CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Pieśń czwarta

polaco

Dąb utrudzone opuścił konary,

Świerszcze sykały, upał był ognisty.

W dębie na ziemi siedział Marek stary,

I na kolanach rozpisywał listy;

A włożył na nos krzywy okulary. 5

A taki był list jeden: — „Mój strzelisty

Afekt i łaska Pana Zbawiciela

Z wami... W nawiasie — Niech was powystrzela

„Moskal i djabeł że się tak kłócicie,

I zostawiacie Bar Moskali pastwą; 10

A choć szlachetne imiona nosicie,

Jest z was ohyda Boska i plugastwo.

Pan Regimentarz zaś sam mianowicie

Który obiecał karmić nas jak ptastwo

Indyjskie, imbier przysyłać, muszkatel: 15

Cierpi że buty dziś je obywatel!

„Venit judicium! Nie odemnie sługi

Usłyszy wtenczas sąd – lecz przed Chrystusem

Zapłaci swoje zaciągnięte długi;

Toż samo Pan Różański co Fabiusem 20

Jest w naszéj partyi, także i ten drugi,

Niech wié że sądu dzień nadchodzi kłusem,

I weźmie wszystkich was jak tuman śmieci.

Piszę to z głębi żalu do Waszeci.“

Takie Xiądz pisał listy pełne grozy. 25

A przy nim moja młoda posłannica

Przelatująca Moskiewskie obozy,

Jak głos od harfy, albo blask xiężyca,

Lub Afrodyta któréj ciche wozy

Przez błękit gołąb niósł i gołębica: 30

Ze świéczką w ręku stała zapaloną,

Od blasku, złotą mając twarz i łono.

Ktoby tam zajrzał: myślałby że który

Z Ojców kościoła siedzi z gołą głową,

I po natchnienie patrzy w ciemne chmury; 35

A zaś Aniołek rączką rubinową

Dotknąwszy białéj jak kamień tonsury,

Wyciąga z głowy tęczę brylantową

Podobną róży z gwiazd, lub pełnéj malwie...

Gdy starzec siedzi na orle, lub na lwie. 40

I w ciemnym dębie było tylko dwoje,

Xiądz z piórem w ręku, ze świéczką dziewczyna;

I tylko świerszcze między drzewne słoje

Wrzały piosenką. Była to godzina

W któréj tak miło pójść nad jasne zdroje, 45

Gdzie słońcu broni przystępu leszczyna;

I na murawie legnąć axamitnéj,

W brzęku motyli, przy wodzie błękitnéj...

Lecz w owe czasy, któż jednę godzinę

Marzył, spokojnie przedumał nad wodą? 50

Któż miał czas marzyć że tak wszystko minie

Jak kwiat będący motylom gospodą?

Jak niezabudka drżąca przy leszczynie?

Jak łza?... jak wszystko co się zowie modą?...

Choć dobra moda była w onych czasach 55

Konfederować się i kryć po lasach!

A jednak i to minęło!... Ojczyzna

Minęła także! i ów wierszyk złoty

Że dla niéj każda smakuje trucizna,

Ów wiersz co niegdyś zachęcał do cnoty: 60

Jest dzisiaj... Każdy mi to pewnie przyzna

Kto w oblężeniu jadł szczury lub koty —

Że ten wiersz bez psów, liszek, bez czajek,

Jest dziś najlepszą z Krasickiego bajek...

A więc niech wszystko mija! — Wstańcie burze! 65

I zwiéjcie mój ślad z téj smętnéj pustyni!

I moje myśli jak łez pełne kruże

Przechylcie, niech je próżnemi uczyni

Czas. — Wszak stawałem na nie jednéj górze

Bliżéj piorunów, niż gadu co ślini 70

Pocałunkami nawet twarz człowieka;

Bliżéj chmur co grzmią — niż ludu co szczeka. —

I dziś od ogniów Boskich w dół zepchnięty,

Z piramid czoła, z wulkanicznych szczytów,

Cierpię — lecz jeszcze gardzę. I ten ścięty 75

Rym, nieraz kąsa was aż do jelitów;

I płynie jako szalone okręty,

Z fal odrzucany do niebios błękitów,

Gdzie mu początek był i koniec będzie,

Gdy śmierć na żaglach okrętu usiędzie. 80

Tym czasem z szumów żeglowych i waru

Myśli zhukanych, jest harmonia dzika;

Którą ja lubię że tak pełna gwaru,

Że czasem jak wąż pośród ruin syka,

Czasem podobna do Aniołów swaru, 85

Gdy błyskawicą letnią się odmyka

Niebo, i znów się zasuną płomienie

Na dziwny duchów świat, skąd szło westchnienie.

