CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaLudomił German

Ludomił German · Vanguardias / s. XX

Pieśń o Nibelungach (tłum. German, 1895)

polaco

Weszła wreszcie królewna, jak poranna zorza

Śród ciemnych chmur wykwita: więc wesołość hoża

Zabłysła w sercu tego, co jej zdawna stały,

Kiedy się jego oczy z jej wzrokiem spotkały.

Bije blask od klejnotów, co jej zdobią szaty,

Lecz jaśniejszym lśnią blaskiem rumieńca szkarłaty.

Takiej krasy, tych wdzięków na niewieściej twarzy

Nie zobaczy na jawie, we śnie nie wymarzy.

Jako nad inne gwiazdy świeci blask miesiąca,

Co promieniem srebrzystym ciemnię chmur roztrąca,

Tak ona po nad wszystkie lśni w urody wiośnie:

Młodzi patrzą z podziwem, a serce w nich rośnie.

I mimo podkomorzych, co szli ławą zwartą,

Ten i ów się wysuwa, chęcią nieprzepartą

Pędzony, by ją ujrzeć, napatrzeć się z blizka.

Zygfryd i rad był i znów serce żal mu ściska.

Pomyślał: „Czy być może, by węzeł dozgonny

„Mnie te wdzięki przeznaczył? Szał to chyba płonny!

„Ale zrzec się? Nie! Raczej rozbrat z życiem całem!“

To bladł, to znów pokraśniał pod myśli nawałem.

A tak pięknym był dzielny Zygmuntowic ninie,

Jakby go świadom sztuki mistrz na pergaminie

Wymalował, bo szczęściem i trwogą miotana

Cudownym wdziękiem postać zakwitła młodziana.

Lecz już torują drogę dla niewieściej rzeszy.

Cofa się tłum i na bok ustąpić się śpieszy,

Rozradowawszy serce, nasyciwszy oczy.

A grono niewiast skromnie śród rycerzy kroczy.

Gernot zcicha do króla przemówi w te słowa:

„Jest jeden, miły bracie, co wam w sercu chowa

„Miłość i drużbę wierną, toć i nam wypada

„Odwdzięczyć mu się za to, - nie zgorsza to rada.

„Nie zaszkodzi, gdy siostrze Zygfryd się pokłoni,

„A ona go powita. Niech przystąpi do niéj,

„Za usługi niech słowo usłyszy łaskawsze

„Z ust dzieweczki, a ręczę, już on nasz na zawsze!“

Król nie wzbronił, więc kilku podeszło z drużyny

Do Zygfryda, radosne niosąc mu nowiny:

„Za wolą króla cześć was czeka znakomita!

„Przystąpcie, bo królewna głośno was powita“.

Zadrżało młode serce, znikła z czoła bladość,

Owładła duszą czysta, niezmącona radość:

Co w marzeniu tajemnem kryje się i chowa,

Mają ziścić kochanki powitalne słowa.

Zbliżył się hardy młodzian, a jej płoną lica

Rumianą zorzą; wdzięcznie przemówi dziewica:

„Cześć wam, mężny Zygfrydzie! Witajcie nam panie!“

Głośno mu serce biło na to powitanie,

I skłonił przed dziewicą głowę na podziękę.

Stała nadobna para długo ręka w rękę,

Oko w oko spojrzało spojrzeniem głębokiem,

Lecz skrycie, by przed cudzym nie zdradzić się wzrokiem.

Gdy gorętszym uściskiem tkliwego przymierza

Zwarła się rączka biała z prawicą rycerza.

Nie wiem, lecz rozważywszy rzecz, wyznaję szczerze,

By tak nie było, — tego chyba nie uwierzę.

Ni jasny dzionek letni, ni ranek wiosenny

Serca nie oczarują tak, jako płomienny

Żar miłosny, ni wzbudzą taką rozkosz w łonie,

Jak uścisk, co kochanków wiąże z sobą dłonie.

A tam sobie niejeden pomyślał: „Szczęśliwy!

„Żeby tak uścisk jeden jej dłoni życzliwy!

„Jedna chwila pieszczoty przy takiej kobiécie,

„A radbym duszę dla niej poświęcił i życie!

