wspomniałeś, — może mi przyjdzie się zbierać.

Nie rzekłem jeszcze wszystkiego, co taję,

ku czemu serce bije.

Kiedym się zbierał tu lecieć pod Troję,

mój ojciec cudną darował mi zbroję;

tę matka bogini przyniosła mu w darze,

sam Hefaist ją kował w podziemnej pieczarze,

tę, co dziś pierś mą kryje.

Rzekł ojciec, mój synu, — rzekł mi, dziecię moje,

to jest dar Bogów, w tej zbroi jest siła:

Gdy zechcesz zło czynić, nie będzie walczyła.

W tej zbroi nie wolno zawinić.

Idź w bój ten, gdzie męże

skrzyżują oręże,

gdzie męże miotają oszczepy, —

lecz strzeż się człowieka,

co wyrósł nad inne,

którego jest serce prawością niewinne

i Boża nad którym opieka.

Na Zewsa, Atrydzi, czy wiecie, gdzie zmierza?

Wszak mało zgaduję, co mówi.

Być może z Iljonem już szukał przymierza

i złamał przysięgę królowi.

Przysięgim nie złamał,

lecz nie czas, bym kłamał,

gdym nadział świętą zbroję.

Nie zadrżę przed wami,

mocnymi królami,

lecz Bogów słonecznych się boję.

Dziś walkę tę rzucę, — zabiorę okręty

z któremi tu płynąłem.

Was samych ostawię na bój ten przeklęty.

Ze śmiałem stawam tu czołem.

I ojcu, gdy wrócę,

do kolan się rzucę

i rzekę, całując skraj szaty:

Znalazłem człowieka.

Dalekom go szukał

i mnogie przebiegłem dlań światy.

Słuchajcie królowie, jak on nas oszukał:

Z Hektorem oto jest w zmowie!

Nie, ja nie będę wam walczył z Hektorem.

Ja zrozumiałem już dziś w sercu mojem,

gdy nadarzyła się chwila z tym sporem

z tobą Atrydo, — że wy, jako sępi

tuście zlecieli, gdzie mąż ten nad męże

nad grodowisko ojców wzniósł oręże,

by bronić chaty i żony i dziecka;

że go tam w sieci dzierży garść zdradziecka

głupców, bezczelnych zbójów z Parysem na czele,

których on jeden przerósł duchem wiele

i ta jego istota, dusza, co nim rządzi,

mnie go każe szanować — i niech Zews mnie sądzi.

Wy się źrecie, jak sępy o padła kawalce,

nie myśląc cale o tem, z kim stajecie w walce?

Oszukujecie lud własny i chłopów,

że klątwa cięży na ojczystej ziemi;

że gwiazda jasna w morze wam uciekła,

tuście ją gonić przybiegli mocarni;

nienasycone łupem pełniąc wory

dla was samych, nie dbając o lud, co gruz orze.

Gdy was poznaję nikczemni i marni,

że klątwa wasza wlecze się za niemi,

imieniem czego żądacie pokory?

Co postanawiasz?

Już postanowiłem,

bo tu nie z prośbą, z nakazem przybyłem.

Ja dziewki nie dam.

A ja nie dam mojej.

Pewna, że kłótnią nie weźmiecie Trojej.

Mądry Odyssie, nad twą mądrość wzrosłem;

nie chcesz uznać, że słusznym gniewem się uniosłem.

Synu Peleusa, lubię kiedyś ty rumiany

gniewem, bo to zapowiedź, że krew w tobie pali,

że skoro się do lotów zerwie, Iljon zwali.

Pomnisz, jakom cię przywiódł i wśród dziewek poznał,

gdyś ty za miecz uchwycił, — ot jako tej chwili,

gdy się rwiesz ku Atrydzie, —

Więc Odys się sili

miłemi słowy ugłaskać Pelidę.

Więc ja niejako jestem winien?

Myślę.