A jednak gdyby twoja o! młodości

Żelazna niegdyś wola, dumna, twarda; 90

Gdybym nad sobą miał więcéj litości,

Gdyby mi nawet wskrew nie przeszła wzgarda

Tego co teraz jest i co w przyszłości

Być może: lutnią szalonego Barda

Skruszyłbym, wziąwszy pod zgięte kolano; 95

I nową harfę wziął niepokalaną.

Lecz późno! późno już! Gdzie są słuchacze?

Czy w grobach klaszczą w ręce zadziwione?

Czy urągają? — nie wiém — i nie raczę

Gonić myślami te smętne, stracone 100

Mary. — Lecz nieraz kiedy mi zakracze

Orzeł, lecący na słońce czerwone:

Zda mi się że to jakaś dusza bratnia

Znów odlatuje ode mnie — ostatnia!

Lubiłem takie dusze, dzikie, smętne, 105

Rozokolone na niebie szeroko,

Błyskawicowe trochę, trochę mętne,

Nawet gdy w ciało się straszne obloką,

I w pioruny się rzucają namiętne

Lub nad Safony chwieją się opoką; 110

Lubiłem takie dusze — nie bezkarny!

Wybrednie marząc w różach, kolor czarny.

Dziś uleczony, na pół — lubię róże

Takie, jakiemi je Bóg stworzył, ładne

I wiotkie. — Teraz wam powieścią służę, 115

I w żadne więcéj ustępy nie wpadnę,

Żadną gawędą pieśni nie przedłużę —

Ale też z faktów wam nic nie ukradnę,

Bo wszystko godne jest pamięci wiecznéj,

I wszystko może ujść, w kompanii grzecznéj. 120

Stoi więc w dębie moja mołodyca

Ze świécą — jasne dwa gołębie burczą;

Xiądz pieczętuje sygnetem szlachcica

Listy... Posłuszne się papiery kurczą

W kopertę; z lakiem ożeniona świéca — 125

Mówiąc Delilla stylem — styl tak sturczą

Poeci że dziś gwałtem trzeba z Francyi

Rozumu — jeszcze więcéj elegancyi.

Ożeniona więc świéca z laską laku

Wydała tę łzę, która z tajemnicy 130

Nie da się nigdy odedrzéć bez znaku —

Zwłaszcza jeżeli Moskal, na granicy

Nie czyha na twój sekret o! Polaku,

Z pomocą drugiéj ożenionéj świécy,

I chmur z tajemnic twoich nie uchyla 135

Zdradziecką ręką nocy (styl Delilla).

Już więc Xiądz Marek (tu mnie nie dościgną

Ixy Warszawskie) kochanków zaślubił,

I nim oboje w małżeństwie ostygną

Przypieczętować chciał — już tak naczubił, 140

Już... już... Wtem szable mu po oczach migną!

Xiądz wstał — szczęk wielki był — pieczątkę zgubił,

Ujrzał na ścianach boju stereotyp,

Bowiem dąb w środku był jak dagerrotyp.

Co się więc działo zewnątrz, to się w łonie 145

Suchego dębu odbiło tęczowie.

Był bój, naprzeciw siebie szły dwa konie,

A na koniach szli dwaj bohatérowie,

Nad głową niosąc podniesione bronie,

Szablice; każda jako sierp na głowie. 150

Teraz xiądz poznał, że ci wojownicy

Byli to, z Panem Sawą, Pan Maurycy.

Poznawszy, w duchu rzekł: nie pójdę godzić,

Niechajże sobie trochę krwi utoczą,

To może nadto gorących ochłodzić, 155

Potém z rozwagą większą w ogień skoczą...

Tak mówiąc patrzał: jak chcąc sobie szkodzić

Na ścianach tęczę tworzyli uroczą.

