CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaWiktor Gomulicki

Wiktor Gomulicki · Modernismo

Pustkowie

polaco

Ani drzewa, na którem wiatr wygrywać umie,

Ani zdroju, co skargę w cichym kryje szumie,

Ani gwiazdy, patrzącej z poza krzewów sieci,

Ani ptaka, co z pieśnią do kochanki leci,

Ani słońca umarłych za krepą obłoku

Nie dojrzysz tu, w półświetle jesiennego zmroku.

Ciemna, pusta równina. Gdzieniegdzie na ziemi

Głaz się bieli, chwastami zarosły dzikiemi;

Gdzieniegdzie przebiegają myszy rudowłose,

Lub wilgotna ropucha czołga się na rosę;

Gdzieniegdzie, do nocnego podobna włóczęgi,

Pełznie żmija, w brunatne malowana pręgi,

A wśród zielska, jej oko tak połyska krwawe,

Jak pierścionek z rubinem upuszczony w trawę.

Na środku, czarną masą wyrosły z poziomu,

Jak garb, sterczy w ciemnościach dom — raczej: trup domu.

Straszna jest wrzawa bitwy, na którą się składa:

Ryk armat, potężniejszy, niż ryk lwiego stada,

Trąb grobowe mruczenie, wrzask pijany ludzi,

Którym w piersiach szakalów drapieżność się budzi,

Rannych jęk, krzyk zwycięzców, i w krwawej kałuży

Konających chrapanie. Strasznym jest zgiełk burzy,

Kiedy przy deszczu świateł i gromów ulewie,

Druzgocze puszcz olbrzymy: dęby i modrzewie,

Kiedy ze skał wierzchołka gniazda orłów zrzuca,

I wyje, jakby miała psie lub wilcze płuca!

Kiedy ogniem wypala swej drogi koleje,

Oczerwienia się szałem, łzy wściekłości leje,

Niebu grozi, tytanów uniesiona pychą,

A chwilami bezsilna, mruczy i łka cicho...

O tak! straszna jest burza, konwulsja żywiołów,

Ze sforą głodnych wichrów idąca na połów!

W czarną ziemie gdy sieje ludzi białe kości,

O tak! straszną jest wojna, konwulsja ludzkości!

A jednak, nad te siły, których grozę zmniejsza

Nadzieja, złote bóstwo — stokroć jest straszniejsza,

I stokroć więcej złego wyrządza na ziemi

Cisza, — upiór z ustami wiecznie zamkniętemi!

Ciszą jest przypływ morza, gdy topi milczące

Setki ludzi i siedzib rybackich tysiące;

Ciszą jest ludzi-kretów fałszywa oświata,

Gdy miny zakopuje pod budynek świata;

Ciszą zbrodnia, nim chwyci żelazo zabójcze,

Ciszą rozpacz, nim przejdzie w myśli samobójcze,

Ciszą grób.

Dom ten w mroku, na pustej równinie,

Cichy jest.

Z piersi domu na zewnątrz nie płynie

Krzątających się ludzi szmer, tak sercu drogi;

Bez świateł jego okna i bez gwaru progi;

Wróbli sennym świergotem nie przemawia strzecha,

Nikt nie śmieje się, pieśnią nikt nie budzi echa,

Nie słychać szeptu starców, ani krzyku dzieci;

Ściany milczą, dach krokwi rusztowaniem świeci;

Drzwi wybite, podobne wykłutemu oku,

Patrzą czarnym otworem w nieskończoność mroku,

A z okien, na powietrzu rysujący koła,

Wylatuje nietoperz...

Ach! pióro nie zdoła

Odtworzyć tej zepsutej grobu atmosfery,

Jaka wisi w tych miejscach; słowa ciasne sfery

Nie pomieszczą wielkiego boleści ogromu,

Co, jak mgła z trzęsawiska, wstaje z tego domu

I kamieniem tęsknoty na serce opada.

Pióro ciemno rysuje, a słów barwa blada!

Chyba dźwięk, idealny tłómacz wyobraźni,

Co uciech obietnicą jak syrena drzaźni,

I różami zakrywa ziemskiej drogi ciernie —

Chyba dźwięk, nerwów władca, potrafiłby wiernie

Ciałem sztuki przyoblec tę marę boleści —

Lecz musiałby wprzód zabić każdy ton, co pieści,

Każdy akord, co słodkim przemawia urokiem,

I jak mniszka welonem, zasłonić się mrokiem;

Lecz musiałby wziąć w siebie wszystkie smutku głosy:

Szmer, którym na mogiłach płaczą suche wrzosy,

Głos dzwonu, co za zmarłych modli się wieczorem,

Jęk wichru, łkającego w lochach pod klasztorem,

Nutę psalmów pokutnych, rzewne łzy sieroty,

Szept więźnia, co do murów przemawia z tęsknoty,

Cyprysów szum, puszcz wielkich ponure pacierze,

Płacz dziecka, które anioł z kolan matki bierze,

I wreszcie ten chór jęków, jakim w nocnej ciszy

Ziemia mówi do Boga...