Poczekajcież, więc zaraz pachołków dwu wyślę,

niech przywiodą kochankę moją tu na radę

i zobaczycie, czyli ja jej przymus kładę,

żebym ją dla się miał...

Lepiej byś starcze uczynił, byś ostał

zdala i nieprzychodził do władców tej pory.

Nie przychodzę ich błagać, karać jestem skory.

Bóg jest ze mną, — Ten wicher, co się rwie upalny,

żenie tu na was pomór i piasek gna skalny.

Ludziska wasze mrą — i wy pomrzecie,

gdy mnie w bezwstydzie dziecko marnujecie.

Możesz ją sobie zabrać.

Nie drwij ze mnie królu

i bodajbyś nie zaznał nigdy tego bólu,

który ja ojciec znam.

Więc poznaj radość.

Możesz odebrać córkę, już miałem jej zadość.

Ojcze — ....

Panie mój, — królu,...

Głupia, obłąkana.

Opętana miłością, — przylgnęła do męża.

Nie pójdzie z tobą stary. Więc rzuć Apollina

i przyjm te kubły złota odeń, jako dary

za chowaną dziewczynę.

Wam nic jej sromota?!

Nie widzę tu sromoty, ni żadnej bezcześci,

gdy ją najpierwszą z dziewic mąż najpierwszy pieści.

I cale być nie miała na to przeznaczona,

jak inne, by kolejno iść w innych ramiona.

Jest kochanicą króla nad mnogiemi ludy

i sądzę, że przesadne twe żale a trudy

i zachód niepotrzebny. Co więcej tem zyskasz,

że się rzucasz na mężów mocniejszych od ciebie,

że się klniesz Apollinem?

Pomór was pogrzebie!!

Ty, coś fałszerzem świętych praw i świętej woli;

ty, co wiesz, że jedynym sędzią przeznaczenie,

śmiesz urągać łzom moim i krzywdzie, co boli?

Przekupny, — możesz złoto zagarnąć, co dają.

Ja nie zabiorę nic. Tu dar przyniosłem.

Ze mną chodź, —

Tu zostanę, — gdzie chcesz mnie wieść?

Panie.

On tak oczyma rzuca, — straszno patrzy ku mnie, —

a ty milczysz, — i jeno uśmiechasz się do mnie.

Czemże byłam dla ciebie? — —? A więc ty się lękasz,

ty się lękasz mnie przyjąć napowrót do łoża?

Kędyż pójdę? — — Mnie ojciec zabije...

Dłoń Boża.

Zrozumiałem. Wy drwicie ze mnie i z dziewczyny.

Hańba człowieka, to są wasze czyny.

Chcecie, bym u nóg waszych jak pies leżał podły

i wył, skomlał o litość, — a wy moje modły

jako czczy dym zgonicie przed Apolla tronem,

sutą go łbów stu pastwą darząc, — i mym zgonem.

Jestem Jego kapłanem, — ludziom pośredniczę,

człowiecze jeno ciało kryje mego ducha,

aż oto dziś się zrywa Boża zawierucha

i inne mam przyjąć oblicze.

Niechaj was spali żar i ogień z nieba.

Niechaj was zawiść żre i miecz niech was wytępi,

Którzyście przyszli tu rycerze-sępi, —

za moje dziecko.

Ach —

Nóż Apollina!!

Przekleństwo mieczom tym! Bóg was przeklina!!

Chciałeś tej krwi, — oddałem ją Tobie, Mocarzu.

Śpiewasz tam na tych stropach wysokich pod niebem.

Wtóruj mi gromem, gdy idę z pogrzebem;

rzuciłeś ich na kolana.

Hańba już zmyta i dziewka skalana

ofiarnym nożem zabita.

Pójdź moje dziecię, biorę cię na ręce

i pójdę, — — precz odpłynę —

na głębie morskie, — idę w męce...

Puszczajcie mnie!

