CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaAdam Naruszewicz

Adam Naruszewicz · Ilustración

Reduty

polaco

Minął stary mięsopust, minęły ostatki,

Pozamykać kazali księża mięsne jatki;

Śledzie tylko a stokfisz wzywa do pokuty.

Cóż to? czy się i w poście nie kończą reduty?!

Groza, zemsta, zgorszenie, grzech nieodpuszczony!

Wołaj, ojcze Pafnucy, co gardła z ambony.

Pełno masek po mieście, że zaledwo prawie

Trzecia część w bałamutnéj nie chodzi Warszawie

Gdzie stąpisz, to twarz obca; rzadki człowiek, coby

Rodowitéj maszkarą nie ukrywał doby;

A w czym stan, przyrodzenie i wiek jego płaci,

Wyrytéj twórczą ręką trzymał się postaci.

Chudoba się w przepysznych złotogłowach pisze,

Głupcom się filozofskie z brody bielą wisze.

Białki siedzą na koniach, a co chłop, to baba:

Serca pasz, statku mało, myśl i ręka słaba.

Starcy się przedzierżgnęli w dzikie Pantalony,

Z młokosów arlekini z lisiemi ogony.

Na księżach Bachusowe porosły jagody,

Nosy jak winogrady, brzuchy gdyby kłody.

Płochość, duma, interes bal tu wieczny dają;

Skacze Polak na jednéj nodze, obcy grają.

Owo świat się przewrócił, czy téż ludzie na niem:

Jak widzę, wkrótce innym stworzeniem się staniem.

Nie trzeba szukać Cyrcy w bajecznym Homerze,

Co twarz rozumną w nieme zamieniała zwierzę.

Chcesz widzieć pełne zwierza różnego obory,

Przebież nasze ratusze, pobożne klasztory,

Odwiedź izby sądowe, przedniejsze urzędy;

Pod czapki sobolemi i pod rewerendy

Ujrzysz dziwy; a wołaj, padszy na kolana:

Woły, osły i wszystko bydło, chwalcie Pana!

Śmiejesz się, miły Walku, i słysząc te mowy,

Myślisz pono, że mi się kręci wpośrzód głowy

Mózg zagrzany konewką, lub żem filut stary,

Ciarlatańskie wdział sobie na nos okulary?

Tak-ci to prawdę łają za ostre zaczepki:

Upił się, czy mu w głowie nie dostaje klepki?

Zdrowy-m jest, dzięki niebu, na duszy i ciele.

Przyznał to mój jurysta w Oculi niedzielę,

Gdym fałszował dokument; że rękę od drżączki

Mam wolną do skrobania, a łeb od gorączki.

Ba! owszem, i na dowód oczywisty, że cię

Nie łudzę, staniem oto na bliskim tu trecie,

Gdzie się różne ulice krzyżując, prowadzą

Do zamku i do fary: bo tu się gromadzą

Najliczniéj redutnicy, aby w każdéj chwili

Boga, króla, przyjaciół obłudą zwodzili.

Obaczyć tam najwięcéj w barwianym pozorze,

Hipokrytów w kościele, a zdrajców na dworze.

Owóż masz! Jedzie w modnéj jegomość karocy.

Ma parę takich na dzień, a jednę do nocy.

Co za przepych na koniach! co za szór i siatki!

Mógłby za nie wyżywić i żonę i dziatki

Niejeden biedny rolnik, co się długo pocił,

By pan gnuśny z łez jego grzbiet szkapi ozłocił.

Wygląda, by święta kość z kryształowéj skrzynie:

Po sukniach, ekwipażu i po hojnéj minie

Powiedziałbyś, że to pan. Istnać-to gołota

Kryje się wśrzód jedwabiu i jasnego złota.

Zostawił ci mu ojciec, smażywiecheć szczery,

Jedząc chleb za pieczyste, rzodkiew za selery,

Kilka włości obszernych, jak testament pisze;

Teraz się przy nim został tylko klucz Hołysze,

Wioseczka Pożyczanka z karczmą Nieoddajem.

Reszta poszła, chwalebnym świstaków zwyczajem,

Na oferty miłosne, na smaczne obiady,

Na fabryki rozkoszne z podchlebców porady,

Na dwór z łuszczybochenków nikczemnych złożony.