Światłość ich obu owionęła krwawa;

W ogniu, na białym koniu migał Sawa. 160

Spotkali się raz, złożyli nad głową,

I znów ich konie rozniosły szalone;

Za drugim razem, tnąc sztuką krzyżową,

Beniowski, zgrabnie skoczywszy na stronę

Dał szacht tak płytki koniowi nad głową, 165

Że mu z przyciętych uszu, dwie czerwone

Trysły fontanny; — jak rubin się żarzą —

W biegu, nadjechał na nie Sawa twarzą.

Więc się na białym wydawał rumaku,

Mając zalane oczy krwi wytryskiem, 170

Jakby Delfina miał w złotym czapraku

Pod siodłem, który krew wyrzucał pyskiem.

Nie dając jednak najmniejszego znaku

Że był zmięszany tym ostrym dogryzkiem,

Obróciwszy się koniowi do grzbietu 175

Strząsł krew i z olster dobył pistoletu.

Straszny był wtenczas — We krwi co go broczy

Spokojną miał twarz i spokojnie mierzył

Do bohatera pieśni, między oczy: —

I gdyby krzemień był spadł i uderzył 180

W dekę... co skrami pryskając odskoczy —

Pewnieby więcéj mój bohatér nie żył.

Bo sam wyznawał że w szturmaku onym

Widział przybitą kulę czémś czerwoném.

Więc pewnie by ją był duszy oczyma, 185

Jak mówi Hamlet, w czaszce swéj zobaczył,

Gdyby nie dziwne, a dla piso-ryma

Miłe zdarzenie. — Bóg zachować raczył

Człowieka a ja zeń zrobię olbrzyma;

Byle mi tylko czytelnik przebaczył 190

Że empirycznie, minąwszy przyczynę,

Wdałem się w skutek rzeczy, w rąbaninę.

Lecz wpadłszy muszę kończyć. Więc pan Sawa

Lewe przymrużył oko i wycelił,

A zaś powszechnie o nim niosła sława 195

Że nawet pannom, gdy sobie podchmielił,

Wystrzelał korki. — Była to zabawa

Któréj bym wcale z innemi nie dzielił,

Gdybym był panną, gdzieś w szlacheckich dworkach

Pod owe czasy i chodził na korkach. 200

Wycelił już więc prosto, w same czoło,

I palec już giął — gdy nagle... o! dziwy!

Jakoby Irys co rzuciwszy koło

Z tęczy, zlatuje na zamglone niwy:

Lekko jak Anioł, jak ptaszek wesoło, 205

Dzieweczka z dębu dała skok straszliwy,

Skok, na dwa łokcie od ziemi wysoki,

W poezyi mówiąc, skok aż pod obłoki.

Z obłoków spadła, na ów koń ze śniegu,

Na którym siedział Pan Sawa złowrogi; 210

Nim się obejrzał, już na siodła brzegu

Stojąca za nim, jak Olimpu Bogi,

Prosta, i naprzód podana do biegu,

Chwyciła za lejc — i na tylne nogi

Podniósłszy konia z rycerzem do góry, 215

Tak pomięszała go — że strzelił w chmury.

I nie czekając aż poprawi strzału,

Lejcem i głosem zagrzawszy rumaka,

Rzuciła w galop taki pełny szału,

Że galop konia był jako lot ptaka. 220

A ta dzieweczka, by duch ideału,

Stojąc nóżkami na końcu czapraka,

Resztą się ciała — strach przechodzi mrowi! —

Oddała całkiem unieść błękitowi.

I błękit ją wziął tak zrównoważoną, 225

Z rozciągniętemi jako ptak rączęty.

Z włosów, co były na głowie koroną,

Naprzód się złoty zrobił wąż zwinięty

W kłęby, i leciał wraz za tą szaloną,

W połyskujące ją chcąc winąć skręty. 230

I różne kwiaty wyrzucał ze skrętów

Które goniły ją mgłą dyamentów.

Za włosem, i za kwiatami i za nią

Pędziły równym dwa gołębie lotem. —

Nie widzę więcéj, jary się tumanią 235

Dymnéj kurzawy przesłonięte złotem;

W kurzawie rycerz znika z moją panią...

