CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaBogumił Aspis

Bogumił Aspis · Modernismo

W Walhalli

polaco

Ciszéj!... z pokorą do bogów mieszkania!

Bogowie głośnéj nie lubią rozmowy!

Strażny Duch jaki skarcić nas gotowy

Za śmiałe szepty i śmiałe pytania!

Więc szliśmy cicho, w świętych cieniach gaju,

Przez dziwy... które moc jakaś czarowna,

Jak myśl milcząca, a jak pieśń wymowna,

Słała przed nami, po drodze do Raju.

Pod gajem — wprawo — jak wąż przyczajony,

Lśniący na świetle srebrzystém swém ciałem,

Płynęła rzeka... w szaleństwie zuchwałém

Rwąc brzeg — i pianą ciskając na strony.

Tam daléj — łąki leżały zielone

Pyszniąc się bujnie rozrosłą murawą,

A daléj — zlane smugą zorzy krwawą

Niebo dziwiło oczy zachwycone.

Był wieczór.

Słońce, żegnając dzień skwarny,

Toczyło zwolna swój krąg szczerozłoty

Na zachód... kędy, niby cień Golgoty,

Precz w dole — gdzieś tam — precz — w mgle... drżał krzyż czarny.

Lecz — przypomnieniem smutnych dziejów krzyża

Myśmy tu naszéj nie trapili myśli...

Szliśmy do nieba! — szli... szli... aż i przyszli

Tam — gdzie się gaj już ku niebu sam zbliża.

Wznieśliśmy twarze...

Wysoko — wysoko —

Na szczycie gęsto umajonéj góry,

Błysnął, z pod blasków wieczornéj purpury,

Gmach jakiś — — biały, że aż ślepił oko.

Z trzech stron — bo z czwartéj widok był zakryty —

Gmach otaczały olbrzymie kolumny...

Pięły się hardo, jak wież szereg tłumny,

Z płaszczyzn tarasów, pod sklepienia szczyty.

Nad kolumnami — w górze — z przedniéj strony —

Jak w cyklopowém czole téj budowy —

Mistrz dłuta, w wielki trójkąt marmurowy,

Wkuł obraz Chwały, przez bogów sławionéj.

I rzeźbą także lśniły drzwi wchodowe

W dole — jedyne, co wiodły do wnętrza...

Ku drzwiom tym właśnie góra wprost się spiętrza,

Gotując oczom zachwycenie nowe.

Spojrz no nad siebie — tam — z dołu — w tę drogę

Zawrotną! — spojrzyj!...

Jest-żeś tyle śmiały,

Ty, wielki człeczku, o stopie tak małéj, —

By pójść... (w twych oczach ja czytam już trwogę!)...

Pójść tam — na wyż tę — po strasznych zagięciach

Tych wschodów, które wznosili tytany,

Ludzie z kamienia! — krając twarde ściany

Téj góry ostrzem... o nieznanych cięciach!?

Wejdziesz tam?...

Spojrz no na plasty olbrzymie

Tych głazów, co cię swą białością ślepią!

Jak — cement, którym tam one się lepią

Pomiędzy sobą — ma u nas na imię?

Spytaj. Odpowiedz. I — mądrością hardy —

Nogami swojéj robaczéj postaci,

Zacznij się wspinać (gdy trud się opłaci!)

Na wyż tę senną — po téj drodze twardéj!

...Już jesteś?

— Dobrze. Powinszuj-że sobie.

Odbyłeś podróż w jéj gorszéj połowie.

To teraz spocznij. Przytomność wróć głowie,

Moc — krwi i... powstań znów na nogi obie.

Czy uważałeś tę dal jasnozłotą,

Co się za rzeką tam precz i precz szerzy?

Rozkoszna... prawda?...

Ten kolor łąk świeży —

Te lasy, co się zielenią tam oto —

Te, ponad wszystkiém migocące blaski

W czystém powietrzu... po milczącém niebie...

Czy cię to wszystko zachwyciło? — ciebie —

Coś wszedł tu w bogów królestwo — z ich łaski!?

A może ty masz duszę tyle ciemną,

Że, patrząc w dziwy te rzetelnie-boże,

Stoisz, jak larwa?... lub możeś ty... może

Przyszedł tu z piersią satyra nikczemną?

