CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Rudawski

polaco

II.

RUDAWSKI.

Różni bywają na ziemi ludkowie —

Tacy i tacy: jednych Pan Bóg stworzył,

Że mają więcej rozumu w swej głowie

A innym znowu coś takiego włożył,

Czy wlał do wnętrza, co niby na zdrowie

Nie zawsze onym biedakom wychodzi,

Zwyczajnie jakąś miękkość, z której ból się rodzi.

Mówię biedakom, bo juścić na świecie

Jest to wiadomem, że w wysokim stanie

Zbytniej czułości nigdy nie znajdziecie:

Wielcy panowie i szlachetne panie,

Dla których żywot z samych róż się plecie,

Więcej na rozum biorą wszystkie sprawy —

Ha! trudno, tak już, widać, chciał Stwórca łaskawy.

Jakto? twierdzicie, że niby w tej chwili

Nieco za ostry o nich sąd wydaję?

Stary jest ze mnie wyjadacz, patrzyli

Na mnie ludziska, jakom w życiu staję

Przeszedł niejedno, jako, moi mili,

I do pałaców znajdowałem drogę,

Więc o tem sprawiedliwie coś orzeknąć mogę.

Prawda! zawlecze-ć pod wyniosłe wrota

Jakowyś nędzarz swoje zbite kości,

Tak i w nich, bywa, rozbudzi się cnota,

Że mu kęs chleba podadzą z litości,

Albo szmat jakiś... Ano, nie dziwota:

Jako ten oset, co zalega pole,

Tak nędza i najtwardszych czasem w oczy kole.

Ale by rzucić pałacowe progi,

By wstać od srebrem zastawionych stołów

I między naród pospieszyć ubogi,

Jak ten rybitwa, co idzie na połów

Serc i dusz bratnich i na żadne głogi,

Na żadne głazy raniące nie zważa,

To, mówię wam, w tym świecie rzadko się wydarza.

Jednegom tylko znał wielkiego pana,

Którego pamięć jest mi, jak wyryta,

Choć od tych czasów została obsiana

Ta nasza ziemia świeżem ziarnem żyta

Z pięćdziesiąt razy... Podarta sukmana,

Na którą inni z jawnym patrzą wstrętem,

Dla niego była zawsze czemś prawdziwie świętem.

Widać, rozumiał Chrystusa orędzie,

Choć o niem głośno nie mówił nikomu,

Jak się to działo, o, i dziać się będzie

Niejednokrotnie w pobożnisiów domu...

Czyn, a nie słowo, miał zawsze na względzie,

Tak też nie z słowem, ale zawsze z czynem

Szedł równać się pospołu z pogardzanym gminem.

Kiedym go poznał, mówię wam, był młody,

Jako ten buczek, który w boru rośnie...

Po ojcach posiadł sady i ogrody,

Pola i łąki, mieniące się w wiośnie

Zbożem i trawą i kwiatem. Miał trzody

I stada owiec bieluchnych; miał cugi

W uprzężach, z srebra kutych, i rozliczne sługi...

Właśnie był wrócił z dalekiego świata,

Gdzie od lat kilku jeździł po nauki.

Wnet też, powitać chcąc szlachcica-brata,

Jęli się zbiegać sąsiedzi, jak kruki:

»Nielada bal nam wyprawi do kata!

Człowiek« — mówili — »rad z kielicha chłepce,

A z niego pan! Zwyczajów pańskich nie podepce!«

I rwetes powstał między sąsiadkami:

Nuż uczyć córy, jak sznurować usta,

Jak strzelać oczkiem; wszak pieniądz nie plami,

A zaś Rudawski to partyjka tłusta,

Wart milionik; trzymać go zębami,

Choćby się miały nadwerężyć zęby —

Ha! może przecież kogoś przyśle w dziewosłęby.

I wnet, jak spojrzeć, cała okolica

Zmieni się w jedno ogromne wesele:

Tu obiad suty, tam znów wieczornica,

Do tańca huczą żydowskie kapele;

Aby miennego ugościć dziedzica,

Każdy, choć z resztą grosza się szamoce,

Sprowadza z obcych krajów trunki i owoce.

Ale mój panicz wcale się nie szasta:

Szlachcie za pamięć podziękuje słowem,

A gdy się która nawinie niewiasta,

By się nieznacznie, niby dobrym chowem,

Pochlubić córką, skłoni się i basta!

Jakby miał woskiem zalepione uszy,

Tak nic go, niby skrzypiec bez strun, nie poruszy.