Jeździł nie wiedzieć po co raz do Barcellony,

Dwakroć do Włoch; dwa razy i Londyn i Bernę

Odwiedził, skąd nam jednę przywiózł ficygernę

Z kilką modnych wachlarzów. Wionęły pieniądze;

Pycha tylko została i niesforne żądze,

Jakby dawną utrzymać choć w nędzy figurę.

Zaledwo mu dłużnicy nie obedrą skórę.

Niémasz kupca, patrona i klauzury mniszéj,

Lub kędy utajony kapitalik dyszy,

Żeby go nie wymodlił, wypłakał, wymęczył.

Czy mu kto lada łajdę i błazna nastręczył,

Że ma sumkę z szachrajstwa długiego nabytą,

Czy piwkiem robi sobie zysk i akwawitą:

Wnet doń posły wyprawia o jéj pożyczenie,

Zawinąwszy w papierek honor i sumnienie.

Teraz u kominiarza stu talerów szuka,

U stróża wziął dwanaście, dziesięć u hajduka,

Dziesięć z płaczem wycisnął, co pod świętym Janem

Przedaje baba krupy, siedząc pod straganem.

Ten, co był wczoraj u nas, czy ongi, zda mi się,

Jego-to z pod delii żyd przetrząsał rysie;

Lokaj nosił komodę z angielskim stolikiem,

Rajfura jakiś tacę i kubek z imbrykiem;

Murzyn pierścień machlował, a w galony modnie

Szachowane wisiały na ulicy spodnie.

Szedł krawiec, a nie wiedząc zażalony, co rzec,

Westchnął nabożnie: „Tenże-to wisi proporzec,

Com go uszył niedawno hrabi jegomości?“

Chciał go drągiem do dyabła poszarpać ze złości,

By respekt nie oddalił zuchwalstwo niezbożne;

Że to przecie powłoki są jaśniewielmożne.

Czym jeździ, w co się stroi, gdzie mieszka, czym płaci:

Cudze-to są nabytki, jak owa w postaci

Nadobnych się piór kawka próżna chlubą jeży.

Ano, gdyby tu każdy do swojéj łupieży

Rekę ściągnął: szewc zerwał niepłatne trzewiki,

Kupiec porwał za suknie, szmuklerz za guziki,

Włoch czuprynę znienacka nabawił napaści,

Że mu z pudrem pachnącéj nie zapłacił maści;

Więc i drudzy dłużnicy poczęli się srożyć:

Możnaby go, jak świątka, na ołtarzu złożyć,

Że światowych marności nie chcąc daléj zażyć,

Dał się z pana odartus zupełnie obnażyć.

Jeden sposób ratować nikczemne bankruty

(Wszak w jednéj chodzą sforze chciwość i rozrzuty)

Mąć prawa, zniżaj lichwy, zdzieraj wszytko gwałtem:

Przyjdą-ć z cudzéj chudoby pieniądze ryczałtem.

Najlepiéj kiełby chwytać, pomąciwszy wody.

Łotr złotem, wilk połyska szercią z cudzéj szkody.

Znowu się nadmiesz pierzem, gołoto obrzydła,

Wyrwawszy polskim ptakom i ogon i skrzydła.

Najpewniejszy-to sposób do wszytkiego mienia:

Chciwość, przemoc bez kary, rozum bez sumnienia.

Czy widzisz, jako za nim huczny junak czesze,

Mars z uczu, jak ze skałki skry wojenne krzesze.

Strach mu po lewéj ręce, a rozbój po prawéj;

Pewnie się do walecznéj zabiera rozprawy.

Dał parol pod Marymont: ni ustąpi kęsa,

Póki się przeciwnego nie narąbie mięsa.

Sierdzisty-to bohatyr i niezwyciężony!

Widziałem, kiedy błotem z dachu gonił wrony,

Żyd mu z drogi ustąpił; a jak ciął bułatem,

Sto głów spadło pokrzywnych pod jego palcatem.

Jednę krysę od konwi nosi znak pijaczy,

Drugą wziął, gdy włosienie rwał z ogona klaczy.

Kawaler też nie-lada: gdy koń pod nim stąpie,

Łydki mu się kołacą, jak na żerdzi kąpie;

Siedzi na nim, by ów ptak wronopopielaty,

Co szczeciste w korycie ujeżdża bachmaty.

Mina gęsta, a serce... chyba przyjdzie kiedy

Bezbronne na sejmiku uganiać czeredy,

Albo krzesać szabelką na ulicy, póki

Z runtem kozozaciężnym nie nadejdą kruki.