— Nie! o nie!... Myśl twa, — gdzie jesteś, — pamięta!

Tyś ją wytężył... ją całą — i duszę...

Modlisz się...

Głos twój kłóci nawet głuszę

Téj ciszy... Szepczesz: „O Walhallo święta!“

Zaiste święta!...

Więc — otarłszy nogi

Z prochów, coś jeszcze mógł zanieść tu z ziemi,

Zwróć się w tył — stanij przed drzwiami wielkiemi

Przybytku bogów i — — w święte wejdź progi!

O blasku boski! o niebieska woni!

O szmerze słodki, coś mi głasnął uszy

I strugą dźwięków, nieznanych dla duszy,

W duszę mi spłynął, po nieznanéj toni!

Szalona burzo! coś ciszę mych myśli

Słóciła nagle bezładem zachwytu,

Żem, zlęknion, stanął jak posąg z granitu...

Któż — kto moc wszystkich tych czarów określi!?

Wysoka hala, z jasnemi ścianami,

O lśniącém, z drogich marmurów, podnożu,

Dachu falistym... jak woda na morzu, —

Błysnęła nagle przed memi oczami.

Niewinny lazur i czerwień płonąca

I dumna białość i zieleń łagodna

I wszystkie światła... jakich Boskość godna, —

Drżały na ścianach, śród przemian tysiąca.

Dumni bogowie o słonecznych licach,

W przejrzyste szaty z mgły białéj ubrani,

Oczyma duszy jedynie widziani, —

Migali przed nią, w cichych błyskawicach.

Więc mi łysnęła świetlna twarz Odyna,

Choć inna nieco, niż o niéj śnią wieszcze —

Twarz Herty bożéj... i jeszcze — i jeszcze

Tłum — których nigdy się nie zapomina!

Cień śmierci, smutny, przechadzał się cicho

Pomiędzy tymi wszystkimi Duchami

I — snać bogowie nie lubią go sami,

Gdy nań ze wzgardą patrzyli — i z pychą.

Bóg wojny stronił od bóstwa Mądrości —

Miłość chodziła z bóstwem cnoty w parze —

Ach!... inne jeszcze, innem widział twarze,

Śliczne... jak cisza, co w Walhalli gości!

Lecz wreszcie — myśmy nie przyszli tu po to,

By śledzić bogów w ich odwiecznym bycie —

Nas stokroć więcéj tu ciekawi życie

Ziemian, co swoją zbóstwili się cnotą.

Na tych patrzajmy! i przed tymi czołem!

Bóg — bogiem. Nie dziw, że mieszka śród nieba.

Lecz człowiek — — temu, ach! ileż potrzeba,

Ile!... by z prochu — wstać ducha aniołem!

Oto — wspaniały, jak biała kolumna,

Stoi tu zaraz twórca „Fausta“ boski —

Śni nieśmiertelność i składa ją w głoski

Nowych dramatów...

Jaka postać dumna!...

Znać, że go mało przerobiły bogi:

Czém był na ziemi, tém został w ich gronie —

I... grałby jeszcze, precz grał na bardonie

Tenże sam rapsod, co go wwiódł w te progi!

Dokoła niego wrzało kiedyś życie,

Ciągnąc go w swoje zawrotne odmęty —

On, wgłąb’ ich patrząc, — jak Duch wniebowzięty, —

Nad nocą ziemi, śpiewał pieśń — o świcie!

Śród małych — człowiek; śród wielkich — największy;

Dla wszystkich — jeden... sam stojąc olbrzymem

Nad światem wrzawy, — nieśmiertelnym rymem

Sławił ten spokój, który twarz mu piększy!

Na niego zdala patrzy zadumany

Inny tworzyciel — brat w lirze — i uczeń,

Co świętych Muzy słuchając poruczeń,

Śpiewał tak mocno... aż zmarł rozśpiewany!

O! miłość temu była życiem życia!

Pierwszą — ostatnią — i najlepszą pieśnią!

Marzeń, jak jego... czystszych, bogi nie śnią!

Jak kochał — znać to z jego serca bicia!

A ja je słyszę — — bom przechylił uszy

Ile potrzeba, ku piersi kamiennéj,

I w niéj tam śledzę ten akkord płomienny

Liry... co grała tak na mojéj duszy!

