CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaKarol Baliński

Karol Baliński · Romanticismo

Spiewakowi Mohorta bratnie słowo

polaco

Kraj wszystek o! Panie! wieszczb Twoich ziszczeniem

Krzyżowych, czyscowych katuszy płomieniem

Rozgorzał i gore, ach! gore!

Toż z łaską jedyną, wzjaśnieniem nam w duszy

Wielkiego zamiaru tych mąk i katuszy

Przyśpieszaj! przyśpieszaj! nam w porę!

Biada tej ziemi gdzie ciepło słoneczne

Nic rozpromienić, nic rozgrzać niezdoła!

Biada tym sercom gdzie słowo serdeczne

Gorejącego echa nie wywoła!

A więc w imieniu tych wszystkich co cierpią

A ból pokorą uświęcić umieją;

Co wszystką siłę tylko z Krzyża czerpią,

Którym On całą drogą i nadzieją;

W imieniu wszystkich co wzorem Mohorta

Na całe Życie wyparli się czorta,

JI wszelką z piekłem wzgardzili umową

Bo weszli w świętą służbę Chrystusową;

W imieniu wszystkich co wszystkie manowce

Zbiegłszy, ustali strudzeni wędrowce,

JI już niemieli nic w świecie dla siebie

Prócz bolu w duszy i Boga na niebie; —

Wtedy spłakanych, sama ręka Boża

Przyprowadziła do Krzyża podnoża

JI wszystkie ziemskie skruszyła bożyszcza

Budowy fałszu zamieniła w zgliszcza

JI ukazała palcem swej opieki

Jedyną polską drogę — i na wieki!...

W imię tej braci wdzięcznością przejętej,

Dziękuję tobie bracie nasz Wincenty.

O! Bóg Ci zapłać za poczciwe słowo

Co w starej wierze uczy nas na nowo;

O! Bóg ci zapłać za głos który woła

Rozswawoloną dziatwę do kościoła!

Bo odkąd kościoł opuściła wiara

Już to nie naród bracie, ale mara

Co z lada wiatrem w krąg po całym świecie,

Jak zeschłe liście tuła się i miecie.

Lecz próżno goni za obcym żywiołem,

Musi kościołem być — albo — popiołem!

Urzędem Bożym przed ludów obliczem,

Wodzem narodów ku niebu — lub niczem!...

W dziwneż bo drogi od mogiły matki

Rozbiegły polskich śpiewaków gromadki.

Jednych porwała straszna zawierucha

W jakieś nie kraje lecz przepaści ducha.

Zarwawszy węzły łączące ich z ludem

Męczą się jakimś nieujętym trudem,

Jakąś nie bożą, więc nie polską pracą,

JI wciąż w niebiosa skrzydłami kołacą,

Myślisz rozbiją, — a my w skok od ziemi

W zdobyte niebo wpadniemy za nimi. —

JchIch pieśń „fajerwerk z słów kilku tyśięcy

Co ma przecudnie spłonąć — i nic więcej.”

Rzekłbyś że naród zamienili w ptaków.

Że nie rycerzy trzeba lecz śpiewaków,

Nie znojem krwawym Polskę tu zdobywać,

LcezLecz w chmury skoczyć i śpiewać — w ciąż śpiewać!.

A złe nie śpiewa — lecz truje i ziębi

JI powróz wciska głębiej — co raz głębiej!...

JnniInni porwawszy prawdy wiekuiste

Wznieśli się z niemi w sfery takie mgliste...

JI utonęli gdzieś w JtalskichItalskich chmurach.

Rycerze — ale tylko na lazurach. —

Błyskają — myślisz że błyski mieczowe,

Że damasceńskie, — gdzie tam! — księżycowe.

Niema w nich ciała, kości, i krwi polskiej;

Polonez duchów przy lutni eolskiej; —

Dotknij a oni i złote ich struny

W deszczu z brylantów spadną na laguny. —

A wzrok od pługa wysłany za niemi

Znużon szukaniem znów spada ku ziemi,

I woli patrzeć na skowronki boże

Co mu nad skibą dzwonią którą orze.

JI słucha — jako przed wieki — niezmienny,

JI czeka — wiecznie tęschniący — wpółsenny...

A złe pracuje i truje i ziębi

JI powróz wciska głębiej — coraz głębiej!...

JnniInni wprost poszli drogi przeciwnemi —

Ci, duszą całą przylgnęli do ziemi

JI ziemię złocą; — bawią się w kwiateczki,

W słowicze trele, w gwiazdeczki, w dzieweczki,

W obrazki świętych, w cacka wypieszczone,

Nawet — w najświętszą cierniową Koronę!...