»Kutwa! dusigrosz!« — poczęli sąsiedzi

Coraz to głośniej szydzić w swojem kole;

»Więcej ma złota, niźli inni miedzi,

A jadłby z żłobu przy ośle i wole...«

Czasami nawet ten i ów pobredzi,

Że, coś mu, widać, cięży na sumieniu,

Gdy ludzi tak unika, gdy się chowa w cieniu.

Lecz Jan Rudawski nie unikał ludzi

I lica swego nie trzymał w ukryciu:

Tylko się do tych, bywało, nie trudzi,

Którzy przenigdy nie siali w swem życiu,

A wciąż chcą zbierać — do tych, których nudzi

Skrzętność i praca mrówki, albo pszczoły,

A pełne miećby chcieli spichrze i stodoły...

Rano, nim jasne rozlały się zorze,

Zanim się ptactwo pobudziło w boru,

Pan z panów rzucał skórą kryte łoże

I dalej w pole z kamiennego dworu

W prostym sieraku: ekonom nieboże

Więcej się w swojej miłował postawie,

Niż dziedzic na Rudawkach, Rudkach i Rudawie.

Ale nie tylko własnemi oczyma

Dojrzy, gdzie rośnie co i gdzie co leży;

Nieraz, bywało, sam pługa się ima,

Lub, jak parobek, za broną pobieży,

Albo snop zwiąże... Z ludziskami trzyma

Jednaką rękę: »z nimi — mawiał — żyję,

Więc niechaj święta ziemia i pot mój też pije«.

Ludzie, jak ludzie, od prastarej doby,

Kiedy im rozum harapem wlewano,

Do czapkowania na różne sposoby

Mocno przywykli, poczęli kolano

Zginać i przed nim, by, jak od choroby,

Żegnać się potem i splunąć gdzieś z boku,

Ujrzawszy, że już »parch ten« nie ma ich na oku.

»Hej! moiściewy« — tak do nich wyrzecze —

»Święci mi żadnej jasności nie dali,

A zaś wielmoże, jak wszystko, co człecze,

Co jest śmiertelne, bywali, bywali!

W wilgotnym grobie skruszały ich miecze,

Mąką z ich kości posypują ziemię.

A pamięć o niektórych gdzieś tam w księgach drzemie«.

Ano z początku było nie do wiary,

Że niby szlachcic zniża się do chłopa:

»Widno, kpi sobie« — tak niejeden stary

Pomyślał fornal — »wszakże jego stopa

Na to stworzona, by deptać nam bary,

A ręka jego, by wymierzać razy,

A język jest-ci na to, by dawał rozkazy...«

Ale Rudawski w ten moment ich uczy,

Jako pisano w Chrystusowem prawie,

Że pycha ludzi przenigdy nie tuczy,

Że wszelki człowiek, pracujący krwawie,

Równy jest drugim, a gdy los poruczy

Jednemu z bliźnich o garść więcej ziarna,

Dla innych niech je sieje dłoń od pracy czarna.

»Mam-ci ja« — mówił — »dobytki, mam brony,

Pługi i radła, cepy i kozice,

Ale te pulchne i tłuste zagony,

Które mi sypką wydają pszenicę,

Waszych mi ojców pot wymierzwił słony:

Nie panem jestem, lecz jednym z włodarzy,

Co stoi na wspólnego mienia twardej straży...«

I wspólne mienie wnet ku wspólnym celom

Począł obracać, chłopom pobudował

Chaty, aż oczy, jak dzień, się weselą...

»Odkąd się człowiek — mawiał — w norę schował

Zmienił się w zwierzę; Bartoszom i Grzelom

Tak samo trzeba światła i powietrza,

Jak panom Artiurom, choć ich twarz jest bledsza«.

I tak się stało, że odtąd pokrzywą

Lud się nie karmił roboczy, dostatek

Chleba żytniego i strawę godziwą

Zawsze miał doma, nawet mięsa płatek,

A w życia swego chwileczkę szczęśliwą,

W dzień chrztu lub godów mógł zabić i wieprza:

Tak jemu naraz dola zaświeciła lepsza.

Gdy między braćmi wynikną niesnaski,

Gdy sąsiad zelży lub skrzywdzi sąsiada —

»Bracia jesteście!« — wykrzyknie Rudawski —

»Wszak się sąsiadom waśnić nie wypada«.

I słowa jego, jak słoneczne blaski,

Braciom wnet lica rozpogodzą gniewne,

I sąsiad złe naprawi tej chwili napewne.