Jeszcze raz galop konia runął z grzmotem,

Jeszcze raz jeździec, na wierzchołku góry,

Jak z ametystu, z płomienia i z chmury 240

Błysnął i zniknął. — Teraz kto wypowie

Uczucia wnętrzne w moim bohatyrze?

Zamiast kul srogich pana Sawy w głowie,

Ujrzał... a tu mu wcale nie ubliżę

Bo wiem że wiedział co są Centaurowie, 245

Przypomnieć musiał więc o Dejanirze:

I miał na twarzy taki wyraz Boski

Jak ten co wiersze pisząc, liczy zgłoski.

Oczy utopił w kurzu obłok złoty,

Gdzie znikał rycerz, koń, panna, jéj włosy, 250

I za włosami, jak dwa papiloty,

Białe gołąbki na dwóch końcach kosy.

I stał i patrzał — gdy z dębowéj groty

Wyszedł ku niemu Karmelita bosy

I przeżegnawszy się Chrystusa znakiem 255

Spytał: „dla czego Waść się bił z Kozakiem?

„O! krwi gorąca! że też ja nie mogę

Utrzymać nigdy między wami zgody!

Oto Pan Sawa znowu ruszył w drogę,

Bóg wié czy wróci, a rzeski i młody. 260

O! młodzi! młodzi! pod waszą ostrogę

Trzeba dać woły najleniwsze z trzody;

Dopóki każdy z was na koniu jeździ

Nigdy się w jedném miejscu nie zagnieździ.

„Skądże wam przyszło żeście tu z jaszczura 265

Dobyli szabel i na konie wsiedli?“ —

Na to Pan Zbigniew: „Oto jest rzecz która

Zwaśniła obu, gdyśmy tutaj jedli

I pili: oto złota minjatura

O którą srogi bój obaśmy wiedli. 270

O taką się rzecz bijemy nie pierwsi;

Ja mu ją Xięże sam zerwałem z piersi.

„A zerwawszy ją chciałem serca dostać

Z pod żeber jego, tą szablą turecką.“ —

Tak mówiąc strasznie miał Marsową postać. 275

A Xiądz: „O takąż rzecz chodziło świecką?

Warto by obu dyscypliną chłostać!

Wstydź się Wielmożny Hrabio! jesteś dziecko!

Tę minjaturę mi dała dla ciebie

Córka Starosty dziś, jak Bóg na niebie!... 280

„Ja zaś, nie mając kieszeni w habicie,

I nie chcąc wieszać tej rzeczy na sobie:

Dałem ją Sawie, by ją schował skrycie,

Aż mi ją przyjdzie na myśl oddać tobie;

A przy tém i list, skropiony obficie 285

Łzami, a w takim pisany sposobie,

Że choć xiądz jestem, w miłostkach nie służę,

Podjąłem się ten list schować w kapturze.

„Oto jest pismo dziś pisane w nocy,

Czytaj Waść! ja tym czasem na koń siędę; 290

Bar potrzebuje dziś mojéj pomocy

Lub go ocalę, lub niebo zdobędę.“

Beniowski blady jak duch o północy,

Już nie uważał na xiędza gawędę;

Ale otworzył list, czytał i wzdychał, 295

Bo ten list w niebo rwał i w piekło spychał.

A naprzód w liście było opisanie

Tego co w drugiéj mojéj pieśni stoi,

To jest: jak zamek wzięto niespodzianie,

Jak go dostano prędzéj niźli Troi, 300

Jak na śmiertelnym już był karawanie

Pan Dzieduszycki, jak w piwnicach broi

Szlachta będąca w zamku na załodze;

Jak Ladawiecki pan zdał rządu wodze,

A sam zamyślał jechać do Warszawy, 305

I córkę z walki uprowadzić pola. —

„O! mój Zbigniewie nie miéj ty obawy“

Pisała Panna „nigdy Ojca wola...

Nigdy ponęta, nigdy przestrach krwawy,

Nigdy szalone szczęście lub niedola 310

Nie skłonią mego serca do odmiany —

Bądź sławny; — jesteś mój — jesteś kochany.