Życie tak ciężkie! — trzebaż je okrasić,

Prawda tak razi! — trzeba ją przygasić —

Czy to my mnichy by myślić o niebie —

Ono po śmierci przyjdzie samo z siebie; —

My tyle cierpim, tyle wycierpieli,

Że jeśli tylko jest — będziem je mieli. —

A gdy łza czasem spadnie z ich piosneczek,

To już perełka, brylańcik, kwiateczek,

Dowód miłości dla kraju niezbity,

JI ma w salonie efekt wyśmienity. —

JnniInni... ... dość tego! — o! bawcie się dzieci!

Naród nie patrzy — a życie tak leci!

Bawcie się spiesznie bo czas tak ucieka...

Naród zwyczajny cierpieć — niech tam czeka! —

Lecz złe nieczeka — i truje i ziębi

JI powróz wciska głębiej — co raz głębiej!...

Tyś jeden został na tej wysokości

Gdzie leżą wodzów bezpotomnych kości,

Gdzie wielkich ojców pokutnicze duchy

Od wieków naród wzywają do skruchy;

Gdzie święte nasze znaki narodowe,

JI gdzie pokryte rdzą, “klucze dziejowe:”

One — tak nieme dziś — laski pasterskie,

One — hetmanów buławy rycerskie —

Gdzie przeszłość cała a w niej przyszłość razem,

Woła o życie — na głazy — pod głazem!

Tyś sam pozostał — choć niebrak Ci skrzydeł .

Co i najszybszym orłom mogą sprostać, —

Aleś rozróżnił prawdę od mamideł,

JI wierny Ojcom wolałeś pozostać

JI duchem idąc za Bożym rozkazem

Błądzącym braciom stoisz drogoskazem. —

Zatknąwszy szablę na ojców zagonie,

Serdeczną rolę sprawiasz Kmieciu Boży;

A choć ból nieraz załamie ci dłonie

Patrząc na piekło co w koło się sroży,

Znowu do pługa wracasz po dawnemu —

O! bo nie sobie ufasz ale Temu

Co nas zapewnił: aby się nietrwożył

Nikt, kto w Nim całe nadzieje położył.

To też Ci za to, Aniołowie biali

Przedziwnie wielkie szepcą tajemnice,

JI przed Twém okiem tak pootwierali

Polskiego ducha głębokie skarbnice

Że jeno patrzeć jak Ci się odsłania

Najgłębsza z wszystkich tajnia — zmartwychwstania!

Milczenie bracia! bo czarodziej skinął —

Przez grób nas przeniosł, — straszny wiek pominął.

Ruszamy bracia — wolni — na pogaństwo;

Polak ma — jeden — zbawić chrześcijaństwo;

Naszym to sercom Bóg dzisiaj powierza

W nagrodę zasług Ojcowskich i trudów,

Miecz Archanioła i Chorągiew Krzyża,

Sprawę Ojczyzny i sprawę wszechludów.

Jeśli dziś dusznej ofiary poskąpim,

Jeśli nas zziębi rachuba lub trwoga,

Jeśli nie staniem lub choć krok ustąpim,

Zdradzimy Polskę i ludy i Boga!

Toż czując łaskę i ważność tej chwili,

Wszystkieśmy ziemskie słodycze rzucili

Stoimy — bracia z województw zebrana,

Czekamy tylko na znak od Hetmana.

Baczność! słyszycie? tętęt i chrzęst stali,

Niby gwar morskiej oddalonej fali —

Chwila — a hasło zagrzmi do pochodu —

Ha! już go widać! wybrany z narodu

Król — Jan Sobieski!...

Otóż tak, to ale!

To po naszemu, — tak to doskonale!

Niepewny drogi — więc — Orła się pyta —

Już wie — bo druchnę podrzuca i chwyta —

Leciemy za nim bo już ruszył przodem:

Za orłem wiara! śmiało! Bóg z narodem!

Oto mi obraz! — o! to już nie mara,

Tu życie w pełni, tu siła — bo wiara!

Wieszcz jak król-hetman czuł w polskiej swej duszy,

Że gdy się człowiek tak przed Bogiem skruszy,

Tak z siebie ziemską osobistość zdejmie,

JI tak się cały Wolą Bożą przejmie,

Że tylko patrzy Pańskiego skinienia,

Że tylko słucha Bożego natchnienia,

To mu Bóg wtedy tak serce rozszerza

Że go ze wszelkiém stworzeniem sprzymierza,

JI tak we wszystkie tajnie wtajemnicza

Że wszystko w świecie rady mu użycza,

Że już od orła aż do drobnej mrówki

Wszystko mu daje pomoc i wskazówki.