.................

Ze łzą cię rzucam, o śpiewaku wzniosły!

Twórco „Wilhelma Tella“ i „Don Fieska!“

Niech cię tu pieści tak rzesza niebieska,

Jak myśli moje, co twą pieśnią rosły!

Ot jeszcze sokół! — mąż wiedzy i pieśni —

Choć tą ostatnią tylko wtórzył sobie,

Składając księgi... które tam — na grobie

Mędrca — już dzisiaj... może leżą w pleśni!

A jednak...

Herder!...

On boga ma czoło!

Co piękna w wiedzy, tyle był — poetą!

O Duchu! dobrą tyś stał się podnietą

Ludziom do światła, gdy mrok był wokoło!

Umarłeś... Inni wygryźli, jak myszy,

Kartki twych książek — przeżuli je — zjedli —

I potém głośno przed światem dowiedli,

Że to ich było, coś ty stworzył — w ciszy!

Twój los nie lepszy także, wielki cieniu,

Coś tylko pragnął mądrością żyć samą!

Coś uczył, że ta jedyną jest tamą

Przed złem i.. mocą jedyną w cierpieniu!

Obyż cię lepiéj w téj prawdzie pojęto!

Zrobiłbyś niebo z naszego tam świata!

Za nią rój bogów dziś z tobą się brata

I Kant — w Walhalli — ma dziś wieczne święto.

Opuszczam ciebie — dla innéj potęgi.

Widzę ot mędrca, co w dumie książęcéj,

Rzekł raz na ziemi, że.. „Bóg sześć tysięcy

„Lat“ nań „tu czekał“ i.. na jego księgi!

Gwiazdy przepatrzył, jak ziarnka na dłoni —

Przeliczył — zmierzył ich ruchy i biegi —

Ustawił światy, jak wojska w szeregi

I.. umarł, słysząc, że wieczność mu dzwoni.

A wieczność grała:

„O Kepplerze wielki!

Hołd ci — żeś poznał: czém są boże słońca.

Lecz — ileż większym od ciebie bez końca

Jest... kto te światy wzniósł z jednéj kropelki!

Więc ty się nie pyszń i hardość swą całą

Zniszcz w sercu, idąc w próg święty Walhalli —

Bogowie z tobąby nie ucztowali,

Gdybyś nie uznał... jak zrobiłeś mało!“

Lecz — któż to stoi niedaleko ciebie,

Cny cieniu! patrząc tak we mnie, w przybysza?

Prawie mnie wita...

Na twarzy mu cisza

Ducha zasiadła, co godzien być w niebie —

A jednak... czemuż, pod larwą milczącą

Tych rysów jego, ja czuję szmer burzy?

Czy już mu pobyt w tém niebie się dłuży,

Że we mnie — w człeka — wparł wzrok tak gorąco?

Blask padł na niego...

Poznaję go...

Boże!

Czyżby to on był? — on? — tu! — w téj świątyni!?

Cześć-że mu wieczność, czy krzywdę tém czyni?

— Cześć!.. Tak jest!.. Ale...

Nie! — to być nie może!

...........

Wszak w mojéj także, chociaż biednéj ziemi,

Jest kąt dla zmarłych — jest swoja Walhalla —

Niepyszna wprawdzie, jak ta wielka hala...

U nas pierś każda chodzi z bogi swémi!...

W sercach tam oni mają swe świątynie

I w sercach także mają uczty swoje...

Więc, Boże!...

Cień ten...

Aż spojrzéć się boję...

Zda się za chwilę on w łzach się rospłynie...

Tak smutny — zimny — i stoi tak trwożnie

W tym domu samych radości i blasku...

Wprawdzie mu niebo nie skąpi oklasku...

Widzę to...

Wszakże...

— Zbliżę się ostrożnie.

...........

O tak! tak! — on to! on sam!... nasza chwała!

I nasza chluba! i nasza cześć wielka!

...Kopernik!!...

Ziemia jego rodzicielka

Całe już oczy za nim wypłakała, —

A on — syn zdradny — co wzrósł na jéj łonie

I własną chwałą już uczcił ją tyle, —

On dziś — na krzywdę téj swojéj mogile,

Którą ma u nas — — w obcych bogów gronie!?

...........