„Odjeżdżam teraz — ale się otoczę

Myślami, kwiatów Podolskich zapachem,

Woniami które były tak urocze 315

Gdy w Anielinkach, pod słomianym dachem,

Ty mię porzucał — a ja ci warkocze

Dałam całować, przenikniona strachem

Abyś mi u nóg nie padł konający:

Tak byłeś blady przy gwiazdach i drżący. 320

„Powiem ci teraz żem się była zlękła

Abyś ty we mnie nie usłyszał głosów,

Z któremi w sercu jakaś struna pękła

Gdy się dotknąłeś usty moich włosów...

Pomnisz, żem w tenczas tak jak dziecko jękła, 325

Chwytałam się szat twoich — drzew i kłosów,

Myślałam że już ginę z światłem, z echem,

I że westchnienie śmierci — jest uśmiechem.

„Kiedy to piszę, słońce wschodzi z wieńcem

Chmur i tak wstydzi mnie, że nie wiem czemu, 330

Cała się zlałam łzami i rumieńcem —

Ty wiesz ja zawsze kwiatowi białemu

Podobna, póki mi był oblubieńcem

Chrystus. — Uśmiechnij się słońcu złotemu,

Bo mi się przed nim łza gorąca toczy; 335

I tak rumieni mnie, jak twoje oczy.

„Niespokojności pełne serce moje!

Smutno mi rzucać te miejsca, te stawy!

Jeżeli kiedy przywiodą cię boje

Aż do mojego zamku, do Ladawy, 340

Każ sobie Panny otworzyć pokoje;

Na oknie stoi filiżanka z lawy,

Rzucam dla ciebie w nią maleńki kwiatek —

Nosiłam go dziś całą noc — bławatek.

„Nie trać nadziei nigdy! nigdy! — kto ma 345

Wolą, ten wszystko pokona — Addio!

Z wyciągniętemi za tobą rękoma

Jeszcze raz wołam ciebie — caro mio!

Przy tobie zawsze będę — niewidoma.

I wprzód mi serce, niż ciebie zabiją. 350

Nie — ty nie możesz zginąć tak jak oni,

Których nie kocha nikt — i nikt nie broni.

„Pytałam dzisiaj staréj wróżki Diwy,

Czy mi Bóg ciebie zachowa i wróci?

Odpowiedziała: że będziesz szczęśliwy, 355

Że się o ciebie wiele duchów kłuci

Czarnych i złotych z tęczowemi grzywy. —

A czyny twoje ktoś na harfie nuci...

Że zawrzesz z królem Indyjskim przymierze —

Nie będziesz temu wierzył — lecz ja — wierzę, 360

„Przepowiadając, mówiła mi stara,

Że widzi ciebie w sankach z wieloryba,

A zaś przy tobie stoi jakaś mara

Ubrana w szaty dziewicze — to chyba

Ja... czy nie prawda? — O! gdyby ta szpara! 365

Gdyby ta jasna z dyamentu szyba

Przez którą Diwa widzi przyszłe rzeczy,

Mogła zastąpić we mnie wzrok człowieczy!

„Zgodziłabym się nie widziéć na niebie

Gwiazd ani słońca, nie widziéć błękitu: 370

Lecz tylko w każdéj chwili widziéć ciebie;

Na ciebie patrzeć od zmroku do świtu. —

Zda mi się nawet że w jakiéj potrzebie

Pomogła bym ci oczyma — do szczytu

Szczęścia i sławy... choćby“... Tu przerwany 375

Był list i dwoma plamkami zwalany.

Te plamki do ust były podniesione,

Lecz Xiądz podstawił pod usta szkaplerza. —

„Te całuj, krzyknął, te rany czerwone,

Które Chrystus miał: godne ust rycerza, 380

Nie te kropelki łez gorzkie i słone

Z których rdza pada, na kryształ puklerza.

Rzuć ten list — daj go, jak mówią szatanu —

A słuchaj: ważną missją dam Waćpanu.

„Piszą mi — że tron odzyskał Khan Giraj, 385

Przyjazny zawsze Polsce był Khanisko;

Masz listy, których proszę nie otwieraj

Aż staniesz w Krymie. Wprawdzie to nie blisko.

Jaskułki wiedzą tam drogę na wyraj,

I bocian także, z małą szarą pliską 390

Do téj krainy lecą z wielkim krzykiem;

Bocian okrętem jest — pliska sternikiem.

