CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaIgnacy Krasicki

Ignacy Krasicki · Romanticismo

Żona modna (Krasicki, 1830)

polaco

A ponieważ dostałeś coś tak drogo cenił,

Winszuję, panie Pietrze, żeś już ożenił.

— Bóg zapłać — Cóż to znaczy? ozięble dziękujesz,

Alboż to szczęścia twego jeszcze nie pojmujesz?

Czyliż się już sprzykrzyły małżeńskie ogniwa?

— Nie ze wszystkiem: luboć to zazwyczaj tak bywa.

Pierwsze czasy cukrowe. — Toś pewnie w goryczy?

— Jeszczeć — Bracie trzymaj więc, coś dostał w zdobyczy,

Trzymaj skromnie, cierpliwie: a milcz tak, jak drudzy:

Coto swoich małżonek uniżeni słudzy,

Z tytułu ichmościowie, dla oka dobrani,

A jejmość tylko w domu rządczyna i pani.

Pewnie może i twoja? — Ma talenta śliczne,

Wziąłem po niej w posagu cztery wsi dziedziczne.

Piękna, grzeczna, rozumna. — Tym lepiej: — Tym gorzej,

Wszystko to na złe wyszło, i zgubi mnie sporzej.

Piękność, talent, wielkie są zaszczyty niewieście;

Cóż potem, kiedy była wychowana w mieście.

— Alboż to miasto psuje? — A któż wątpić może!

Bodaj to żonka ze wsi! — A z miasta — Broń Boże!

Źlem tuszył, skorom moję pierwszy raz obaczył;

Ale, żem to, com postrzegł, na dobre tłumaczył,

Wdawszy się już, a nie chcąc dla damy ohydy....

Wiejski Tyrsys wzdychałem do mojej Fillidy.

Dziwne były jej giesta i misterne wdzięki:

A nim przyszło do ślubu i dania mi ręki,

Szliśmy drogą romansów: a czym się uśmiéchał,

Czym się skarżył, czy milczał, czy mówił, czy wzdychał;

Widziałem, żem nie dobrze udawał aktora:

Modna Fillis gardziła sercem domatora.

I ja byłbym nią wzgardził; ale punkt honoru,

A czego mi najbardziej żal, ponęta zbioru;

Owe wioski, co z memi graniczą, dziedziczne,

Te mnie zwiodły, wprawiły w te okowy śliczne.

Przyszło do intercyzy. Punkt pierwszy: że w mieście

Jejmość przy doskonałej francuzkiej niewieście,

Co lepiej, bo Francuzka, potrafi ratować,

Będzie mieszkać, ilekroć trafi się chorować.

Punkt drugi: chociaż zdrowa czas na wsi przesiedzi,

Co zima jednak miasto stołeczne odwiedzi.

Punkt trzeci: będzie miała swój ekwipaż własny.

Punkt czwarty: dóm się najmie wygodny, nie ciasny;

Tojest, apartamenta paradne dla gości,

Jeden z tyłu dla męża, z przodu dla jejmości.

Punkt piąty: a broń Boże! Zląkłem się. — A czego?

— Trafia się rzekli krewni, że z zdania spólnego,

Albo się węzeł przerwie, albo się rozłączy;

— Jaki węzeł? — Małżeński, — Rzekłem, ten śmierć kończy.

Rozśmieli się z wieśniackiej przytomni prostoty.

I tak płacąc wolnością niewczesne zaloty,

Po zwyczajnych obrządkach, rzecz poprzedzających,

Jestem wpisany w bractwo braci żałujących.

Wyjeżdżamy do domu. Jejmość w złych humorach:

— Czem pojedziem? — Karetą. — A nie na ressorach?

Daliż ja po ressory. Szczęściem kasztelanic,

Co karetę angielską sprowadził z zagranic,

Zgrał się co do szeląga. Kupiłem. Czas siadać.

Jejmość słaba. Więc podróż musimy odkładać.

Zdrowsza jejmość, zajeżdża angielska karyta,

Siada jejmość, a przy niej suczka faworyta;

Kładą skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki,

Te od wódek pachnących, tamte od tabaczki,

Niosą pudło kornetów, jakiś kosz na fanty;

W jednej klatce kanarek, co śpiewa kuranty,

W drugiej sroka: dla ptaków jedzenie w garnuszku,

Dalej kotka z kocięty, i mysz na łańcuszku.

Chcę siadać, nie masz miejsca; żeby nie zwlec drogi,

Wziąłem klatkę pod pachę, a suczkę na nogi.

Wyjeżdżamy szczęśliwie, jejmość siedzi smutna,

Ja milczę, sroka tylko wrzeszczy rezolutna.

Przerwała jejmość myśli: — Masz wacpan kucharza?

Mam moje serce — A pfe: koncept z kalendarza;

Moje serce! proszę się tych prostactw oduczyć.

Zamilkłem, trudno mówić, a dopieroż mruczyć.

Więc milczę. Jejmość znowu o kucharza pyta:

— Mam mościa dobrodziko. — Masz wacpan stangryta?

Wszak nas wiezie — To furman. Trzeba od parady

Mieć inszego. Kucharza dla jakiej sąsiady

Możesz wacpan ustąpić — Dobry — skąd? — Poddany,

— To musi być zapewne nieoszacowany.

Musi dobrze przypiekać recuszki, łazanki,

Do gustu pani wojskiej, panny podstolanki,

Ustąp go wacpan, przyjmą pana Matyasza,

Może go i xiądz pleban użyć do kiermasza.

A pasztetnik? — Umiałci i pasztety robić.

