Jaką rozumiesz zazdrość zjednałeś sobie
Zacny biskupie! w mojej małej osobie,
Żeś mnie z domu wyciągnął w te dalsze strony
Od małych dziatek i od teskliwej żony?
Nie myślić ona o tem, że ja przy tobie
Głowy niufrasuję bynamniej sobie,
Że w twym pałacu mieszkam, że przy twym boku
Siadam; koń mój, sługa mój, na twym obroku.
Rychlej niesposobnego będąc świadoma
Zdrowia mego, frasuje swe serce doma,
Żebych jakiej choroby nagłej nie użył,
Nie mając, ktoby mi w tem jej sercem służył.
Ciężar także domowy, społeczny nama,
Teraz w mej niebytności musi nieść sama
Strzegąc w domu porządku, warując szkody,
Dziatek lichych pilnując, zakładów zgody.
Któż wie, jeśli i tego przedsię nie bierze,
(Acz wątpić nie trzeba o mojej wierze)
Że na świecie rodzą się takowe zioła,
Których smak pamięć domu wygładza zgoła?
Że taka jest muzyka i takie strony,
Których człowiek słuchając, już ani żony,
Ani dziatek nawiedzi, ale w niewoli
Pod pany sromotnemi wiecznie trwać woli?
To, i czego jest więcej, zawżdy w miłości
Serca trapi, chocia też stawa ufności;
A ty nie bądź przyczyną biskupie drogi!
Niczyjej, lubo słusznej, lub płonej trwogi;
Ale złącz, jakoś rozwiódł; bo acz oboje
Twój urząd niesie, wszakże wyroki twoje
Na ludzkiej chęci wiszą, a ja i ona
Nie pragniewa do śmierci bydź rozdzielona.