Zapatrzyli się wszyscy na dorodną parę,

Co jaśniała radością i szczęściem nad miarę;

A kiedy pocałunek — (obyczaj pozwalał) —

Złączył ich usta, Zygfryd ledwie nie oszalał.

Król duński stał opodal i sąd wydał taki:

„Ten całus niejednemu da się wnet we znaki,

„Niejeden za to padnie trupem z jego dłoni.

„Niech tam Bóg mojej ziemi przed Zygfrydem broni!“

Tamci wnet pozrzucali przyodzienie całe,

Iż im jeno na ciele gzła zostały białe,

I jak dzikie pantery polem pobieżeli,

Lecz przy zdroju już pierwej Zygfryda ujrzeli,

Co przed innymi pierwszym był w wszelakiej sprawie.

Odpiął miecz żywo, kołczan położył na trawie,

O lipę oparł oszczep, którym celnie ciska, —

Stał dzielny młodzian, kędy zdrój żywy wytryska.

Pokazał, jaką cnotę nosi w sercu swojem:

Tarczę ciężką z ramienia położył nad zdrojem,

Ale choć pragnął wielce i bieg go też zmęczył,

Czekał na króla. Ten mu szpetnie się odwdzięczył.

Woda była czyściutka, dobra do ochłody —

Gunter spragniony zaraz schylił się do wody,

Gdy się napił dość, powstał pokrzepion znad brzegu.

Więc Zygfryd chciał też wody napić się po biegu.

Tu zyskał swojej cnoty plon młodzieniec dzielny.

Hagen miecz mu na stronę uniósł i łuk celny,

Wnet gdzie oszczep stał, biegiem chyżym się przybliża

I na sukni Zygfryda szuka znaku krzyża.

A kiedy rycerz pijąc nad zdrojom zawisnął,

Wbił mu oszczep w to miejsce, aż z rany wytrysnął

Brocząc Hagena suknie, krwawy strumień z serca.

Gdzież kiedy śród rycerzy był taki morderca?

Zbrodzień zostawił oszczep w ranie srogiej tkwiący

I uciekał pośpiesznie z miejsca czynu drżący,

Jako nigdy przed wrogiem nie uciekał w polu.

Zygfryd, kiedy po pierwszym przyszedł do się bolu,

Zerwał się jak szalony od krynicznej strugi,

W plecach sterczał głęboko wbity oszczep długi,

Witeź szukał, gdzie miecz mu i łuk się zatracił.

Byłby Hagen swą zbrodnię wnet życiem przypłacił.

Lecz ni miecza nie znalazł, ani innej broni

I nic oprócz puklerza nie miał do pogoni.

Chwycił tarcz, na Hagena gwałtownie naciera, —

Nie zdołał ujść pogoni wojownik Guntera.

A Zygfryd chociaż ranny walił z taką siłą,

Iż z tarczy się niemało klejnotów wybiło,

Lecąc na wszystkie strony, tarcz poszła w kawały,

Bo krwawej zemsty żądał on witeź wspaniały.

Upadł Hagen na ziemię pod Zygfryda ciosem

Tak silnym, że aż pola zagrzmiały odgłosem,

Gdyby miał miecz, morderca byłby zginął marnie.

Zygfryd wrzał gniewem, straszne bo cierpiał męczarnie.

Zbladł i na nogach dłużej ustać nie miał siły,

Bo moc i dzielność ciała wnet go opuściły,

Kiedy śmiertelna bladość okryła mu lice.

— Nie mało łez wylały stąd piękne dziewice.

Pada rycerz, gdzie kwiaty jaśniały na łące,

Z rany płyną obficie strugi krwi gorące,

Więc gdy nieposkromiony ból mu w sercu wierci,

Łaje tych, co przyczyną byli jego śmierci.

Wołał śmiertelnie ranny: „Tchórze, podli tchórze!

„Mógłżem myśleć, że tego u was się dosłużę?

„Byłem wam zawsze wierny, za toż cierpię ninie?

„Wy gotujecie straszną zakałę rodzinie.

„Ród wasz zhańbion, zhańbione, co się kiedy zrodzi,

„Potomstwo wasze późne, bo tak się nie godzi

„Mścić na nieprzyjacielu krzywdy ni cierpienia!

„Nie godniście uczciwych rycerzy imienia!“

A już na miejsce zbrodni przybiegło niemało

Rycerzy, niejednego serce zabolało!

