CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJózef Wojciechowski

Józef Wojciechowski · Romanticismo

W Szpitalu (Niekrasow, 1882)

polaco

Otóż i szpital. Świecąc, rozespany

Wskazał nadzorca ciemny kąt u ściany,

Gdzie kończył życie samotnéj niedoli

Autor biedny — ciężko i powoli...

Myśmy mu wszyscy z cicha wyrzucali,

Czemu, gdy popadł w długi, przy chorobie,

Mając przyjaciół, nie dał znać o sobie;

Lecz tu się schronił w tej posępnéj sali?

„Cóż mi za smutek“? — żartując odrzecze;

I tu w szpitalu, życie dość swobodne,

Na postrzeżeniach spokojnie czas ciecze,

Nie jedno tutaj oka mistrzów godne.

Spojrzcie na tego w pobliżu subjekta,

Najwyszukańsze układa projekta;

Pragnie je w życie puścić co najprędzéj,

Tylko mu brakło jednego — pieniędzy...

Bo gdyby nie to, w pomysłach szczęśliwy,

Dawno by perły wyciskał z pokrzywy;

Sypnął też łaskę w mój ubogi kątek:

Miljon obiecał dać mi na początek!

„Albo ten stary aktor wysłużony,

Co tutaj jeszcze z losem się kramarzy,...

Nie kontent z ludzi, o swych rolach marzy

I dwu wierszami przeplata androny.

Zresztą czupurny, gadatliwy, miły,

Szkoda że zasnął (albo umarł może?)

Dziwactwa jego was by ubawiły...

A cóż i tamto milczy coś nieboże,

Numer dziewiąty... Tęskny, czeka żony,

On ją w gorączce widzi uniesiony;

We śnie, na jawie, ciągle we frasunkach,

Marzy o domu, dzieciach, pocałunkach,

I zamiast żony, swe szpitalne chusty,

W szale chciwemi pochwytuje usty!...

Nie budź się biedny! umrzesz w zapomnieniu,

Nie zamknie oczu twoich dłoń kochana,

Oto nas jutro stróż obchodząc z rana,

Tym którzy zmarli, w kolejném sprawdzeniu,

Oczy przyciśnie, narzuci całuny;

I znów pod liczbą, a może bez trumny,

Rzucą nas daléj, z szpitala — do dołu...

Nie nieście takiéj wieści jego siołu:

Bo żona z sercem trafi do szpitala,

Ale czy znajdzie, gdzie mąż, gdzie mogiła?

Chociażby całą stolicę zburzyła,

Czy pozna piasek, co mu pierś przywala?

„Zaszło tu kiedyś straszliwe zdarzenie:

Ze wsi przyjechał ojciec szukać syna,

Lecz wszędzie obcy jęk, albo milczenie...

Długo tak chodził w téj nieméj męczarni,

Aż w końcu stróż mu chłodno przypomina:

„Nie ma? to lepiéj zajrzyć do grabarni!“

Zachwiał się starzec... lecz o drogę prosi,

Poszedł tam szukać, gdzie nie ma nadziei:

Chodzi od trupa do trupa z kolei;

Drżącemi dłońmi całuny unosi,

I milcząc w twarze okropne zagląda;

Lecz syna nie ma, a on syna żąda!

Nareszcie znalazł... i skarb uroniony,

Konwulsyjnemi pochwycił ramiony.

„Zresztą, nie zawsze śmierć tu tak straszliwa,

Nie zawsze całun obca dłoń nakrywa;

Pomnę: raz w nocy oko mi się skleja,

A w tém do sali, z głową rozkrwawioną,

Z twarzą zuchwałą, pięścią zaciśnioną,

Przyprowadzają starego złodzieja.

W walce, towarzysz wspólnego cierpienia,

Głowę mu strzaskał o kratę więzienia.

Zaciekły, straszny, nie słucha nikogo

Drwi, lub wymyśla, lub grozi złowrogo.

Patrzy na niego posługaczka nasza;

Podchodzi — staje; spojrzał — nie odstrasza...

Przeszło chwil kilka... oczy ich badały;

Jedno drugiego... I ten zatwardziały,

Co z raną śmierci, bez siły nadziei,

Przyszłego życia kresie ostatecznym,

Jeszcze się miota jak dziki zwierz w kniei:

Wybuchnął płaczem głośnym i serdecznym...

Świetlany obraz miłości, hart kruszy,

I płacz ten straszny wydziera mu z duszy.

W młodości, z sobą znali się oboje,

A dziś się zeszli... I wnet ze zbrodniarza

Stał się barankiem, rzucił groźby swoje,

Pochylił głowę pod lancet lekarza.

Modlitwa, obca może długie lata,

Łagodnie teraz w serce mu kołata.

Ale napróżno, nie ma dlań pomocy...

O! nie zapomnę téj straszliwéj nocy:

Kiedy już konał, gdy został bez ducha,

Kobieta nad nim rozpościera ręce,

I dobadując czy żyje, czy słucha,

Błaga go ciągle w rozpaczy i męce:

„Żyj, żyj najdroższy!...“

Co miała, sprzedała,

Na przyzwoite pogrzebanie ciała.

O! nieszczęśliwa, jakże żyła mało,

I jakże wiele serce jéj kochało!

Lecz jakież miłość przyniosła jéj kwiaty,

Oprócz niedoli i trwożliwéj mrzonki?

W młodości — hańbę, a z staremi laty:

Rozpacz i przepaść ostatniéj rozłąki!...

„Jeżeli chcecie, są tu i pisarze.

Oto spojrzyjcie na tego młodzieńca,

Co gruby w ręku zeszycik przekręca,

I blady, trwożny, spogląda nam w twarze...

Przyszedł piechotą, zdala, bez obawy:

Tak miłość sztuki duch młody zapala,

Przyszedł z nadzieją, ale zamiast sławy,

Kontent, że znalazł choć ten kąt szpitala!..

Wszystkim on czytał swe dziecinne twory,

Zapomniał kaszlu, zapomniał że chory;

Co było śmiechu nad jego zapałem!..

Lecz jam się nie śmiał... o nie!.. ja dumałem...

„Bracia pisarze! w naszem powołaniu,

Nieodwołalne kryją się wyroki:

Jeśliby każdy, po własném zbadaniu,

Wybrał byt inny, tor nie tak szeroki:

Prawda — świat na tem skorzystałby wiele,

Nie miałby nędznych pismaków, pedantów;

Ale powiedzcież teraz, przyjaciele,

Któżby mu stworzył Szekspirów i Dantów!

I zanim jeden chwyci palmę w dłonie,

Słabszych tysiące w przepaści utonie;

Daremna walka, daremna odwaga,

Bo świat za tryumf — ofiary wymaga...“

Tu nasz przyjaciel westchnąwszy głęboko,

Rzucać się zaczął na szpitalnym blichu;

A kiedy łzawe do snu przywarł oko,

Smutni przeczuciem, wyszliśmy pocichu...

Sigue explorando

Dónde vive
La Biblioteca

Expediente

Autor
Józef Wojciechowski
Título
W Szpitalu (Niekrasow, 1882)
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-w-szpitalu-niekrasow-1882--jozef-wojciechowski-1d83b2
Cita recomendada
Józef Wojciechowski, «W Szpitalu (Niekrasow, 1882)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-w-szpitalu-niekrasow-1882--jozef-wojciechowski-1d83b2.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.