— Wierz mi wacpan, jeżeli mamy się sposobić

Do uczciwego życia, weźże ludzi zgodnych,

Kucharzy cudzoziemców, pasztetników modnych;

Trzeba i cukiernika. Serwis zwierciadlany,

Masz wacpan i figurki piękne z porcelany?

— Nie mam — Jak to być może? ale już rozumiem,

I lubo jeszcze trybu wiejskiego nie umiem,

Domyślam się. Na wety zastawiają pułki,

Tam w pięknych piramidach krajanki, gomułki,

Tatarskie ziele w cukrze, imbier chiński w miodzie:

Zaś ku większej pociesze razem i wygodzie,

W ładunkach bibułowych kmin kandyzowany,

A na wierzchu toruński piernik pozłacany.

Szkoda mówić, to pięknie, wybornie i grzecznie,

Ale wybacz mi wacpan, że się stawię sprzecznie.

Jam niegodna tych parad, takiej wspaniałości. —

Zmilczałem, wolno było żartować jejmości.

Wjeżdżamy już we wrota, spójrzała z karety:

— A pfe mospanie! parkan, czemu nie sztachety?

Wysiadła: a z nią suczka, i kotka i myszka,

Odepchnęła starego szafarza Franciszka,

Łzy mu w oczach stanęły, jam westchnął. W drzwi wchodzi:

— To nasz xiądz pleban — Kłaniam — Zmarszczył się dobrodziéj.

— Gdzie sala? — Tu jadamy — Kto widział tak jadać!

Mała izba, czterdziestu nie może tu siadać.

Aż się wzdrygnął Franciszek, skoro to wyrzekła,

A klucznica natychmiast ze strachu uciekła.

Jam został, idziem dalej: tu pokój sypialny.

— A pokój do bawienia? — Tam gdzie i jadalny;

— To być nigdy nie może: — A gabinet? — Daléj,

Ten będzie dla wacpani, a tu będziem spali.

— Spali? proszę, mospanie, do swoich pokojów.

Ja muszę mieć osobne od spania, od strojów,

Od xiążek, od muzyki, od zabaw prywatnych,

Dla panien pokojowych, dla służebnic płatnych.

A ogród? — Są kwatery z bukszpanu, ligustru:

— Wyrzucić; nie potrzeba przydatniego lustru.

To niemczyzna. Niech będą z cyprysów gaiki,

Mruczące po kamykach, gdzieniegdzie strumyki,

Tu kjosk, a tu meczecik, holenderskie wanny,

Tu domek pustelnika, tam kościoł Dyanny;

Wszystko jak od niechcenia, jakby od igraszki,

Belwederek maleńki, klateczki na ptaszki.

A tu słowik miłośnie szczebioce do ucha,

Synogarlica jęczy, a gołąbek grucha;

A ja sobie rozmyślam pomiędzy cyprysy,

Nad nieszczęściem Pameli albo Heloisy...

Uciekłem, jak się jejmość rozpoczęła zżymać,

Już też więcej nie mogłem tych bajek wytrzymać,

Uciekłem. Jejmość w rządy: pełno w domu wrzawy,

Trzy sztafety w tygodniu poszło do Warszawy;

W dwa tygodnie już domu i poznać nie można.

Jejmość w planty obfita a w dziełach przemożna,

Z stołowej izby balki wyrzuciwszy stare,

Dała sufit, a na nim Wenery ofiarę.

Już alkowa złocona w sypialnym pokoju,

Gipsem wymarmurzony gabinet od stroju.

Poszły słojki z apteczki, poszły konfitury,

A nowym dziełem kunsztu i architektury,

Z półek szafy mahoni, w nich xiążek bez liku,

A wszystkie po francuzku, globus na stoliku.

Buduar śklni się złotem, pełno porcelany,

Stoliki marmurowe, źwierciadlane ściany.

Zgoła przeszedł mój domek warszawskie pałace,

A ja w kącie nieborak, jak płaczę, tak płaczę.

To mniejsza, lecz gdy hurmem zjechali się goście,

Wykwintne kawalery, i modne jejmoście,

Bal, maski, trąby, kotły, gromadna muzyka:

Pan szambelan za zdrowie jejmości wykrzyka,

Pan adjutant wypija moje stare wino.

A jejmość w kącie siedząc z panią starościną,

Kiedy się ja uwijam, jako jaki sługa,

Coraz na mnie pogląda, śmieje się i mruga.

Po wieczerzy fajerwerk, goście patrzą z sali,

Wpadł szmermel między gumna, stodoła się pali:

Ja wybiegam, ja gaszę, ratuję i płaczę,

A tu brzmią coraz głośniej na wiwat trębacze,

Powracam zmordowany od pogorzeliska:

Nowe żarty, przymówki, nowe pośmiewiska.

Siedzą goście, a coraz więcej ich przybywa,

Przekładam zbytni expens: jejmość zapalczywa,

Z swojemi czterma wsiami odzywa się dwornie:

— I osiem nie wystarczy, przekładam pokornie.

— To się wróćmy do miasta. — Zezwoliłem, jedziem,

Już tu od kilku niedziel zbytkujem i siedziem.

Już... ale dobrze mi tak, choć frasunek bodzie:

Cóż mam czynić? próżny żal, jak mówią, po szkodzie.

Sigue explorando

Por su autor
Ignacy Krasicki · 262 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Ziemia i PotokZłość ukryta i jawna →

Expediente

Autor
Ignacy Krasicki
Título
Żona modna (Krasicki, 1830)
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-zona-modna-krasicki-1830--ignacy-krasicki-429b6a
Cita recomendada
Ignacy Krasicki, «Żona modna (Krasicki, 1830)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-zona-modna-krasicki-1830--ignacy-krasicki-429b6a.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.