„Ona ptakowi na ogonie siedzi,

I prostą drogę w chmurach rozpowiada.

Tak jeśli cię duch Chrystusa nawiedzi 395

Będziesz jak bocian, co nigdy nie siada,

Lecz wyciągnąwszy dziób jak włócznię z miedzy

Prosto wędruje i w gniazdo upada,

— Gdzieś na wieśniaczéj chacie, zmordowany

Przebywszy morskie burze i bałwany. 400

„Ufaj mi synu! jeśli wytkniesz sobie

Drogę a prostą — to choćby do słońca

Zalecisz — często na krzyżu lub grobie

Odpoczywając. — Leć że więc bez końca.

A będziesz chodził w anielskiéj ozdobie. 405

Jako ojczyzny i wiary obrońca;

A nim zasługi twoje w niebie zginą,

Ziemia przeminie! i gwiazdy przeminą!

„Patrz na mnie! — jestem także zmordowany,

A kto wie co tam w mojém sercu płacze? 410

A jednak wziąłem w rękę krzyż drewniany

I chodzę tuląc do głębi rospacze.

Wolałbym może już w grób... jak złamany

Dąb i bez liści — lecz mi serce skacze,

Kiedy na działo wstąpi moja noga, 415

A działo ogniem śpiewa — Imie Boga.

„Więc że i starość jeszcze Jowiszowe

Ma brwi, na hańbę ojczyzny zmarszczone;

Więc jeszcze wstrząsa te pola stepowe,

I wulkany z nich rozrzuca czerwone, 420

I téj ojczyzny martwéj wznosi głowę,

I kładzie na nią zbawienia koronę...

Także więc krwawym was obmywam chrzestem!

A pomyśl tylko ty: czémże ja jestem?

„Garsteczką prochu, co jutro w dolinie 425

Będzie rodziła chwasty i lilije;

Dzbanem z którego strumień wiary płynie,

A który jutro Bóg nogą rozbije.

Noś że ty ducha w twéj cielesnéj glinie;

A nie lękaj się gdy wiatr w oczy bije 430

Z błyskawicami. Na końcu żywota

Czyny człowiecze waży szala złota.

Tam wszystkie nasze łzy i krew rozlana

Są policzone i nie ginie jedna

Kropelka ani biała, ani różana, 435

Lecz każda waży i ważąc wyjedna

Światło wieczyste. Idź więc w Imie Pana!

A była by téż ta Ojczyzna biedna,

Gdyby dla ciebie zginionego młodo

Łez nie znalazła. — Bądź że więc tą wodą 440

„Chrzczony teraz i w grobowcu późnym.“

To mówiąc ręce wyciągnął i drżały.

Słuchał go rycerz z czołem smutnie groźném,

I był na twarzy przerażeniem biały,

I skry mu z oczów szły... i dreszczem mroźnym, 445

Miłością wielką dla nieszczęsnéj chwały

Czuł się przejęty. Będąc tak ognisty

Z ręku xiędzowskich wziął do Khana listy;

I wraz obrócił konia na południe

Ku wschodzącemu wtenczas miesiącowi... 450

Jechał i marzył o przyszłości cudnie.

A któż sny takie młodości wypowie?

Choć aniołami te strofy zaludnię,

Choć z ziemi stworzę kraj podobny snowi:

Nie dosyć będzie, przez gościniec z ostów, 455

Kwiatów z różanych gwiazd i z tęczy mostów.

Austerje chyba z szkła i z dyamentu

Zbuduję — w karczmach posadzę Dyanny.

Łódź życia jest jak złota łódź Sorrentu,

Co siekąc kryształ przezroczysty, szklanny, 460

Ogień dobywa błękitny z odmętu,

I z wioseł ogień leje nieustanny,

I tak jak łabędź ognisty przelata,

Pierś mając w ogniu i ogniem skrzydlata.

Młodości! każ się téj łabędziéj marze 465

Z ognia i złota unosić po świecie,

Niech szumi wino w twéj Platońskiéj czasze,

Na głowie niechaj będzie wonne kwiecie;

A blisko ślubów wysokich ołtarze,

Gdzie Saturnowy wąż się z ognia plecie: 470

Tam ślubuj przyszłość... Muza mdléć zaczyna —

Dajcie mi bursztyn i róże i wina!