Bo każde boże stworzenie śród świata

Czując w nim brata idzie jak do brata, —

JI taki Boży łańcuch wszystko splata!...

A z niego idzie mądrość i potęga —

A biada temu co ten ład rozprzęga!.

Król Jan!.. to przecie! to postać ujętna,

Ciepło zniej bije, słyszysz życia tętna;

To już nie duchy z ciała wyzwolone

Lecz krew i ciało duchem przeniknione,

Duchem rozgrzane, wzniesione do nieba —

Otoż to życie! — i tego też trzeba!

W to nam graj bracie! w to nam graj śpiewaku!

Wierny śpiewaku pancernego znaku!

Król Jan!... mój Boże! toż to naród cały!

Długo tak wielki! a później... tak mały!...

Póki Król, naród, słucha Woli Bożej,

Jej tylko patrzy, to garść polskiej Braci

Krocie rozbija w puch — i cuda tworzy

Że aż w bajecznej dziś stają postaci!

A tak ma dziwną siłę przyciągania

Że wszystko k’ niemu chyli się i skłania,

Że całe ludów sąsiednich gromadki

Tak lgną do niego jak dzieci do matki,

A on je wszystkie podnosi miłością

Swiętém braterstwem i Bożą wolnością. —

Dzisiaj tam patrząc tośmy aż gotowi

Zadać historji że nam fałsze mówi. —

Czemu się dziwim? — ach! bośmy rozcięli

Ten łańcuch boży — i tak dziś zmaleli

Że wierzyć niechcem że to w naszych siłach

Być wielkim jak te hetmany w mogiłach!

Wiecznież tak będzie?. o! na miłość boską!

Grzmij pełną piersią twą pieśń Mohortowską!

Niechaj ją wszelka polska dusza słyszy,

JI niech się z jego duchem stowarzyszy

Ciałem i czynem, każdém serca biciem —

A co duch natchnął, niechaj pełni życiem. —

To nam poeta — co siłą dotknięcia

Ducha narodu obudza z zaklęcia!

To nam poeta, to nam duch proroczy

Co przeszłość pojmie i tak ją roztoczy

Widomie, jasno, przed twemi oczyma,

Że pojmiesz duszą że innej już niema

Drogi przed nami, jeno ta odwieczna

Ta staropolska, prosta a serdeczna,

Którą miecz polski na wieki wyorał,

Którą mieczowi wytykał pastorał,

JI którą ciągle duch narodu kreśli

Zawsze za Krzyżem, zawsze w Bożej myśli!

JI sam poczujesz chwilę w niebowzięcia

Siłę Czarnieckich — a czystość dziecięcia. —

JI jam nie retor, — co czuję to kreślę.

A piszę, bracie, bo tak sobie myślę:

Milczeć gdy polski okrzyk się rozchodzi

Prawdziwie polski dawno niesłyszany,

To rzecz nie polska — i tak się niegodzi —

Bo święty okrzyk winien być wspierany —

Bo kto milcząco, martwo prawdy słucha

Ten ziębi czucie i zabija ducha. —

Bo okrzyk taki, to hasło bojowe

Co przejść powinno w usta miljonowe,

JI tak przelecieć przez wszystkie szeregi

Przez wszystkie serca po całej krainie

Aż się obije o dwojga mórz brzegi

JI zagrzmi światu w życiodawczym czynie.

Bo każda prawda jest to Boże słowo

Pragnące stanąć widzialną budową.

Cóż ztąd że w duchu znajduje odbicie?

Ona chce życia i woła o życie!

Cóż z tąd że chwalisz i uwielbiasz duchem?

Trzeba ją poprzeć życiem, ciałem, ruchem,

Nie tylko słowem lecz już całą ręką,

JI duszą całą, i żywota męką; —

Już nie czekaniem za kimś, lub za cudem,

Lecz ciągłą własną zasługą i trudem

W ślad co przed nami duch narodu kreśli

Zawsze za Krzyżem, zawsze w Bożej myśli. —

Bo tylko tędy na ziemię zejść może

Ojczyzna nasza a Królestwo Boże.