Kto cenił cześć rycerską, żałował go szczerze,

Jako zasłużył witeź, dzielny w każdej mierze.

I król burgundzki skargi z innymi wywodzi,

A rycerz na śmierć ranny rzecze: „Czyż się godzi,

„By ten kłamał, kto krzywdę wyrządził ochotnie?

„Daj pokój, bo się hańby doczekasz sromotnie!“

Na to Hagen ponury: „O cóż takie żale?

„Żeśmy troski i cierpień pozbyli się wcale?

„Któż się teraz potędze naszej oprzeć zdoła?

„Cieszę się, żem mu dumę starł nareszcie z czoła!“

— „Chełp-że się“, rzecze Zygfryd, „łatwo się naśmiewać!

„Gdybym mógł się zbójeckich zasadzek spodziewać

„Po was, to bym swobodnie żyć mógł i bez trwogi!

„Nic mi też nie żal, jeno Krymhildy mej drogiéj.

„Niech wam Bóg nie pamięta, iż synek mój mały

„Z waszej winy wyrzutu dozna i zakały

„Kiedyś, że skrytobójcę liczył w swej rodzinie!

„Gdybym mógł, na to tylko narzekałbym ninie“.

Jeszcze mówił żałośnie mąż tchnieniem ostatniem:

„Królu szlachetny, jeśli przywiązaniem bratniem

„Chcecie komu usłużyć, pod waszą obronę

„I łaskę wam polecam ukochaną żonę.

„Niechaj od was braterskiej doświadczy miłości.

„Polecam ją książęcej waszej uczciwości.

„Mnie długo będzie ojciec, drużyna czekała —

„Nigdy małżonka większej straty nie doznała!“

Naokoło się kwiaty zbroczyły krwi strugą.

Zygfryd walczył ze śmiercią, lecz walczył niedługo,

Bo go nieubłaganie ranił grot śmiertelny,

Iż nie mógł dłużej mówić bohater on dzielny.

Gdy ujrzeli panowie, iż skonał, więc zwłoki

Położyli na puklerz złocisty szeroki

I radzili, jakiego sposobu się chwycą,

Ażeby czyn Hagena został tajemnicą.

A dzielny Hagen gniewem zdjęty rzecze: „Ano

„Widzę ja, że to wszystko na mnie zgotowano,

„Że na mnie mają miecze ich błyszczące godzić,

„Lecz ci by mi w powrocie nie mogli zaszkodzić.

„Daszli mi pomoc, dzielny druhu mój, Volkerze,

„Gdy mnie napadną tamci Krymhildy rycerze?

„Powiedz, czy dla przyjaźni staniesz w mej obronie?

„Ja wiernie w każdej sprawie będę po twej stronie“.

A grajek mu odpowie: „Wiernie wam pomogę,

„Chociażby król wam jaki chciał zachodzić drogę

„Z całem wojskiem i walczyć: od twojego boku,

„Póki żyję, z bojaźni nie ustąpię kroku!

— „Zacny druhu, niech Bóg was z nieba wynagrodzi!

„Gdy chcą walczyć, niech walczą! Coż mnie to obchodzi,

„Jeżeli mi pomocy nie odmawiasz twojéj.

„Niech przybędą, by w walce swej doświadczyć zbroi!“

— „Gdy nadejdzie“, rzekł grajek, „powstać nie zaszkodzi

„Z ławy, zawsze królowej cześć oddać się godzi.

„Złóżmy hołd jej wysokiej królewskiej godności.

„Jeszcze nikt źle nie wyszedł nigdy na grzeczności“.

— „Nie, nie czyń tego!“ Hagen odrzecze skrzypkowi,

„Bo jeszcze ci rycerze pomyśleć gotowi,

„Iżem opuścił swoje siedzenie z obawy:

„Żaden z nich mnie nie zmusi, żebym powstał z ławy.

„Raczej nam tu pozostać wypada uparcie.

„Po cóż czcić tego, co mnie nie cierpi otwarcie?

„Nie, nie wstanę, dopóki krew mi w żyłach płynie,

„Nie dbam o to, czy bardziej rozsroży się ninie!“

I w nadmiarze zuchwalstwa na kolana kładzie

Jasny miecz, — lśnił zielony jaspis na osadzie,

Przy nim i żywa barwa trawy mdłą się wyda:

Znała ten miecz Krymhilda, był to miecz Zygfryda.

