Rach-ciach! ciach-ciach!... — Pst! nie można!
Świr!... świr!... — Cichoj, bo rzecz zdrożna!
Ojże moja!... — Nie wypada!
A tu dusza śpiewać rada,
A tu jeszcze w piersiach dzwoni,
Za dziewuchą oko goni;
Jeszcze serce lgnie ku Kachnie,
Choć już śledziem w izbie pachnie,
Choć co olej, to nie sperka,
Za dziewuchą człowiek zerka!
Choć natura w chłopie słaba,
Post czy nie post — duchem baba!
Rach-ciach ciach-ciach!... Będą smaki...
Przyniósł Maciek dwa mleczaki;
Świr! świr! strzepnął po cholewie:
„Naści, Kasiu! niech nikt nie wie...
Ojże moja, skarby, słonko,
Nie wstydaj się, przetrąć dzwonko;
Smakowity aż zeń cieknie...
Naści! póki proszę pięknie;
Chwyć od główki, to się nadrze...
Bo ci wsadzę za zanadrze,
Bo cię śledziem wysmaruję
I matula wnet poczuje!“
Rach-ciach!... Maciek wedle Kasie —
Śledzia w garści, oną w pasie!
Świr... świr!... siedzą sobie w kupie,
Przekąsając, że aż chrupie;
Gęba dwie ma aż roboty —
Bo i jadło i zaloty,
Lecz widocznie jej lubuje,
Bo co przełknie, to całuje,
Co przekąsi, co się naćka,
Maciek Kaśkę, Kaśka Maćka,
Nie żałują sobie smaku
Ni w miłości, ni w mleczaku!
EL.