Jam klęknął jednak u stóp tego Ducha.

Poznałem, że go tu tylko.. niewolą!

Że go pochwały — zamiast cieszyć — bolą,

Któremi tłum ten, nad uchem mu grucha...

Klęknąłem, mówię i, — pełen nadziei,

Że i my swoję mieć będziem WalhalęWalhallę, —

Innych już cieni nie szukałem wcale,

Chcąc kres położyć swojéj Odyssei...

Lecz....

Gdy ku drzwiom tak już wiodę me kroki,

Żegnając halę ostatniém spojrzeniem, —

Nagle ta — cała — czerwonym płomieniem

Rozbłyska, widzę... aż pod szczyt wysoki.

I widzę — jak w téj pożodze z purpury,

Tłum bladych twarzy, co dotąd milczały,

Rumieńcem życia rozognia się cały,

Jakby go jaki cud poruszył z góry!

Słońce wieczorne, zwyczajem swym starym,

Przez wielkie szyby ścian białych, zajrzało

Do nisz Walhalli i — nad Duchów chwałą

Rozradowane, błysnęło — pożarem!

I słyszę nagle... o złudo bez końca!...

(Czegom nie słyszał wcale dotąd jeszcze)

Jak bogi wszystkie, wszystkie Duchy wieszcze

Wznoszą w tym blasku hymn zgodny — do słońca!

Boże mój!.. jakaż to była muzyka, —

Jaka melodya tych nieziemskich głosów,

Co cichą falą — pod nawę niebiosów

Płynęły, płacząc nad dniem — że ten znika!

Słuchałem.

Zdrętwion, jak kolumna z głazu,

Pod boskim czarem nowego zachwytu,

Oczy półsennie podniosłem do szczytu

I — piłem roskosz.. usty bez wyrazu!

O! jakież rzeczy ja jeszcze słyszałem

I jakie-m widział wtedy, mocny Boże!

Toć w śnie mym nowym, po stubarwnym wzorze

Tych ścian tam — sztuka przeszła.. niebem całem!

Te myśli wszystkie, te dziwy promienne,

Które śnił Goethe lub Szyller, gdy tworzył —

Wszystkie uczucia, które w pieśni włożył,

Tyle cudowne, a tyle odmienne; —

Z akcyj potężnych dramatów postacie —

Wielkich muzyków wygrane natchnienia —

Wszystko stanęło, jak kute z kamienia,

Przed duszą moją, w swéj wyraźnéj szacie.

Więc — tu — ujrzałem Małgorzatę biedną

Z zapłakanemi aż do krwi oczyma,

Jak ta się szyi swego Fausta ima,

Prosząc go tylko o pieszczotę jedną.

Tam — Fausta znowu, z zadumaném czołem

Nad ciemną życia zagadką ujrzałem —

I.. Mefistofa twarz, o rysie śmiałym,

Co go piekielnym czyniła aniołem.

Ujrzałem czystą, o gorącém oku,

Macochę.. razem kochankę Carlosa, —

Jak ta, bezsilna, wzrok wznosi w niebiosa,

Wstrętnego kata piastując przy boku!

I te boleści beznadziejnéj żmije,

Co rozszarpały serce jéj pasierba,

Widziałem także...

(O! jest w dziejach — szczerba,

Któréj przed wzgardą... sam Bóg nie ukryje)!

Ukazał mi się ów, krwawéj postaci,

Mąż jeszcze, który, — chcąc tronu, korony, —

Zapomniał o tém, że.. bywa zdradzony

Kto drugich zdradza! że zło, złém się płaci!

I potém przeszła przed mém okiem burza,

Którą Beethoven śni w swojéj symfonii...

Ach! kto ją widział, nie zapomni o niéj! —

...Głuchego grajka rozpacz — jak noc — duża!

Mozart.. co wzrusza grobowce kościołów

Czarem zaklętych w swoje requiem myśli,

Wskrzesił je wszystkie. I któż — kto okréśli

Wdzięk, tych, przybranych w kształt żywy.. aniołów!

Słyszałem jeszcze gromowe odgłosy,

Co z szczęku bitew i z umarłych jęku

Bard Niebelungów złożył.. niosąc w ręku

Wieniec laurowy, co mu dały losy.