Duch mój słyszy, słyszy

Tę olbrzymią melodję, co do światów Pana

Płynie, laski prosząca i łzami zalana —

Słyszy ją, lecz powtórzyć napróżno się sili!

O Panie! czyżby dom ten, tak martwy w tej chwili

Nigdy nie znał dni jasnych, śmiechu i wesela?

Czyż zawsze był tak smutny, jak ascety cela?

Czyż zawsze był tak niemy, jak głaz na mogile?

Zaprawdę nic! I on miał szczęścia rajskie chwile,

I na niego blask siała jutrznia złotowłosa,

I nad nim gwiazd lampami płonęły niebiosa —

Bóg dał mu cząstkę siebie, bo wszystko stworzenie

U tego ojca światów w jednakiej jest cenie,

Dopóki nie pobłądzi i nie umrze w Bogu.

O! ileż razy pewnie, na tym niskim progu,

Młoda matka, w promieniach zachodniego słońca,

Z niemowlęciem u piersi stawała marząca,

Kiedy wietrzyk na skrzydłach przynosił jej z pola

Żniwiarki pieśń, żałosną, jak wieśniacza dola;

Kiedy róże w ogródku, rosą operlone,

Pochylały się w słońca gasnącego stronę,

Jakby rade mu były szepnąć: do widzenia;

Kiedy ziemia leżała w szachownicy cienia,

Który złotem przesiane rzucały topole;

Kiedy zwolna wypływał nad ogród i pole

Księżyc, a przy nim mała, niby giermek, gwiazda

Zapalała skrę srebrną; kiedy ptak do gniazda,

Dzień do morza, a pasterz wracał do rodziny;

Kiedy na białej ścieszce zjawiał się jedyny,

Razem mąż i kochanek, i twarz uznojoną

Uśmiechem opromieniał, witając się z żoną,

Która mu koralowe nadstawiała usta...

O! ileż razy pewnie przestrzeń ta, dziś pusta,

Napełniała się ptaków i dzieci szczebiotem;

Ileż razy ją słońce obrzucało złotem,

Poranek mgłą, a rosa perłami drogiemi;

Ileż razy, z tej płodnej, dziś półmartwej ziemi,

Wyrastał kwiat czarowny, co przez długie chwile

Pięknością swą przywabiał pszczoły i motyle,

Ileż razy w tem miejscu dwoiła się w echu

Nuta cichych pacierzy i głośnego śmiechu!..

Wówczas dom ten, zakryty lip kwitnących wiankiem,

Człowieka i natury czułym był kochankiem,

I świętych obrazami stroił izby swojej

Wówczas po jego ścianach pięły się powoje,

A gołębie miłośnie gruchały na dachu;

Wówczas cały się kapał w rezedy zapachu

I cały się rumienił w lunach letniej zorzy;

Blasku pełny był wówczas, anielski i boży —

A dziś...

Spytaj pasterza: czemu, gdy zdaleka

Przyjdzie tu ze swoim stadem, czemprędzej ucieka,

Jakby mu w oknach pustki szkielet mignął z kosą?

Spytaj Wiochny, dziewczęcia z główką złotowłosą,

Czemu, kiedy znęcona fijołków zapachem,

Aż tu po nic zabłądzi, cofa się z przestrachem,

A twarz jej tak się mieni i serce tak bije,

Jakby na jadowitą nastąpiła żmiję?

Spytaj swego woźnicy, czemu, pełen trwogi,

Żegnając się, z pośpiechem mija dom złowrogi,

I słowami modlitwy nieszczęście odgania?

Spytaj! — Z tajemniczego ich opowiadania

Dowiesz się, że w tym domu, co mrokiem nakryty,

Ziemi świętą pierś kala, jak grzyb jadowity,

Gnieżdżą się wiedźmy z lasu, upiory z cmentarza —

Wszystko, co noc natury z ducha nocą stwarza!

O muzo! gdy ten obraz kreśliłaś przedemną,

Ból z mej piersi w westchnieniu wybiegał głębokiem

I dusza chmurą smutku zachodziła ciemną...

Bo myślałem w burzliwej uczucia rozterce

Głębie ducha badawczem rozwidniając okiem,

Że ten pusty dom — puste wyobraża serce!

Sigue explorando

Por su autor
Wiktor Gomulicki · 196 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Psalm XLIPytanie (Bóg nic już dziś nie stwarza...) →

Expediente

Autor
Wiktor Gomulicki
Título
Pustkowie
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-pustkowie--wiktor-gomulicki-b9f3a6
Cita recomendada
Wiktor Gomulicki, «Pustkowie», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-pustkowie--wiktor-gomulicki-b9f3a6.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.