Po to też tylko prawda do nas schodzi —

Bóg to ją daje, a nie człowiek rodzi. —

Gdy więc słyszymy prawdę narodową,

Spiesznie jej, bracia, podawajmy dłonie,

A jako ślubną stułą ołtarzową

Prawda je zwiąże — i tak nas pochłonie

JI tak nas w swoje obwinie osnucie,

Że jedno stworzym ciało, jedno czucie,

Dążenie jedno, myśl i drogę jedną. —

Przy takim ślubie szatany pobledną,

Bo ujrzą Polskę nie słowy marnemi

Lecz krwią i ciałem stającą na ziemi,

Już nie w obłokach lecz w ciele, widomie,

Jak była, w blasku i siły ogromie. —

Gdy węzeł Prawdy połączy nas w duszy,

To piekło nad nim pęknie — a nieskruszy!

Nie!.. jam nie retor — lecz gdy Mohort gadał

Serce mi w piersiach tłukło się i rosło,

Bo czuło w sobie to co on posiadał:

To tchnienie boże co tak go wyniosło

JI użyczyło takiej siły chrobrej; —

A tak mi było jak przy wieści dobrej,

Kiedy coś w duszy tak rośnie, tak rośnie,

Że świat byś cały ogarnął miłośnie. —

Wolałbym milczeć, jak to czynią inni

Co by Ci także dziękować powinni; —

Lecz porzuciłem wszystkie marne względy,

Bo po staremu rzecz nie idzie tędy,

Bo Prawdy milczkiem zbywać się niegodzi,

Bo co jej szkodzi to i Polsce szkodzi; —

A więc raz jeszcze w imię wiernej braci

Powtarzam z duszy: niech ci Bóg zapłaci!

A jeśli Ojciec w Niebiesiech dozwoli

Wrócić nam jeszcze do ojczystej roli,

To cię już wtedy uściśniem koniecznie

Jak Tyś nas Bracie pocieszył — serdecznie.

A teraz Bracie! przyjm od nas, z kolei,

Słowa miłości, wiary i nadziei;

Przyjm wieść o łasce którą Bóg nam zsyła,

Niech Ci z tąd płynie otucha i siła. —

Zmartwychwskrzeszony, twój duch Mohortowy,

Już nie samemi dziś przemawia słowy,

Już nie samemi jawi się głoskami,

Lecz już jak niegdyś, pisze się: mężami! —

Duch polski, cieniem błądzący od wieka,

Dziś, z łaską Bożą, ciało przyobleka,

Już nie powietrznym we mgłach ideałem,

Ale na ziemi stawa krwią i ciałem.

Bo wielki popis polski już zaczęty

Bo święty sztandar ojców znów podjęty,

W górę jak niegdyś, jeno jeszcze wyżej

Bo sam — jak słońce — nad światem powiewa,

JI rozpostarty — bracie — jeszcze szerzej

Bo dziś — sam — całe Chrześcjaństwo pokrywa.

JI patrz — na świecie dwa tylko sztandary:

Jeden nasz, polski — drugi dzierżą Cary;

JnneInne dziś wszystkie, to znaki bez wagi,

Bezmyślne płótna, kupieckie to flagi,

Carska je wola jak wicher rozdyma

Gdy zechce płyną, gdy zechce zatrzyma. —

Wszystko co znamię człowieczeństwa starło,

Nieba się zrzekło, Chrystusa wyparło,

Wszystko co gnębi i w gnębieniu braci

Rozkosz znajduje i z łez się bogaci;

Wszystko co w bracie niechce widzieć brata,

Wszelki fałsz świata, wszelki bezwstyd świata,

Wszelka rozpusta na głos Boży głucha,

Wszelka śmierć czucia, skamieniałość ducha,

Wszystkie Chrystusa wrogi najzaciętsze

A przyodziane w kształty przenajświętsze,

Wszystko to pod znak Carski się przywlekło,

Stanęło jawnie lub skrycie — to piekło.

Tutaj — i ona niegdyś nam nieznana

Nieszczęsna owa poczciwość słomiana,

Co to każdemu wiatrowi posłuszna,

Niby miłośna — a w rzeczy, bezduszna,

Niby ruchliwa — a zawsze bez wzrostu,

Niby myśląca — a nigdy poprostu,

Niby idąca — a na miejscu wiecznie

JI niby czynna — a nigdy serdecznie;

Skora do ustępstw — och! aż do spodlenia —

Bo niema wiary — drogi — i sumienia, —

Bo oddzieliła Polskę od niebiosów,

JI czeka Polski od carów i losów

Od łaski dworów, od litości wroga,

A tylko nigdy a nigdy od Boga.

