CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Tadeusz Jedliński

Juliusz Tadeusz Jedliński · Modernismo

Synowie i przyjaciel wygnańca

polaco

O! młodzi Polacy!

Co mi do ręki pióro podało

Do téj oto pracy?

Jakie uczucie ją dyktowało?

Skoro przeczytacie,

Poznacie!

A mam zaś dla Was szacunku tyle,

I tyle miłości:

Że jestem pewien: przyjmiecie mile

Choć utwór słabości.

Pisałem w Paryżu w dzień Swiętéj Anny 26 Lipca 1855

Jeden z Polaków, tego pokolenia,

Co w Listopadzie za broń uchwyciło

W imię Ojczyzny swéj oswobodzenia,

I mężnie czoło Moskalom stawiło: —

Gdy w skutek losów zdradliwych kolei,

Ze świętéj sprawy bolesnym upadkiem

Wszystko utracił — prócz saméj nadziei;

Wołał się raczéj — niżeli być świadkiem

Obcych na drogiéj ziemi panowania —

Skazać na trudny, gorzki chleb wygnania.

Otóż, osłodą zawodów okrutnych,

I pocieszeniem chwil życia tak smutnych,

Był mu: przyjaciel od dzieciństwa wierny,

Z liczby tych ludzi, których w świecie mało;

I dwaj synowie. — Lecz kłopot niezmierny

Aby wychować mu się ich udało

Dla lubéj Polski; w duszy jego czuwał,

I w samém źródle szczęście mu zatruwał.

Stały przyjaciel owego Polaka

Felixa posiadał miano,

Mieczysławem zaś, starszego chłopaka,

Witoldem, młodszego zwano.

Starszy, był uczniem Narodowéj Szkoły,

Którą wzniesiono chlubnie wśród wygnania,

A młodszy z matką skończył był mozoły.

Polskich A. B. C. syllab i czytania.

Że się nie często bracia widywali,

Może dla tego bardzo się kochali: —

(Jak to nie jeden z młodych lat pamięta.)

Mieczyś do domu przychodził na święta.

Jak swoich, Felix, lubił tych chłopczyków,

Co im dowodził wielością pierników.

Bywało: — kiedy nadejdzie Niedziela

Mieczyś i Witold, swego przyjaciela

Z niecierpliwością zawsze wyglądali;

Naprzeciw niemu nieraz téż wybiegli,

I nieraz mu się u szyi wieszali

Na znak radości, skoro go spostrzegli.

Bo prócz migdałów, pierników,

Zabawek, nawet grosików,

Felixa było przedsięwzięciem stałém

Ich, przed ojcowskim bronić trybunałem.

Mówiąc: że pragnie przeczytać dzienniki.

Ponieważ chłopcy wiedziały

Że lubi to zatrudnienie,

Więc w dowód wdzięczności, chciały

Zachować na pół milczenie.

Lecz jak się bawić bez hałasowania,

Gdy sama grzeczność, tego już zabrania?...

Więc się do licha, drapią trochę w głowę;

O tém, o owém, wszczynają rozmowę: —

Która pusta, trzpiotowata,

(: Zwyczajnie, jak brat do brata:)

W miarę jak chęć spokojności,

Uśmiérza wieku burzliwość,

I piérwszą poruszeń żywość;

Nabiera przyzwoitości,

I dziecinność jéj się zmniejsza,

I staje się rozsądniejsza. —

W tém Felix który chociaż na uboczu,

Nie spuścił młodych swych przyjaciół z oczu,

Nic nie straciwszy, czém brzmiała ich mowa,

Te był usłyszał w ustach braci słowa:

Witold.

Powiedz mi proszę, braciszku miły —

Boć już poznania większe masz siły; —

Kiedy ja jeszcze jestem malutki —

A więc i rozum mój także krótki;

Powiedz mi proszę, co się to znaczy:

Że matka do nas mówi inaczéj,

A ojciec znowu inaczéj?....

