CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

W karczmisku

polaco

II.

W KARCZMISKU.

W karczmisku,

Stojącem w środku wioszczyny,

Na onem wzgórzu, skrytem w piasek siny,

Nad oną wodą, co płonie

W srebrzystym błysku —

W odbiciu tego miesiąca,

Który na niebios nieruchomym szczycie

Zwolna się w bladych promyków koronie,

Jak w siatce, rusza

I wodę trąca

Owym promieniem, co spływa,

Jak nieszczęśliwa,

W tej nędzy ludzkiej zasłana topiele

Dusza —

W karczmisku jakie wesele

I życie!

»Od ucha!

Hej-że od ucha, ty stary!

Bo ci w te ślepie naleję opary —

W te maślankowe gałki,

Że poznasz zucha!

Bo ci potrzaskam te skrzypce,

Jakem potrzaskał to szafsko w chałupie,

Że tydzień pewnie zbierałbyś kawałki!

A wy, karczmarko,

Wlejcie tej rybce,

Co wej! na łokciu mi leży,

Kieliszek świeży!

Szparko

Żyć już nie warto!... Graj dalej,

Ty trupie!«

I w tany

Z rudą się Kaśką potoczy,

To tupnie nogą,

To rzeźko wyskoczy,

Aż mu się w górę podwieje

Skrzydło sukmany.

Za nim tłum chłopów, jak dęby,

Dziewek pękatych, jak nadrzeczne wierzby,

Gdy wiatr się z niemi rozpasał, szaleje...

A lampka mała,

Szczerząc swe zęby

Z paszczęki mglistych odorów,

Jak z cieni borów

Szczerzą się blade w miesiącu paprocie,

Lała

Światło po dzikiej ochocie

Tej ciżby.

Więc pije

Kropelki potu z parobków

I onych dziewek, podobnych do snopków —

Liże ten szał, co im zlewa

Czoła i szyje,

Rozczerwienione, jak cegły,

Które zrosiły drobne łzy deszczyka,

To nagie łokcie, jak gałęzie drzewa,

Chwyta dziewczynom

W uścisk przebiegły;

To szmatek chustki barwistej,

To znów rzęsisty

Porywa kaftan niebieski w swą paszczę

Siną,

To całe stado hulaszcze

Połyka...

W zakącie,

Przy małem oknie, przez które

Spogląda miesiąc w tę szaleństwa dziurę,

Gwarzą staruchy-mądrale:

»Jak koń w chomoncie,

Tak człowiek w biedzie się strząsa,

Rad, że w niedzielę zajdzie na kwaterkę —

Na zdrowie, Kubo, na zdrowie, Michale!...

Ano! spojrzyjcie!

Jak strzępi wąsa,

Jak się ten Szpera rozdyma,

Jak Kaśkę trzyma,

Widać, że biedy już wcale nie czuje —

Pijcie!

Ta dziewka, znać, oczaruje

I Szperkę.

Kobiecko

Ponoć schorzałe już docna,

A on z tym tłukiem, niby wiedźma nocna —

Niech Bóg ma w swojej opiece

Babę i dziecko!...

Byłoć z nim dawniej inaczéj,

Ale to prawda: człek płynie po życiu,

Jak łódź rzucona po zarosłej rzece.

Gdy raz się zdarzy,

Że się zahaczy

W gęstych zaroślach biedy,

Cóż sobie wtedy,

Choćby się cały, jak rana, oropił,

Waży?...

Tak i on z nędzy zatopił

Mózg w piciu!...«

A listki

Białej za ścianą topoli,

Kiedy ją powiew ku sobie niewoli,

Że mu oddaje swe łono,

Jakby lubystki,

Lub innych czarów wypiła —

A rosa-ć tylko, która z niebios spada,

Kroplami poi młodziuchę zgwałconą —

Bijąc w okienko,

Poszumów siła

Łączą z tym gwarem, z muzyką

Jękliwą, dziką,

I niby szeptem, tak żałosną straszą

Męką:

»O biada-ż z dolą-ci naszą,

O biada!...«

»Od piekła

Prawdziwie jesteś, rzempoło!

Myślisz zapewne, że duszę ci gołą,

Jak mysz zleniałą, wypocę?!

Skrzypka się wściekła:

Zwolnij-że z tonu, da! zwolnij,

Da! okrągłego, da! pójdę, jak w młynku!

Hej! dni-ć ja harał, hej! harał ja noce,

I cóż wyharał?...

Wódki wygolnę!

Wczoraj wygnali z roboty;

Mój Boże złoty,

I cóż ja zrobił, żeś dzisiaj tak nędzę

Skarał?

Na łeb, kto zadrze, wypędzę

Z szynku!...«

Wtem chłopię

Zdarte do izby się wciśnie,

Blademi oczki naokoło błyśnie,

I, zadyszane, płonące,

Jakby w ukropie,

Pociągnie Szperkę za ramię:

»Tatusiu! matka już kona! jak płatki

Tak wej! już zbladła, jak łopian na łące,

A wy tańczycie!

Chodźcie, nie kłamię!« —

»A niech cię piorun zabije!

Niech ona zgnije!

Czarci już wszystko w naręcze zgarnęli,

Życie

Niechby i twoje też wzięli

I matki!!«

I nogą

Kopnie dzieciaka, jak czasem,

Gdy coś ci serce napoiło kwasem,

Kopniesz ten kamień, co leży

Bez win nad drogą;

Aż Jaluś jęknął nieboże,

Jak ten chojarek, gdy weń na podgaju

Byk rozsierdzony bokami uderzy;

Aż w całym tłumie,

Jak wiatr w rozgworze

Z dębami, zaskrzypią głosy —

Jak drżą niebiosy,

Niebiosy mgliste, zasępione, sine,

W szumie

Ptaków, lecących w godzinę

Wyraju...

»Ha! trudno

Patrzeć na takie pastwienie...

A ty psi synu!!!« »Hej! kto się tu żenie,

Temu pamiątkę ja sprawię,

Duszę paskudną,

Jak trzew wyciągnę mu z brzucha!...«

»O my się ciebie nie boim, ty zbrodniu!«

I wnet ta ciżba, równa ciemnej ławie

Bijącej wody,

Albo jak po dniu

Parnym, piorunna ta burza,

Pijana nurza

W pięściach przemocy pijanego jeńca —

Gody

Wyprawia, gody szaleńca,

Przegłucha!...

I skrzypki

Od razu zmilkły sosnowe;

Tylko ciemięga, miesiąc siwą głowę

Wsuwał do wnętrza izdebki,

Gdzie rozgwar chrypki

Łączył z wyziewem się wódki

I z tą pożółkłą, mglistą lampki przędzą

W szmat jakiś szary, cuchnący i lepki...

Tylko z topolą

Wiatr, jakby smutki

Siadły mu w końcu języka,

Zda się, przenika

Ścianę skargami — któż zgadnie nad czyją

Dolą?...

Nad nędzą ludzką!... Hej, żmijo!

Hej, nędzo!...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← W ciszy wieczoruW metafizyce wieszcze rozkochani →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
W karczmisku
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-w-karczmisku--jan-kasprowicz-1a07bf
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «W karczmisku», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-w-karczmisku--jan-kasprowicz-1a07bf.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.