Poczciwość taka — niech jak chce się stroi,

Pod znakiem Carów już od dawna stoi.

W brew temu piekłu — śmiało — oko w oko,

Stanął nasz sztandar — sam jeden — wysoko —

Przenajświętszemi Krzyża ramionami

Osłonił ludzkość całą, jak skrzydłami. —

Dawid nasz polski z piekielnym olbrzymem

Znowu w zapasach jako pod Chocimem —

Znów jako niegdyś pod Wiednia murami

Gromadka wiernych z pogaństwa chmurami. —

Tylko ćma wrogów dziś jeszcze czarniejsza

A garstka nasza polska stokroć mniejsza. —

Wszystko co bolem ku niebu się wzniosło,

Co we łzach żyje i na łzach urosło,

Wszystkie świętości przez świat podeptane,

JI wszystkie związki boże rozerwane,

Zgwałcone prawa boskie i człowieka,

Wszystko co kocha i cierpi i czeka,

Wszystko co tęschni, pragnie i w pokorze

Modli codziennie o Królestwo Boże;

Wszystko co jęczy i pada śród trudów,

Nadzieje ludów i pragnienia ludów,

Z bolów ogromem i cierpień bezmiarem

Wszystko to stoi pod naszym sztandarem

Jeśli nie ciałem jeszcze, nie ramieniem,

To już modlitwą, sercem i westchnieniem.

Bo każda czysta dusza to uznawa

Że polska sprawa to narodów sprawa,

Że tak z ludzkością połączona w Niebie

Że gdy ją zdradzi, zdradzi sama siebie. —

Wszystko co Boga czuje wgłębi duszy,

Wygląda chwili rychło znak nasz ruszy

JI świętym swoim szelestem obwieści

Swobodę światu i koniec boleści;

JI już ku niemu płynie nieustanna

Z piersi narodów: hosanna! hosanna!

Lecz gdzie jest człowiek, gdzie mąż, gdzie jest dusza

Zdolna podzwignąć i nieść sztandar taki,

JI po przeczystym śladzie Tadeusza

Pójść jeszcze wyżej, po nad wszystkie znaki,

JI kędy śladu niema jeszcze zgoła

Chyba od białych skrzydeł archanioła? —

Gdzie mąż tak bystrym wzrokiem obdarzony

Że drogę znajdzie w tym piekielnym zmroku,

JI taką siłą bożą napełniony

Że ani cofnie ani wstrzyma kroku,

Lecz coraz wyżej wzniesie sztandar biały

Choćby na niego walił się świat cały;

Ani się mocy wszechpiekieł ulęknie,

Ani przed żądną pokusą niezmięknie,

JI nigdy świętej chorągwi niezegnie,

Nigdy niezniży — nigdy! raczej legnie!

Gdzie jest mąż taki?...

Bracie mój! On z nami —

Tu, między nami — tułacz z tułaczami..

Świadczę Ci o nim bo się go dotykam,

Bo łaskę Bożą czuję w jego sile,

Przez niego duszę wskróś Prawdą przenikam

JI światło życia biorę w każdą chwilę. —

Mąż nieopodal od kresów Mohorta

Zrodzony Polsce na zagładę czorta,

Wykołysany na siodle i w polu

A wyuczony w obozach i w bolu;

Mąż szabli, zdawna dobrze znany wrogu

Wódz nasz serdeczny, Hetman „Sława Bogu!”

To jego imię — bo życie i hasło

Hasło co w Polsce nigdy niezagasło,

JI niezagaśnie i nic go niezgłuszy

Bo jest wyryte na dnie polskiej duszy.

Stoi i świętą Chorągwią powiewa,

JI na jedyną drogę przywoływa

JI ukazuje Polskę jak na dłoni. —

JI biada temu co oczy zasłoni!

JI biada temu co uszy zatyka!

JI biada temu co serce zamyka

JI stanąć niechce w szereg duszą całą

Pod tą chorągwią Ojców zmartwychwstałą!

Bo straszną liczbę zdać będzie potrzeba

Za takie zimno dla Polski i Nieba. —

A przy tej wielkiej hetmańskiej postaci,

Stoi już hufiec żołnierzy — a braci. —

JI “nić tajemna tak związała duchy

JI serce wodza z sercem całej wiary,

Że wspólnie biją i do jednej miary

Jak w elektronu schwycone łańcuchy.”