Przy kuflu za ojczyznę łba nadstawia chutnie,

Gotów umrzéć. A czemu? Że mu nikt nie utnie.

Słyszysz, Marsie maskowy, jakie czynią trwogi

Huczne kotły nakoło i miedziane rogi?

Już Tatarzyn w granicę puścił swe zagony,

Wsie pali, zdziera domy, młode gwałci żony!

Czas ruszać; siodłaj konie, bierz się do szyszaka!

Lecz ty, pono, z pozoru tylko hajdamaka.

Zachorzałeś; ledwo cię widać pod drylichy,

Albo dyszysz ukryty miedzy bure mnichy.

Przyszło ci się w karmniku zgniłym życiem bawić,

Gdy za kraj i monarchę trzeba pierś nadstawić.

Zrzuć tę larwę, nieboże! Lepiéj się umieści

Kaptur na twojéj głowie, lub kornet niewieści.

Oddaj dzikim Sarmatom kiryś i przyłbicę;

Były pod ich szabliskiem nietknięte granice,

Kiedy zgodni, porządni, twardo wychowani,

Miłośnicy swych królów i wierni poddani,

Bez ślifów i oliwek, choć w prostym paklaku,

Panowali od źrzódeł Dniepru do Krępaku.

A to co za parada wali niezliczona?

Jest-to pierwszy minister króla Faraona.

Idzie z pocieszną wieścią do pana, iż więcéj

Pobił dusiów w Warszawie, niźli sto tysięcy.

Tu wiecznéj plac potyczki, jak Chocim i Żwaniec,

Gdzie się zawsze z Polaki ucierał pohaniec.

Ma nasza młódź waleczna, ciągnąc z każdéj strony,

Moc kruszcowych rekrutów na karciane gony.

Już się téż ich przebrało: za granadyery

Dukaty wprzód stawały i mężne talery;

Teraz tylko złotówki; przecież je zaciąga.

Wkrótce nie będzie widać na placu szeląga.

Kmiecie, żydy, przekupnie, kupce, miast mieszkańce,

Wszystkich-eśmy złupili na takie wybrańce;

Choć srodze marnotrawiąc krajowe dostatki,

Wrzeszczymy, kiedy przyjdzie mowa o podatki.

Nie widziałeś takiego, jako żyw, widoku.

Ten, co kijem uprząta ciekawego tłoku,

Piorąc zawadne chłopy ze drwami i słomą,

Jest-to dworu ministra Pamfil major-domo.

Za nim po amazońsku wysmukłe, jak lalki,

Piątki, szóstki, dziewiątki, ósemki i kralki;

Toż tryszaki, kwindecze, karczmy, pancerole

I lombry i trysety walą w raźnym kole;

Niżniki za lokajów, sążeniste asy

Z długiemi za karetą stoją szabełtasy.

Kinal siedzi na koźle, a od złota rzędne

Ciągną zwycięski rydwan dwa tuzy żołędne.

Pozad pełno hałastry nadwornego znaku,

Nędza bosa, bez czapki, w odartym kubraku;

Brudne przeklęctwo, rozpacz z czołem w ziemię wrytym;

Zwada z bindą na głowie, a okiem podbitym;

W jedwabnych rękawiczkach złodzieje i zdrajce,

Podłość w burce, a kłamstwo w mienionéj kitajce.

Nakoniec strata czasu, kredytu i sławy,

Gotowa od dłużników uskrobać z Warszawy.

Owóż się na ulicy słodko z mnichem wita

I w szkaplerz go całuje: jest to hipokryta,

Jaki mógł być na świecie; że księdza Dryganta

Często winkiem podsycił, obił predykanta,

Utopił dwie czarownic, a wierzy w upiory;

Gmin mu za życia świętych wyrządza honory.

Bodaj tymże, co postać, myśl chodziła tokiem,

Oczy nie szły za niebem, ręce za tłomokiem!

Słyszałem, jako sypie na klasztor jałmużny,

A drzwi każe zamykać, będąc kupcom dłużny.

Na jednych liczy gałkach procent i pacierze:

Dziesięć zdrowych, a od sum po piętnaście bierze.

Szarga sławę bliźniego zaraz po koronce;

Gorszy się, a sam w cudzéj kwerenduje żonce.

Piątek suszył o grzankach, pił jak byk w niedzielę;

W wieczór był na Nalewkach, a rano w kościele.

I to, mym zdaniem, idzie pan maska nielada,

Co się być przyjacielem każdemu powiada.

