Ciężką wędrówką znużony ptak,
Odpocznę może,
Krwią moich piersi znaczony szlak,
Tam — za mną. — Boże!
Wichrem i gromem skrzydła podarte,
Kiedy nocleżną czyniłem wartę
We śpiących duchów taborze.
Im słodki spokój płynie na skroń,
A mnie gra burza;
Ich czoła gładzi kochanki dłoń,
Wonna jak róża.
Ach! a ja ledwie ujrzę przelotnie,
Już muszę wracać, czuwać samotnie,
Na kopiec nocnego stróża.
Gdybyż choć rychlej z tych ciemnych pól,
Tam, w kraj promienia!
Gdybyż na chwilę choć uśpić ból
I żar pragnienia.
O, ale z piersią, rwaną bolami,
Tylko przemieniać noce ze dniami...
Tchnienia dla piersi — o! tchnienia!
Gdybyż choć ona — ten anioł mój, —
Popatrzył na mnie!
I gdy mi piersi oblęże znój,
Uśmiech miał dla mnie;
Z śmiechem bym leciał — hulaka młody —
Na nudy, trudy, na niepogody,
Choć świat by walił się na mnie.
2 grudnia 1857.