Tą nicią — bracie, jest wspólne widzenie

JI wspólne czucie i drogi i celu —

JI Wolą Bożą przejęte sumienie,

JI wiara tylko jedna — w Zbawicielu.

JI ufność tylko jedna — w Boże ramię

JI sztandar jeden tylko — Boże znamię!

Niepytaj liczby — boć nie liczba może,

Lecz sprawa taka z którą ramię Boże. —

JI wódz nasz, liczbą niebędzie nas mierzyć

Bo ufa Panu że się nieponiżém,

Że uderzymy gdy każe uderzyć

Choćby na piekło całe — ale z Krzyżem!

JI złożym życie gdy zażąda tego,

Nie że on kazał, lecz że Bóg przez niego.

Bo to czujemy że w dzisiejszą sprawę

Jego naznaczył nam Pan do przewodu -

JI Żółkiewskiego oddał mu buławę,

JI miecz co skruszy kajdany narodu.-

A i to Bracie, czujem mocno w duszy,

Że gdy on stanie i już mieczem błyśnie

Kraj cały wstanie, cała ludzkość ruszy

JI do polskiego znaku się przyciśnie.

Jak noc przed słońcem piekło siłę straci

Zrzednieje chmura gnana przez oprawców,

Bo nieszczęśliwi poznają w nas braci,

A ujarzmieni uznają wybawców. —

Tak wierzym bracie, — i pełni spokoju,

Do jutrzejszego sprawiamy się boju —

Więc czyścim zbroje aby były jasne,

Zbroje najpierwsze — serca nasze własne —

Bo to już znamy, że szabla się kruszy

Nie mieczem wroga, lecz rdzą co jest w duszy.

JI tak czekamy czujni na czas boży,

Gdy łaska Boża drogę nam otworzy

Wtedy ruszymy jak wiernym przypadło

JI wydrzem piekłu Znak który ukradło. —

A niema dla nas warunków układnych

JI ustępstw żadnych i pośrednictw żadnych,

Niema sojuszu, niema miru z wrogiem,

Aż się ukorzy — nie nam — lecz przed Bogiem.

Wtedy mu damy pokoj i przymierze

JI przebaczymy mu wszystko i szczerze,

Bo tak nam kazał Chrystus pan nad pany,

Mocarz w dobroci nigdy nieprzebrany. —

Niemyśl że tajna nam piekieł potęga

Co wciąż tak rośnie że aż tu dosięga.

Widzimy dobrze roboty czartowskie,

Widzimy wszystkie kuźnie judaszowskie,

Widzimy zdrajców w maskach bohaterów

Co synów Polski mienią w kondotierów,

JmieniaImienia polski ohydę ostatnią,

Widzimy braci kupczących krwią bratnią,

Widzimy nigdy nieznane zgnilizny

Odstępców wiary, Boga i Ojczyzny.

Widna nam, Bracie, cała ta szkarada,

Czartów to dzieło, piekielna biesiada.

Bóg jeden świadkiem bolu duszy naszej,

Ale to wszystko, Bracie, nas nie straszy.

JI drogę naszą widzim tém niemylniej,

JI obejmujem sztandar nasz tém silniej,

Ufając Panu że ostatni z braci

Trzymać go będzie póki tchu niestraci:

Bo tylko pod tym przenajświętszym znakiem

Polska jest Polską i Polak Polakiem. —

Jeśli zła wola nieda go rozwinąć

I pod nim ruszyć — to nam pod nim ginąć

Tu gdzie dziś stoi — a nie zginiem marnie —

Zginiem za Prawdę, więc zginiem ofiarnie,

Patrzący w niebo z ufnością, pogodnie,

Zginiem po polsku — pod Krzyżem — i płodnie —

Bo kiedyś naród cały w bożą chwilę

Podniesie serca ku naszej mogile

Ujrzy znak święty i duszę wytęży,

W zniesie go w górę — stanie — i zwycięży —

JI na świat cały z rodzinnego progu

Na wieki wieków zagrzmi: „Sława Bogu!” —

Sigue explorando

Por su autor
Karol Baliński · 5 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Piosnka (Wolności grzmot...)Wisła (Baliński) →

Expediente

Autor
Karol Baliński
Título
Spiewakowi Mohorta bratnie słowo
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-spiewakowi-mohorta-bratnie-sowo--karol-balinski-2b6462
Cita recomendada
Karol Baliński, «Spiewakowi Mohorta bratnie słowo», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-spiewakowi-mohorta-bratnie-sowo--karol-balinski-2b6462.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.