Ogon węgorzy w ręku, wietrznik na stodole,

Bocian lata miłośnik, słodki kwas w rosole.

Ni ciepły, ani zimny; na dzień kilka razy

Odmienia się, jak owe u Włochów obrazy,

Co mu głowę wywrócisz, to twarz zawsze ina:

Gdzie była pierwéj broda, tam leży czupryna.

Chwalca cnoty, u kogo tuczne sosy zjada,

Jutro nań u innego stołu opak gada.

Rękę ściska, gazetne w ucho baśni kładnie;

Maca, aż co z języka biednemu wypadnie.

A z tym lecąc pędziwiatr od kąta do kąta,

Mniemanym przyjacielstwem serca ludzkie pląta.

Potrząsa charakterem, jak żyd starym fantem;

Wczoraj był rojalistą, dziś republikantem.

Słowa mu na dwór ciekły, jako z pełnéj beczki;

Dziś chwali: jezuickiéj chce mu się wioseczki.

Napisał panegiryk; a gdy się zawiedzie,

Krzyknie: niémasz tu zasługi i do Włoch pojedzie.

Miły chamaleonie! co-ć do jednéj skóry

Lgnie kolor czarny z białym, z granatowym bury,

Bądź mi nieprzyjacielem oczywistym raczéj;

Nie będę patrzał na cię, ni trzymał inaczéj.

Nie podlewaj mi cukrem mąki napół plewnéj:

Lepszy nad słodką zdradę nieprzyjaciel pewny.

Lepsze nad obustronny ołów stalne harty;

Wpadłem w dół słomą kryty, minąłem otwarty.

Idź z Bogiem, zwodna masko, a daj miejsce drugiéj!

Owóż jedzie madama romelskiemi cugi.

L’abbé siedzi na przedzie; na bal musi śpieszyć.

Właśnie w szczęśliwym kraju jest się z czego cieszyć.

Dzięki tobie, płci słodka, że nie czujem przecie,

Jako nas z każdéj strony los przeciwny gniecie.

Śmiech serca opanował sardoński: przy zgonie

Cieszym się; brzęczy mucha, kiedy w miodzie tonie.

Zdjąwszy z berła strach kary i cnoty ochronę,

Bierzem z niego płochości z nieczulstwem zasłonę,

Jakby promień słoneczny mógł blaskiem połudnym

Strzelać dzielnie, zakryty chmur płaszczykiem brudnym.

Z łaski waszéj na nowo mamy świat stworzony.

Gdy w pierwszéj niewinności spólne były żony,

Żaden się nie obawiał, że wilk kozy dusi.

W cieniu z duszkami swemi leżeli pastusi.

Wstyd jest karą sumnienia; u nas go niewiele:

Nałóg z występków cnoty porobił modele.

Wy nas mądrym bawicie często świegotaniem,

Gładząc umysł sarmacki różnych znajdowaniem

Rozrywek i mód przednich; jak pieskliwie śpiewać,

Kształtne dobrać guziki, raźne szaty wdziewać,

Udawać na teatrach i zwykać powoli,

Że nas zdrajcą, szalbierzem, gnuśnym być nie boli.

I tyle czucia mamy na ojczyste zgony,

Jak ten, co z teatralnéj wychodzi zasłony:

Udawszy bajkę obcą, więcéj łzy nie kanie;

W równych względach u niego Polska i Trojanie.

Już dziś nie słychać kotłów i chrapliwéj miedzi;

My tańczym, biją w bębny ogromni sąsiedzi.

Tam Mars, u nas Wenera; rzadko widziéć, aby

Który z młodzi szlachetnéj końskie cisnął schaby.

Rozpieszczone ciałeczko utłacza karety;

Fartuch u niéj chorągwią, proporcem kornety.

Lecz widzę, że przeczekać téj parady trudno:

Napasłeś wzrok i umysł procesyą nudną.

Miły Walku! czas siodłać konie, a do domu

Śpieszyć dla siania hreczki, choć dyabeł wie, komu.

Sigue explorando

Por su autor
Adam Naruszewicz · 143 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Rada zwierząt (Naruszewicz)Równość po śmierci →

Expediente

Autor
Adam Naruszewicz
Título
Reduty
Lengua
polaco
Época
Ilustración
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-reduty--adam-naruszewicz-9089ce
Cita recomendada
Adam Naruszewicz, «Reduty», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-reduty--adam-naruszewicz-9089ce.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.