Noc wichrów średnich, na harfie stugłośnéj,

Wskrzesił mi Walter w tak mocnych akordach,

Żem, zatopiony w jéj gwałtach i mordach,

Prawie skrzyp tortur usłyszał nieznośny.

Ujrzałem jeszcze oblicze Atylli,

Strasznego Hunna, co zawładnął światem —

Widziałem, jak ten był mędrcem — i katem —

Geniuszem wieków — i bydlęciem chwili.

Tak schodząc zwolna po stopniach historyi

Ujrzałem wreszcie wielkie mury Rzymu —

Potém.. z ich zgliszcza wiejący słup dymu,

Na chwałę krzyża i dla krzyża — glorii!

Ucichał zwolna chór głosów niebieski...

Blask purpurowy na białych nikł licach...

Tylko dzień jeszcze, w rzadkich błyskawicach

Migał... sklepienia oświecając freski.

Hala przybrała się w mgłę lazurową...

Więc ja, — trzeźwiejąc z długiego zachwytu, —

Wzrok nasycony odrywam od szczytu

I — ku drzwiom świętym pośpieszam nanowo.

Jednak — snać jeszczem nie wyczerpał czaru,

Który się pije w zetknięciu z bogami —

Przed wspaniałemi świętéj hali drzwiami,

Z boku, w bliskości dużego filaru,

Spotykam nowy Cień biały...

Anioła

O dziwnie pięknéj choć surowéj twarzy —

Jakiś błysk gniewu w oczach mu się żarzy...

Skrzydłami świeci i... nimbem u czoła.

Przystaję zatém przed nowém widzeniem

I — był-li cień to, czyli anioł żywy

Ja nie wiem.

Tylko... żem głos ten prawdziwy

Usłyszał — klnę się Walhalli imieniem:

— „Jam tu — Duch mówił — by świątynią sławy

„Strzedz od zgorszenia, które z mroku idzie —

„Wy tam, w zwierzęcych żądz waszych ohydzie,

„Rodzicie często płód niebu... nieprawy!

„Niepomni na to, że światło jest z ducha,

„A Boskość tylko samo światło ceni, —

„Wy szlecie tutaj, w grono boskich cieni, —

„Bezdusznych... przeto, że tłum wasz ich słucha!

„Jam już istniała, gdy na waszéj ziemi

„Trzymał królestwo jedyny bóg — wojny!

„Najniższy z bogów!... do dziś jeszcze zbrojny

„Chodzi tu, między Duchami lepszymi.

„Lecz — tego boga sprośne panowanie

„Jak w niebie padło, tak i u was padnie.

„Duch idzie górą!.. proch zalega na dnie!..

„Że tak być musi — to wiedzą niebianie.

„Więc, w jasne rzesze mędrców i pieśniarzy,

„Nie szlijcie wy mi ciemnych sępów wojny!

„Co tu — w téj Duchów krainie spokojnéj —

„Ma robić Tilli, o zbójeckiéj twarzy!?...

„Czas znikł, gdy człeka cała tam godziwość

„Nie w sile cnoty, lecz w krwi była sile!

„Dla synów prochu jest miejsce — w mogile,

„Nie tu! w Walhalli!...

— Jestem Sprawiedliwość.“

To rzekłszy, anioł zamknął nagle usta.

I tylko jego uroczyste słowa

Odbiła jeszcze hala marmurowa,

Już teraz — całkiem samotna i pusta.

Wyszedłem.

Dawno, na przednim tarasie,

Czekał już na mnie towarzysz podróży.

Nie mówił wcale, że czas mu się dłuży —

Ach! boć był ślicznym znów świat.. o tym czasie!

Jeszcześmy razem spojrzeli w dal...

W dali

Drzémały łąki te same i lasy...

Szarzało niebo... Pełny dziwnéj krasy

Wszedł księżyc...

— Pokój Mieszkańcom Walhalli!

Bogumił Aspis.

Sigue explorando

Por su autor
Bogumił Aspis · 11 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Sen odrodzenia

Expediente

Autor
Bogumił Aspis
Título
W Walhalli
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-w-walhalli--bogumi-aspis-82dfd3
Cita recomendada
Bogumił Aspis, «W Walhalli», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-w-walhalli--bogumi-aspis-82dfd3.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.