Niewiasto młoda, bądź błogosławiona,
I niech Pan Bóg błogosławi
Niemowlątku, co się bawi
U twego łona!
Pozwól mi na tym zrębie opoki,
Złożyć z siebie
Podróżne tłomoki
I odpocząć blizko ciebie.
Gościu! jakie was rzemiosło
W takim lata upale,
Po tej piasczystej skale,
Aż w nasze strony zaniosło?
Może wy kupcem jesteście,
I z towarami nabranemi w mieście
Zwiedzacie sielan mieszkania?
Gościu! ty z mego śmiejesz się pytania?
Towarów nie mam. Idę w blizkie miasto.
Już wieczór dzienną ochłodził pogodę,
Pokaż mi, śliczna niewiasto,
Krynicę zkąd pijesz wodę?
Tam, kędy skały wyżyna
Idź daléj... a ta drożyna
Wiedzie do świetlicy
GdzioGdzie mieszkamy,
Do krynicy,
Zkąd wodę mamy.
Widzę, przemyślnej ręki ludzkiej ślady,
Pośród zarośli cienia:
Bo nie mogła skał związać w tak porządne składy
Rozrzutna dłoń przyrodzenia.
Daléj, wyżéj...
Mchu powłoka
Okryła sklepienia łuki;
Poznaje ciebie twórczy duchu sztuki:
Twą pieczęć nosi opoka.
Daléj, pielgrzymie...
Tu depcę napisy...
Daremnie czytać, zatarły się rysy,
Któremi twórca tej arcy sztuki
Chciał swą pobożność wsławić pomiędzy prawnuki.
Pielgrzymie! ciebie zadziwia
To na kamieniach rosnące ziele?
Tam wyżej, gdzie się droga zakrzywia,
Jest przy mej chacie kamieni wiele.
Wyżéj?
Zaraz na lewo,
Gdzie wśród krzaków wyższe drzewo.
Tu!
O Gracye! O Muzy!
Widzisz naszą gospodę?
Świątyni gruzy.
Niżéj na boku,
Słyszysz szum potoku?
Ztamtąd czerpiemy wodę.
Dotąd w całej życia sile,
Roztaczasz skrzydła na twej mogile
O gieniuszu dzielny!
Chociaż twoje arcydzieło
W około ciebie runęło,
Tyś nieśmiertelny!
Zaczekaj, zaraz z gospody,
Przyniosę kubek do wody.
Powiewna bluszczu szata
Boskie kształty oplata.
Ze stosu gruzów, jakby ze złamanej trumny,
Jeszcze ku niebu dążycie społem
Dwie bliźnie kolumny.
Tam siostra wasza sama stoi między groby;
Posępny mech nad waszem wywinął się czołem.
Patrzycie z uroczystej wyrazem żałoby.
Na szanowne postaci
Waszych sióstr i waszych braci,
Zwalone pod nogi,
Wbite do ziemi
Między ciernie, między głogi!
Wysmukła trawa powiewa nad niemi.
O! niewdzięczne przyrodzenie!
W takiejże u ciebie cenie
Arcydzieł twych arcydzieło?
Nieczule łamiesz własne świątynie,
I siejesz na ich ruinie
Głogi!
Jak moje dziecię usnęło!
Gościu, czy zechcesz u nas w komorze
Odpocząć, czy tu na dworze?
Jak miły chłodek! Biegę do strumyka;
Weź tymczasem na rękę mojego chłopczyka,
Śpij, me złoto! śpij, mój synku!
Słodki dziecka spoczynku!
Święta niewinność i święte zdrowie
Kołyszą z lekka jego wezgłowie.
O, chłopczyku poczęty
Na świętej przeszłości grobie,
Niechaj przeszłości duch święty
Spocznie na tobie!
Kogo duch jej okryje
Skrzydły czarownemi,
Ten z boskiem czuciem na ziemi
Każdego dnia użyje.
O! ziarnko lube,
Wschodź i wypływaj
Na wiosny chlubę,
I towarzyszów głowy twym majem okrywaj!
A kiedy się kwiat okruszy,
Niech jak z rodzajnego drzewa
Pełny owoc wypłynie z głębi twojej duszy,
I przed oczyma słońca dojrzewa.
Oby życzenie twe spełniły nieba!
Jeszcze śpi mój maleńki?
Do wody na zakąskę niemam nic prócz chleba.
Dzięki i za to, dzięki!
Jak tu, w koło mnie na całym świecie
Zieloność i kwiecie!
Mąż mój wkrótce powraca
Do chaty; w polu skończyła się praca:
Mój gościu, zostań do wieczora w chacie;
Wieczerzaj z nami
Wieśniakami.
Więc tu mieszkacie?
Tam na gruzach tej wielkiej, połamanej bramy,
Chatka niedaleka;
Ojciec nieboszczyk z gruzu wymurował
I nam darował;
Tam mieszkamy!
Wydał mię za mąż za dobrego człeka,
I umarł na naszem ręku...
A, moja duszko, już spałeś do woli!
Patrz jak wesół, jak swywoli!
A, ty błazenku!
O! ty naturo, wiecznie płodna matko!
Wszyscy żyjący równie tobie mili:
Chcesz aby wszyscy żyli i użyli!
Wszystkich zarówno uposażasz chatką.
Jaskółka górne osiada pałace,
Do gzymsów gniazdo przyczepia,
Nie wie, jakie dłuta prace
Zasklepia.
Gąsiennica przędziwem obwinęła kwiatki.
I w nich na zimę tuli swoje dziatki.
A ty człowieku,
Między wspaniałe wyłomy
Przeszłego wieku,
Nikczemne domy
Stawisz sobie:
Używasz życia na grobie. —
Bywaj mi zdrowa szczęśliwa niewiasto!
Koniecznie chcecie iść w miasto?
Niech łaska Boga
Ciebie i dziecię w zdrowiu i szczęściu zachowa.
Bądź zdrowa!
Szczęśliwa droga.
Tą ścieżką z prawej strony,
Jeśli się nie mylę
Trafię do miasta?
Tak jest, do Werony.
Jak stąd daleko?
Dwie mile.
Bądź zdrowa!
Przyrodzenie, wzywam twej opieki,
Na przeszłości mogile
Zbłąkany pielgrzym daleki;
Ty przed północy powiewem
Prowadź mię w ciche ustronie,
W południe okryj mi skronie
Laurowem drzewem.
A gdy z dziennych trudów końcem
Wrócę na spoczynek
Do mej chatki, zachodniem ozłoconej słońcem:
Niech mnie powita,
Taka piękna kobiéta,
I taki na ręku synek!