W szklanym zamku, na makatach
smuga kładzie się księżyca.
W czarodziejskich, zwiewnych szatach
leży wróżka bladolica.
Wzdłuż jej ramion złotą falą
spływa włos diademem spięty;
nigdzie światła się nie palą,
w mroku pałac legł zaklęty.
A dokoła świetnej sali,
pozwijani jak kłębuszki,
śpią mieszkańcy zamku mali,
dziwoludki, karły, duszki.
Cisza wkoło; blask miesiąca
srebrem spływa przez sklepienie,
duma wróżka bolejąca,
w fantastyczne patrząc cienie.
Wtem coś drgnęło u kotary,
błysły złotej frendzli skręty,
i ukazał się kruk stary,
kruk z oczami jak diamenty.
Krągłem ślepiem powiódł wkoło
i w łeb czarny się zastuka:
— Czegoś tutaj niewesoło...
Nie oszukać Imci kruka.
Do królewny podszedł żywo,
ukłon złożył jej misterny
i z powagą wyrzekł tkliwą:
— Oto jest twój sługa wierny.
Tu popatrzył w twarz jej białą
i zapytał: — Co się stało?
Wróżka smutnie uśmiechnięta
wysunęła dłoń z koronek.
— Prysła moja moc zaklęta,
utraciłam mój pierścionek.
— Kra! kra! — padło w zamku ciszę —
Cud-królewno, co ja słyszę?
— Cyt, cyt, bo nas kto podsłucha —
szepnie wróżka, kryjąc lice.
— Drogi kruku, nachyl ucha,
zwierzę ci mą tajemnicę.
W mrocznej sali pani blada,
sploty włosów mnąc z rozpaczy,
coś krukowi szeptem gada,
a kruk słucha, a kruk patrzy.
Gdy mu barwnie nakreśliła,
jak Sobótka dwa gawronki
przez jej sad przeprowadziła,
skryte w fałdach swej kieszonki.
I jak z Butką ptaszki kuse
odegnały precz pokusę...
Kruk odsapnął ze wzruszenia,
poczem modą staroświecką
w łeb się skrobnął odniechcenia
i rzekł: — Mądre, mądr-r-re dziecko!
A gdy dwaj figlarze mali,
dziób otarłszy ze śmietany,
w pawie stroje się przebrali
i wesołe wszczęli tany —
Kruk roześmiał się z uciechą,
aż dźwięknęło w sali echo:
— Kra! kra! a to sprytne sztuksztuki!
Mądre jak prawdziwe kruki!
Toż to matka dziób rozdziawi,
gdy zobaczy ich strój pawpawi!
I skrzydłami zaszeleści,
i znów słucha opowieści.
To pochyla swój łeb kruczy,
to z podziwu wzrok wyłupia,
to, podgardle gładząc, mruczy:
— Hm... ta Butka też niegłupia...
Lecz gdy wróżka w trwożnej męce
jękła, łamiąc białe ręce,
że najmilsze jej dzieciątko
zamieniło się w prosiątko,
że pierścionek jej porwało
i z rodzeństwem wdal pognało,
i że biedne to maleństwo
może wpaść w niebezpieczeństwo,
bo magicznych potęg siły
nie rozumie dzidziuś miły...
Kruk poderwał się na nogi:
— Cud-królewno, zbądź się trwogi!
kruk ma łeb nie od parady,
zaraz leci na wywiady
i kpem byłby, gdyby wkrótce
nie miał wieści o Sobótce.
Niech się pani ma nie smuci,
Kruk z pierścionkiem wlot powróci.
Cześć ci składa sługa wierny!
Błysnął frendzli splot misterny,
drgnęły fałdy u kotary,
i jak widmo znikł kruk stary.
Słucha wróżka w szklanej sali,
jak szum skrzydeł cichnie wdali.
I tak marzy drżąca, trwożna:
— Gdybyż tak zobaczyć można
gdzie jest moja niezabudka,
okrąglutka, mała Butka!
Gdybyż ujrzeć choć zdaleka,
co maleńką w domu czeka?!
Czy co dziecku się nie stanie,
gdy ją ujrzą w tej przemianie?
I co powie dzidzia słodka,
jeśli mego kruka spotka?
Gdy tak stoi, cisnąc czoło,
i o los Sobótki pyta,
nagle jasne, świetlne koło
u jej drobnych stóp wykwita.
Księżyc swoją tarczą zbladłą
w krągłe zajrzał przezieradło.
(W dawnych czasach takie miano
nader trafnie lustrom dano.)
Pamięć jakiejś tajemnicy
twarz rozjaśnia Cud-dziewicy.
Przyciskając dłonią serce,
cicha, lekka jak widziadło,
sunie zwolna przez kobierce
i zdejmuje z ścian zwierciadło.
Jeśli pamięć jej nie myli,
w lustrze owem w każdej chwili,
ujrzeć może, co się plecie
na dalekim, ludzkim świecie.
Byle zbudzić moc zaklętą,
na pieczęci siedm zamkniętą!
Bije serce Cud-dziewicy,
w lustrze topi błysk źrenicy.
Włosów wonnych aureola
jej przecudną twarz okola.
W czarnoksięskich zmagań walce
prężą się jej zwinne palce...
Kreślą dziwne jakieś znaki:
koła, węże i zygzaki.
Rozchylone krwawe wargi
szepcą groźby, szepcą skargi.
zemrząSzemrzą wciąż tą samą nutką:
— Mów, co dzieje się z SobótkąSobótką.
Owe prośby i rozkazy
wróżka siedm wyrzekła razy.
I zbudziła moc zaklętą,
na pieczęci siedm zamkniętą!
Ze zwierciadła tafli szklistej
trysnął iskier snop ognisty.
Lustro głośno zachrapało
i wyrzekło z miną gniewną:
— Cóż się tam u licha stało?
Czego budzisz mnie, królewno?
— Przez czarodziejstw moc zwycięską
moc magiczną, czarnoksięską,
rozkazuję tobie krótko:
— Mów, co dzieje się z Sobótką!
Czeka chwilę Cud-dziewica —
w lustrze tworzy się mgławica.
Lustro sapie, mruczy, stęka,
a wtem pieczęć siódma pęka,
i na czystem szkle bez skazy
ukazują się obrazy.
Mkną po tafli zwierciadlanej,
barw tysiącem malowanej.
Jakby w bajce, jakby w kinie,
wszystko widać w tej godzinie.
A co więcej... w nocnej ciszy
Cud-królewna głosy słyszy.
Z lustra głosy płyną do niej,
jak w najlepszym gramofonie.
Wszystko, wszystko, co się plecie
na dalekim, ludzkim świecie —
wszystko, coby wiedzieć chciała,
widzi, słyszy wróżka biała.
............
Płynie księżyc coraz bladszy,
Cud-królewna w lustro patrzy.