Kłębami dymu niechaj się otoczę;

Niech o młodości pomarzę pół senny.

Czuję jak pachną kochanki warkocze, 475

Widzę jaki ma w oczach blask promienny;

Czuję znów smutki tęskne i prorocze,

Wtoruje mi znów szumiąc liść jesienny.

Napróżno serce truciznami poim!...

Kochanko pierwszych dni! — znów jestem twoim. 480

Patrzaj! powracam bez serca i sławy

Jak obłąkany ptak i u nóg leżę.

O! nie lękaj się ty że łabędź krwawy,

I ma na piersiach rubinowe pierze.

Jam czysty! — głos mój śród wichru i wrzawy 485

Słyszałaś... w równéj zawsze strojny mierze...

U ciebie jednéj on się łez spodziewał,

Ty wiesz jak muszę cierpieć — abym śpiewał.

Idź nad strumienie, gdzie wianki koralów

Na twoje włosy kładła jarzębina; 490

Tam siądź i słuchaj tego wichru żalów,

Które daleka odnosi kraina;

I w pieśń się patrzaj tę — co jest z opalów,

A więcéj kocha ludzi niż przeklina.

I pomyśl czy ja duszę mam powszedną? 495

Ja — co przebiegłszy świat — kochałem jedną.

Twój czar nademną trwa. — O! ileż razy

Na skałach i nad morzami bez końca,

W oczach twój obraz, w uszach twe wyrazy,

A miłość twoję miałem nakształt słońca 500

W pamięci mojéj. — Anioł twój bez skazy

Na moich piersiach spał — a łza gorąca

Nigdy mu jasnych skrzydeł nie splamiła:

Twa dusza znała to — i przychodziła.

W gajach gdzie xiężyc przez drzewa oliwne 505

Przegląda blado, jak słońce sumnienia,

Chodziłem z tobą, jak dwie mary dziwne,

Jedna z marmuru, a druga z promienia;

Skrzydła nam wiatru nie były przeciwne,

I nie ruszały włosów i odzienia. 510

Między kolumny na niebie się kryśląc

Staliśmy jak dwa sny — oboje — myśląc.

Z taką więc ciszą i z taką powagą

Wejdziemy kiedyś w Elizejskie bory.

My, cośmy ziemię tę widzieli nagą, 515

Przez piękne niegdyś widzianą kolory.

Cośmy poznali że nie jest odwagą

Rospacznym czynem skończyć żywot chory;

Lecz uleczeni przez trucizn użycie,

Sercu zadawszy śmierć — znaleźli życie. 520

Pierwszy to i raz ostatni o! miła

Mówię do ciebie. Jest to błyskawica

Która ci chmurę posępną odkryła,

I boleść wyszła z niéj jak nawałnica;

W twoim ogrodzie pustym będzie wyła, 525

Gdy xiężyc pełny, jak srébrna różyca

Gmachów gotyckich, biały blask rozleje,

W te — gdzieśmy niegdyś chodzili — aleje.

Bądź zdrowa — odejść nie mogę, choć słyszę

Wołające mnie duchy w inną stronę, 530

Wiatr mną jak ciemnym cyprysem kołysze

I z czoła mego podnosi zasłonę,

Z czoła, gdzie anioł jakiś skrami pisze

Wyrok łamiący mnie między stracone...

Ja czekam krusząc wyroki okrutne... 535

Twe oczy patrzą na mnie — takie smutne! —

Bądź zdrowa! drugi raz cud się powtórzy —

Martwy, odemknę ci w grobie ramiona,

Kiedy ty przyjdziesz do zbielałéj róży

Podobna, zasnąć. — Dosyć! Pieśń skończona! 540

Oko się moje senne łzami mruży,

Róże uwiędły — czara wychylona,

I pieśń gdzieś leci odemnie echowa...

Już pożegnałem cię — jeszcze bądź zdrowa!

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Paryż (1909)Pieśń czwarta →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Pieśń czwarta
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-piesn-czwarta--juliusz-sowacki-f62265
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Pieśń czwarta», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-piesn-czwarta--juliusz-sowacki-f62265.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.