Dajcie mi łódź czerwoną, strojno

i lud niech stanie przy mnie zbrojno

i córę niech poniosą...

Dajcie mu łódź i zbrojny lud

niech wniesie w łódź dziewczyny ciało

i z ojcem niech odpłyną.

Cud!

Patrzajcie, co się stało!

Niebo chmurami się zakryło.

Zciemniało.

A jeśli miłość znała z tobą,

nie kryj się pod zawojem. —

Nie żałuj jej, wydzierco praw,

Jej żal jest prawem mojem.

Nie dopuść Bóg,

by mnie śmiał lżyć

i mnie przekleństwo nieść.

Przez cały obóz niech dmie róg

i wieści moją wieść:

Pelidzie każę dziewkę wziąć

i oddać w łoże mnie.

Niech wie, gdy Bogiem śmiał mnie kląć,

czyja go ręka gnie.

Hej, nie straciłem jeszcze nic

z mej władzy i przemocy.

Klnę się na Olymp i na Stygs,

że pojmę ją tej nocy.

Prowadźcie mnie. — Pójdziemy się przyjrzeć ofiarom.

Wiek mój jest już zgrzybiały i postać mam starą.

Choć człowiek z wiekiem zyska jakie doświadczenie,

zawsze przecie swą młodość w najpierwszej ma cenie.

Częściej-em gadał z młodu, — mniej na starość gadam;

przysłuchuję się innym i rad w kącie siadam.

Choć jakie doświadczenie człowiek w starość zyska,

przedsię piękna ta młodość, co przebój się ciska.

Prowadźcie mnie, wam młodym ten zaszczyt przypada.

Nikt tak płynnie jak Nestor o wszystkiem nie gada.

Słowo rzec chciałem, nakłoń ucha.

Mów, chociaż patrzą, nikt nie słucha.

Niech to, co stanie się tej nocy

a o czem jeszcze nie wiem wiele,

lecz wiem, że w mej się rodzi głowie,

niech to nie zadziwi ciebie.

W dziwnych zagadek błądzisz mowie.

Czyn, co się z mojej zrodzi mowy,

jeśli wysłuchasz jej rozumnie,

wyniosły Jljon w gruz zagrzebie.

Znasz mię, że ważę każde słowo,

że słowo czynem jest u mnie.

Zamyślam wielką rzecz tej nocy.

Więc jeśli Troję chcesz mieć w mocy,

zmilcz i nie żądaj, jak ci z gminu,

bym popisywał się z wymową,

gdy czasu skąpo mam do czynu.

Udaj, że idziesz spać, —... a zasię

czuwaj w strzeżonym twym szałasie.

Każ, niech straż będzie przy twym boku

a zrób tak, byś straż miał na oku,

byś był sam jeden, ten, co czuwa.

Z kłębu się widzę wąż wysnuwa.

Czy zamierzona rzecz się uda,

potrzebną moja jest obłuda.

By ktoś na twojem poległ słowie,

potrzebna tobie szczerość w mowie.

Ktokolwiek w nocy przyjdzie k’tobie,

przyjmiesz go godnie w twym namiecie.

Obdarzysz szatą i dziewczyną

i pić dasz, co najlepsze wino

i bacz, by nikt prócz ciebie

jego nie widział, nim ja wrócę.

Gdzie idziesz?

Jeźli noc ta minie

a nikt u ciebie się nie stawi,

znaczyć to będzie, — że ten zginie,

co cię tą sztuczną mową bawi.

Sigue explorando

Por su autor
Stanisław Wyspiański · 91 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Ach, krzywdzisz ludziAchilleis — Scena II →

Expediente

Autor
Stanisław Wyspiański
Título
Achilleis — Scena I
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-achilleis-scena-i--stanisaw-wyspianski-7b4b0d
Cita recomendada
Stanisław Wyspiański, «Achilleis — Scena I», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-achilleis-scena-i--stanisaw-wyspianski-7b4b0d.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.