Poznała, odświeżając boleść wiekuistą,

Ową rękojeść złotą i pochwę złocistą,

Wspomniała przeszłość, z oczu strumień łez jej tryśnie.

— Myślę, że to jej Hagen zrobił naumyślnie.

A Volker śmiały ujął swój smyk, bo miał prawie

Kształt miecza, i położył przy sobie na ławie:

Oręż to był potężny, ostry, długi, srogi.

Tak siedzieli obadwaj rycerze bez trwogi,

A serce ich tak dumnie i zuchwale biło,

Iżby ich nic na świecie powstać nie zmusiło,

Ni strwożyć. — A wtem, prawie trącając ich nogą,

Szła królowa: witając rycerzy złowrogo,

Rzekła: „Któż was, Hagenie, zapraszał w gościnę,

„Żeś się ośmielił w moją przyjechać krainę,

„Świadom mej krzywdy? Raczej wam było nie jechać!

„Sam rozsądek wymagał tej drogi zaniechać“.

— „Po mnie nikt nie posyłał“, Hagen jej odpowie,

„Ale byli proszeni na gody panowie,

„Którym służyć winienem ja po lennem prawie,

„A nigdy mnie w ich żadnej nie brakło wyprawie“.

— „Ale pamiętasz“, rzekła, „co było przyczyną

„Mego gniewu i jaką ściągnąłeś go winą?

„Wszak Zygfryda mojego tyś życia pozbawił

„I o nieopłakaną stratę mnie przyprawił“.

— „Cóż o tem jeszcze gadać?“ rzekł. „Na co się przyda?

„Tak, ja jestem ów Hagen, co zabił Zygfryda,

„Pierwszego śmiałka! Musiał przypłacić to głową,

„Iżeś pani Brunhildę obraziła mową.

„Tak, ja się nie wypieram, pani miłościwa,

„Iż cała wina na mnie jedynie spoczywa;

„Więc czy mąż, czy kobieta, — pomstę niech wywiera!

„Jam winien, bo się Hagen nigdy nie zapiera!“

Ona na to: „Słuchajcież, jeszcze mi urąga!

„Nie zapiera się wcale, więc co na się ściąga,

„Wiedzcież rycerze, z tego nic sobie nie robię!“

Lecz tamci spoglądali bezczynnie po sobie,

A gdyby ich zaczepić chciał kto, niezawodnie

Dwaj rycerze w tej walce obstaliby godnie,

Jako w bitwach bez liku już dali dowody,

Lecz trwożnie milczą ci, co przysięgali wprzódy.

Jeden rzekł: „Cóż patrzycie na mnie, jak na dziwo?

„Choć przyrzekłem, nie myślę począć, jako żywo!

„Życie tracić, do tego darem mnie nie zmusi, —

„Królowa, jak uważam, na zgubę nas kusi“.

A drugi rzecze znowu: „I ja powiem szczerze,

„Choćby mi kto ze złota stawiał całe wieże,

„Tobym na tego grajka porwać się nie ważył!

„Straszne jego spojrzenie, — jam to zauważył.

„I Hagena poznaję; znałem doskonale

„Go za młodu, i słyszeć o nim nie chcę wcale.

„W dwudziestu i dwóch bitwach jegom widział czyny.

„Hej, ileż niewiast z jego płakało przyczyny!

„Toć oni z niejednego pieca chleb już jedli.

„Hagen z Hiszpanem owym nieraz tu zawiedli

„Bój dzielny, by królowi czci przysporzyć świeżéj.

„Czołem panowie! Jemu cześć oddać należy!

„Wtedy był jeszcze chłopcem ledwie, nie mężczyzną:

„Dziś mu starość włos bujny sprószyła siwizną,

„Nabrał rozumu, dłoń ta dziś potężniej władnie,

„A w ręku dzierży Balmung, pozyskany zdradnie“.

„Wszakże, cny Rydygerze, zawsze tyś nam mawiał,

„Iż dla nas cześć i życie poświęcisz w potrzebie?

„Ciebie rycerze pierwszym zowią pośród siebie, —

„Więc pomnij na twą wierność, na przysięgę ową,

„Gdyś radził, abym rękę przyjęła Eclową,

„Że mi wiernie usłużysz! Biednaż ja nieboga!