Zdarzy się nieraz, że we wsi ktoś chory,

Spieszy z pomocą, jak posłaniec boży;

Zanim z mieściny przyjadą doktory,

Sam wnet opatrzy, sam okład przyłoży;

Nawet do posług najniższych tak skory,

Jak gdyby życie przepędził w szpitalu —

Widocznie miłosierdzie miał w każdziutkim calu.

»Ludzie — tak mawiał — równi z przyrodzenia;

Zwykły najemnik, książęta wyniośli

Z adamowego wyszli pokolenia,

Jak z pnia jednego pęki latorośli...

Ale światłości potrzeba strumienia,

W żywej nauce trza skąpać rozumy,

By chłop, że równy panu, poznał czar tej dumy«.

I murowaną wnet szkołę wystawił,

I dzieciom chłopskim książkę w rękę wciska,

A gdy się w którem dar boży objawił,

W świat je posyła do wiedzy ogniska.

Węszył talenty i jak chart się wprawił —

»Zresztą — powiadał — znaleźć sprawą łatwą:

Są siły niespożyte między chłopską dziatwą«.

Takim był, wiecie, Rudawski, pan z panów...

Szlachta z początku jęła kręcić nosem,

Śmiać się, że wieś swą zamienił w Pacanów,

Że cham nie drzewem, ale książek stosem

Będzie podpalał w kominku: »z baranów,

Z swojskich baranów trudno jest niestety!« —

Szydziła sobie szlachta — »zrobić rambuljety...«

Lecz gdy z pisklęcia wypierzył się sokół,

Gdy »stado bydła« zmieniło się w ludzi,

»Jakobin z niego!« — krzyczano naokół —

»Tradycyę ojców przeniewierczo brudzi!

Tłum pisma uczy, by krwawy protokół

Umiało kiedyś chłopstwo z nami spisać,

A któż wzburzoną falę zdąży ukołysać?!«

W nieszczęsną chwilę ono słowo rzekli...

Nadszedł czas taki, potrzykroć przeklęty,

Gdzie chytrzy wilcy na słońce wywlekli

Zwierzę z łon chłopskich... Ze zdrady poczęty,

Rozsypał bunt się jako skry... I wściekléj

Od psa wściekłego warczał tłum szalony...

Gdzie szukać wybawienia? gdzie szukać obrony?

»Niech on ratuje!« — wołają — »Ma siłę,

Bo, widzim dzisiaj, swoich w ludzi zmienił:

Rąk swych nie krwawią! Posoką opiłe

Niechaj powstrzyma brytany... Rozpienił

Straszny się potok, niechybną mogiłę,

Gotując dla nas i dla naszych dzieci...

Rudawski niech, jak anioł, z pomocą nam zleci!«

Lecz pan Rudawski był już pośród drogi:

Zaledwie przyszła wieść, na konia skoczy,

Aby popędzić, gdzie łuna pożogi

Krwawą się płachtą na niebie roztoczy,

Gdzie bujny zagon zmienia się w odłogi

I gdzie podniosłe człowieczeństwa znamię

Od razu zaginęło w jednej krwawej plamie.

»Bracia! — wyjęknie — nie krew, tylko miłość...!«

I jednem słowem szaleńców uśmierzy...

Z oczu im zniknie ta dzika opiłość,

Która zniszczenie naokoło szerzy...

»To pan z Rudawy, co z chłopem w zażyłość

Poszedł braterską — dobrze — widno, radzi,

Posłuchać słowa brata, juści, nie zawadzi«.

I posłuchali... Lecz z tłumu wyłoni

Taki się jeden, co nie »ślepym mieczem«,

Ale był ręką: zgrzytnął, dobył broni

I ze szwargotem: — »o, my nie upieczem,

Swojej pieczeni, gdy zawładną — oni!«

Wymierzył prosto w Rudawskiego serce,

W to serce, co z miłością nie było w rozterce.

I padł Rudawski i dziś — lata płyną

I mnie już dawno posiwiały włosy —

Nad grobem jego wieczorną godziną,

Gdy cichy wietrzyk z traw otrząsa rosy,

Samotna wierzba chyli głowę siną

I szumi, szumi pieśń o tej potędze,

Co brata dostrzedz w chłopskiej umiała siermiędze...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Rozpacz (Kasprowicz, 1912)Rzuć z siebie, duszo... →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Rudawski
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-rudawski--jan-kasprowicz-d13ff1
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Rudawski», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-rudawski--jan-kasprowicz-d13ff1.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.