O! mój Witolciu! ta tajemnica

Jest dla naszego chlubą rodzica;

Bo jést dowodem: jego miłości

Prawdziwéj dla nas; — jego wierności

Dla ziemi, gdzie się ojciec nasz rodził,

Po któréj, będąc maleńkim, chodził.

A ziemia ta nieszczęśliwa —

— Bo dziś jest w niewoli —

Polskim krajem się nazywa,

Krajem pól i roli;

A ludzie co w nim mieszkają,

Uczciwi są ludzie; —

Nad wszystko kraj swój kochają

Choć w nędzy i trudzie. —

Wszystkie zaś ich myśli, słowa,

To aż z serca płyną; —

A polską zwie się ich mowa; —

Dla niéj: żyją, giną. —

A skądże to wiesz mój Mieczysławie;

Alboż ty mówiłeś z niémi?..

Wszakże się uczę, nie tylko bawię:

A jest « Pieśń o naszéj ziemi »

Którą dobrze znamy w szkole,

I którą ja też umiem dobitnie,

— Choć mi to przyszło w mozole —

Co o Polakach tak mówi szczytnie.

Otóż dla tego, że ci tłumaczy

Wszystko po polsku, — Ojciec inaczéj

Mówi, — a matka inaczéj.

A tak, — bo język którym gadamy

Do naszéj dobréj, kochanéj Mamy,

Francuzkim zowią językiem.

Pojętnym jesteś chłopczykiem;

Więc, gdy dowcipna Witolcia główka,

Z tego co mówię, nie traci słówka: —

Kiedyś ciekawy — ku twéj nauce —

Jeszcze téż twoją uwagę zwrócę

Na to: ile ten polski, kraj, mowa,

Ojca naszego muszą obchodzić,

Gdy wiész, że Mama zawsze gotowa,

Zmartwienia Taty, po polsku słodzić.

Jakoż, ilekroć naszych spragniona

Pieszczot — do swego luli nas łona —

A on jest świadkiem Mamy wylania; —

Gdy w pośród tego serc ich wezbrania,

Wzrók Taty nagle — jak dzień wśród burzy,

Bolesną myślą wnet się zachmurzy; —

Gdy nieraz westchnie: ciężko, głęboko;

I łzą kroplistą zajdzie mu oko; —

To jak-em mówił: — Mama gotowa

Cieszyć go zawsze, — mówi te słowa:

Nie smuć się mój mężu luby,

I drogich ci synów

Dla Polski nie bój się zguby!

Chowam ich do czynów

Godnych Ojczyzny i Ciebie. —

Zła dola, nie zawsze....

Wierzysz: że Pan Bóg jest w niebie:

Więc losy łaskawsze

Zabłysną i Polsce jeszcze. —

Ta mi gwiazda swieciświeci!...

To też nasze dzieci

Po polsku uczę i pieszczę.

Witold.

Trzeba ci jeszcze, mówić, rozumiéć,

I wiele rzeczy po polsku umieć.

A więc w tém dołóż pracy, starania,

Jeśli chcesz dowieść Mamie kochania,

Jeśli chcesz dowieść Ojcu wdzięczności.

Witold.

W obec swych dzieci wiele są winni,

i nie są dla nich, czém być powinni,

Bo im nie życzą jak samym sobie.

Chcesz, bym to dowiódł, bratu i tobie?

Zważcie: ilekroć przyjdą panowie

Do domu ojca, — w jakiéjże mowie

Długo, a długo, sobie gawędzą?

W jakim języku nad swoją nędzą

To utyskują, to znów boleją?...

A nawet czasem gdy się zaśmieją,

By przerwać pasmo swojéj niedoli,

I zrzucić z myśli, to, co ich boli:

Czyż nie po polsku sobie są radzi?

Czyż ich nie polski język gromadzi?

Gdy znów, w Kościele zebrani razem,

Przed Matki Boskiéj świętym obrazem,

O miłosierdzie wzywają Nieba:

Gdy Mu dziękują, za ten kęs chleba,

Którym was dziatki, wraz z nami darzy;

Jakżeż się modlą u stóp ołtarzy?

Oto po polsku Mieciu kochany!