„Nigdy mi nie dokuczy dola równie sroga!“

— „Nie zapieram się wcale, — przysiągłem wam, pani,

„Że dla was cześć i życie chętnie złożę w dani;

„Ale nie przysięgałem, wiecznie gubić duszę;

„Jam tu książąt sprowadził, — bezczynnie stać muszę!“

Ona mówiła: „Pomnij, jakieś śluby składał,

„Iż wiernym zawsze będziesz; iżeś zapowiadał,

„Że pomścisz moją krzywdę na każde żądanie!“

— „Zawszem“ rzecze margrabia, „był na zawołanie!“

Bogaty Ecel prosi, błaga go i biada,

Do nóg królewska para prawie mu upada:

Margrabia stał głębokim smutkiem zasępiony, —

Wreszcie wierny bohater przemówi strapiony:

„Biadaż mi nieszczęsnemu, że mam tego dożyć!

„Mamże koniecznie honor rycerski odłożyć?

„Zrzec się cnót, obowiązków i przykazań Boga?

„Biada! Czemuż mnie raczej śmierć nie porwie sroga?

„Czyli tego się imam, czy owo opuszczę,

„Zawsze się czynu złego, występku dopuszczę,

„A zaniecham oboje, to mnie świat osławi, —

„Bóg, co dał życie, niech mnie z tej matni wybawi!“

Ale król z żoną błaga usilnie i prosi, —

— Stąd też potem niejeden rycerz śmierć ponosi

Z rąk Rydygera, wreszcie i on ginie marnie, —

Walczył, lecz walcząc w sercu straszne czuł męczarnie. —

Widział, iż jeno szkody doczeka i smutku,

Więc radby prośbę króla zostawić bez skutku

I królowej się pozbyć: bał się kogo z gości

Zabić i podać siebie w wzgardę potomności.

Więc bohater królowi do nóg się aż chyli:

„Królu panie; coś nadał, odbieraj tej chwili,

„Bierz grody, lenne włości, niech nic nie zostaje!

„Pójdę, jako wygnaniec, precz w dalekie kraje!“

Lecz król mówił: „Czyż to mnie uchroni od szkody?

„Ja ci na własność ziemię ustąpię i grody,

„Jeno pomóż się pomścić na nieprzyjacielu.

„Będziesz, jak król potężny, władał przy Ecelu!“

Rydyger rzecze: „Jakże poczuć to bez sromu?

„Jam ich jako przyjaciół zaprosił do domu,

„Jam jadło z nimi dzielił, jam pił z nimi razem,

„Dary dawał, — jak teraz grozić im żelazem?

„Niech świat myśli, żem tchórzem, żem pełen bojaźni,

„Lecz jam drużby nie zerwał z nimi, ni przyjaźni.

„Dla królów i drużyny mam też obowiązki,

„Choć mi żal, iżem z nimi ścisłe zawarł związki.

„Dzielnego Giselhera przyjąłem za zięcia,

„Zaprawdę, lepiej wydać nie mogłem dziewczęcia:

„Jest i cześć i obyczaj, dostatek wszelaki, —

„Gdzież jest drugi królewicz młody cnoty takiéj?“

Ale Krymhilda błaga: „Zacny Rydygerze,

„Wobec naszej niedoli niech litość cię zbierze

„Nademną i nad królem. Pomnij, nigdy może

„Gospodarz gorszych gości nie miewał na dworze“.

Więc margrabia jej wreszcie odrzecze w te słowa:

„Dzisiaj jeszcze paść musi Rydygera głowa

„Za to, żem z waszej dłoni doznał łaski tyle.

„Muszę zginąć, daremnie odwlekać tę chwilę.

„Wiem ja, że dzisiaj jeszcze grody, włości lenne

„Opróżnią się, gdy w harce wdamy się wojenne,

„Więc wam żonę polecam i córkę kochaną,

„I tych biednych, co po mnie w Bechlarn pozostaną!“

— „Bóg zapłać Rydygerze!“ król pełen wdzięczności

Rzecze, — oboje z żoną doznali radości, —

„Znajdą opiekę twoi, lecz mam ufność stałą,

„Iż Bóg ci z tych opałów wyjść pozwoli cało!“

Więc i duszę i życie położył na szalę,

Królowa nawet płaczem objawia swe żale —

A on rzekł: „Com ślubował, wzdy dotrzymać muszę!

