Moja wdzięczna Orszulo! — bodaj ty mnie była
Abo nieumierała, lub się nie rodziła!
Małe pociechy płacę wielkim żalem swoim
Za tem nieodpowiednem pożegnaniem twojem.
Omyliłaś mię jako nocny sen znikomy,
Który wielkością złota cieszy smysł łakomy,
Potem nagle uciecze, a temu na jawi
Z onych skarbów jeno chęć a żądzą zostawi.
Takeś ty mnie Orszulo droga! uczyniła
Wielkieś nadzieje w mojem sercu roznieciła,
Potemeś mię smutnego nagle odbieżała
I wszytki moje z sobą pociechy zabrała;
Wzięłaś mi, zgoła mówiąc, dusze połowicę —
Ostatek przy mnie został na wieczną tesknicę.
Tu mi kamień murarze! ciosany położcie,
A na nim tę nieszczęsną pamiątkę wydrożcie:
Orszula Kochanowska tu leży, kochanie
Ojcowe, albo raczej płacz i narzekanie.
Opakeś to niebaczna śmierci! udziałała;
Nie jać onej, ale mnie ona płakać miała.