Bo to od Boga, język im dany.

Żaden téż inny, serc ich nie wzruszy,

I żaden do ich nic trafi duszy!...

Jakoż, gdy jakie smutne wspomnienie,

Ciągnie z ich piersi, jęk i westchnienie,

Żaden z nich ulżyć sobie nie może,

Jak tylko mówiąc: Boże mój ! Boże!

Czyi nie widzicie z tego wszystkiego,

Że nad swój język nic im droższego?

Otóż, kto nie jest skąpy, fałszywy,

Kto nie obłudny, ma przyjaciela:

Jest rzeczywiście wówczas szczęśliwy,

Gdy mu się całém sercem udziela;

Gdy przed nim swoje skarby odkrywa,

Aby w nich czerpał, gdy go przyzywa.

Kto tym sposobem synów niekocha

Jakiż to ojciec? Jakby macocha!

O! więcéj powiem, Mieczysiu miły!

Ze w smutném Polski dziś położeniu,

Gdyby wasz ojciec niemiał dość siły;

Próżniactwu uległ — albo znużeniu —

I wciąż po polsku niemówił z wami:

Nie znałbym nad to, większéj goryczy,

Bo bym mógł wnosić: że was niemcami

Już sam być sądzi — że wam źle życzy,

Gdy od przyjaciół swoich odmiennie,

Was, obcą sobie mową codziennie

Z obojętnością taką traktuje.

Bo dla was szczęścia ja nie pojmuję

Bez czci, wierności, dla swéj Ojczyzny:

Dla któréj przecie — wiész że i blizny

Ponosić — nawet umrzeć rozkoszą,

Jak Krasickiego wiérsze ci głoszą.

Szczęście bez cnoty, to zwierząt życie!

Ja dla was pragnę: życia wyższego,

Co czérpie urok, w sumieniu skrycie,

Gdy obowiązku dopełnisz swego!

Chcesz kochać Polskę? Poznaj ją szczérze

W jéj obyczaju, w jéj duchu, Wierze!

Obcy cię język do tego celu

Nie doprowadzi, mój przyjacielu

O! gdyby z wami nie postępował

Ojciec wasz, Polak, jak postępuje:

Gdyby wam, pod tym względem, folgował:

Sądziłbym prawie, że w was nie czuje

Swojéj godności: — że za niegodnych

Mieć polską duszę, sam was uznaje:

I że w was synów widzi odrodnych,

Gdy skarbów swoich, znać wam nie daje:

Że do was wstręt ma, wami się brzydzi:

Że się przed Polską, swych dzieci wstydzi:

Że się was nawet, przed nią, wypiéra,

Gdy wam polskości cechę odbiéra!

Tyle co Miecio – brat ci nagrodzi

Dowcip dzisiejszy, twoją uwagę,

I w słuchaniu nas twoją powagę;

Wszystko powtórzy, opowié,

Co było w Felixa mowie.

Tymczasem, Bogu dziękujmy,

A wdzięczność rodzicom czujmy,

Że tej zgryzoty nam oszczędzili,

Iż się nas przecie, nie powstydzili;

Że Mama Tatę zrozumieć chciała,

I sama tego się domagała,

Ażeby tylko swoim językiem

Rozmawiał z każdym swoim chłopczykiem.

Ale gdy już wiész, co się to znaczy,

Że Ojciec do nas mówi inaczéj,

Choć Mama znowu inaczéj:

Prawdą braciszku, że od tej chwili,

Z sobą po polsku będziem mówili?

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Tadeusz Jedliński · 2 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Pacierz (Jedliński, 1858)

Expediente

Autor
Juliusz Tadeusz Jedliński
Título
Synowie i przyjaciel wygnańca
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-synowie-i-przyjaciel-wygnanca--juliusz-tadeusz-jedlinski-4a68c6
Cita recomendada
Juliusz Tadeusz Jedliński, «Synowie i przyjaciel wygnańca», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-synowie-i-przyjaciel-wygnanca--juliusz-tadeusz-jedlinski-4a68c6.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.