„Biada mym przyjaciołom! Nierad na nich ruszę!“

Odszedł od króla, — smutek nękał go widocznie,

Ujrzał w pobliżu swoich rycerzy, więc pocznie:

Ilu was jest, do broni! Natychmiast się zbierać!

„Niestety na Burgundów musimy nacierać!“

Naprzód do owej kaźni, gdzie był Hagen, zmierza

I gniewnie wrogiem słowem rzecze do rycerza:

„Jeśli oddasz skarb, co go zagarnąłeś wprzódy.

„Może jeszcze burgundzkie zdołasz ujrzeć grody“.

Lecz Hagen groźny rzecze: „Daremna mitręga,

„Królowo, i słów szkoda! Mnie wiąże przysięga,

„Iż skarbu nie pokażę, póki życia stanie

„Któremu z panów moich; nikt go nie dostanie“.

— „Więc ja to wnet zobaczę!“ rzekła. Za rozkazem

Królowej, brata ostrem zabito żelazem,

Odciętą głowę sama przyniosła za włosy

Hagenowi! - Okropne dotknęły go losy!

Stroskany rycerz, widząc swego pana głowę,

Rzecze, — chciał jeszcze strapić i znękać królowę: —

„Otóż, jakeś pragnęła, tak się dokonało!

„Jakem ja się spodziewał, tak się też i stało.

„Szlachetnego Burgundów władcę śmierć już kryje,

„Giselher młody, Gernot, — żaden z nich nie żyje,

„Gdzie skarb, to między Bogiem a mną tajemnicą,

„Której się nigdy w życiu nie dowiesz, djablico!“

— „Zdrajca!“ — rzekła — „tak chytre twe postępowanie?

„Więc chociaż miecz Zygfryda przy mnie pozostanie.

„Gdy mnie żegnał, ten oręż miał bohater drogi, —

„Z waszej winy ja po nim smutek noszę srogi“.

Wyjęła oręż z pochwy, — on nie mógł przeszkodzić, —

I aby go śmiertelnie odrazu ugodzić,

Podnosi miecz oburącz, głowę jednym ciosem

Odcina, — więc się strapił król Hagena losem.

— „Biada!Biada!“ — zawołał, — „oto śmierć poniósł, niestety,

„Najwaleczniejszy rycerz i to z rąk kobiety!

„Nie było nadeń w boju lepszego junaka!

„Choć to wróg, żal mi, że go śmierć spotkała taka!

A Hildebrand zawoła: „Śmierć tego człowieka

„Na nic się jej nie przyda, cokolwiek mnie czeka!

„Choć mnie niedawno trwogi nabawił śmiertelnéj,

„Przezemnie pomszczon będzie on wojownik dzielny!“

To rzekł i do królowej pełen gniewu skoczył,

Nad Krymhildą miecz jego straszny łuk zatoczył,

Ciężką jej boleść zamysł Hildebranda sprawił,

Krzyknęła, krzyk rozpaczy już jej nie wybawił.

Na ziemi jeno trupy zabitych leżały,

Między nimi królowa, pocięta w kawały,

Dytrych i Ecel łkali, strumienie łez rzewnych

Wylewając po stracie przyjaciół i krewnych.

Owo blaski, zaszczyty, kwiat rycerstwa — w grobie!

Naród za nimi płacze w smutku i żałobie.

Tak się królewskie gody skończyły żałośnie,

Bo z miłości w ostatku zawsze żal wyrośnie.

Co potem było, tego pieśń moja nie powie,

Jeno, że długo potem panie i panowie

I młódź rycerska w ciężkiej płakali boleści. —

— O Nibelungów doli koniec opowieści. —

Sigue explorando

Por su autor
Ludomił German
Dónde vive
La Biblioteca

Expediente

Autor
Ludomił German
Título
Pieśń o Nibelungach (tłum. German, 1895)
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-piesn-o-nibelungach-tum-german-1895--ludomi-german-388bde
Cita recomendada
Ludomił German, «Pieśń o Nibelungach (tłum. German, 1895)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-piesn-o-nibelungach-tum-german-1895--ludomi-german-388bde.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.