CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaEugeniusz Małaczewski

Eugeniusz Małaczewski · Vanguardias / s. XX

O wiośnie i słowikach

polaco

W kwietniu obłoki nadlecą,

jak chmary najbielszych mew.

Ziemię deszczami rozkwiecą,

opuszą gałęzie drzew

drobnem, jak bisior, listowiem.

Wkrąg będzie lazur i biel.

Strumień zazdrowi się zdrowiem.

Bąk zabrzmi, zahuczy trzmiel.

Odlotne ptactwo przyleci

do zeszłorocznych swych gniazd,

w dzień — ciągnąc wśród chmur zamieci,

a nocą — wśród rzęsnych gwiazd.

Ścigłych jaskółek tłum gończy

prześmignie, jak salwa kul.

Zadzwoni dzwonek skowrończy

pod niebem, nad runią pól.

W wysokim kluczu żórawim

rozjęczy się srebrny dzwon,

a wtedy serce oprawim,

jak klejnot w srebro, w ów ton —

w psalmodje tęsknych klangorów.

I będziem czekać tych chwil,

kiedy od gajów, od borów,

popłynie perlisty tryl

z szarych słowiczych gardziołek;

a świat zaszmaragdzi się tak,

iż nawet wierzbowy kołek

w płocie liść puści na znak,

że wiosną — wszystkim radosno.

Kiedy wiosenny wiatr zdrowy,

jak podmuch dziecięcych ust,

wyciągnie wilgoć z dąbrowy,

w opłotkach przewietrzy chróst,

osuszy poszycie w strzesze

i z trawy rozliczny kwiat

ze spodu na wierzch wyczesze, —

pójdziemy oglądać świat.

Ścieżka już będzie niegrząska,

słońce opali nam skroń,

po ustach muśnie gałązka,

spowita w miodową woń

i — może słowik zakląska...

...Wokół mgły wstają różowe,

mrowiska dymią, jak piec.

Jeno spleść ręce pod głowę

i twarzą ku niebu lec

wśród trawy, mokrej od rosy,

wśród polnych i leśnych ziół,

by słuchać strunisto-głosej

orkiestry brzęczących pszczół

i nasłuchiwać, jak z dali

nadpływa słowiczy śpiew,

niby trel skrzypiec po fali

płynącej łaką od drzew.

I bawić się w zgadywanie

— przesiewać myśli, jak mak —

z jakiego drzewa śpiewanie

perłami rozrzuca ptak,

z jakiego ciska je krzewu

od świtu do późnych zórz.

Bo styl słowiczego śpiewu

jest inny z pomiędzy róż,

inny — w bzach, inny — w leszczynie,

inaczej wiśniowy sad

rozdzwania się. Pieśń raz płynie,

raz spada, jak srebrny grad.

To szczęściem brzmi, to tęsknotą;

to — smęt, to — miłosna chęć,

to płacz znów...

Rozróżniam oto

z kląskania słowików pięć.

Ten pierwszy słowik zdaleka —

wylewa w różach swój śpiew,

bo dźwięk tam po dźwięku ścieka,

jak gęsta i wonna krew.

W stulistne gruzły się gmatwa

pieściwy mdlejący ton,

jak róża, co jest niełatwa

w układzie swych pełnych łon.

Spęczniewa taki kwiat śpiewu

w zawiły pachnący pąk,

aż nagle, jak garść posiewu,

swe płatki rozrzuci wkrąg.

Lecz dźwięki-płatki po chwili,

trącając tonem o ton,

już lecą nakształt motyli,

na skrzydłach z dzwoniących błon.

A czasem słowik wykląska

ruladę, co piękna jest,

jak w pączkach róży gałązka,

na którą deszczu spadł chrzest.

Wyciąga się gałąź pieśni

w paciorach pączków i ros,

w spazm kolec swój rozboleśni

każdy i szlocha na głos;

i, w śpiew zasłuchane czoło

owije, uwieńczy tak

kwiatami i cierniem wkoło,

że jestem, jak róży krzak:

złączony arką gałęzi

z różanym krzewem — człek-krzew;

a w obu — srebrzyście rzęzi

jednaki śmiech, płacz i śpiew.

Ta druga pieśń rozebrzmiewa,

jak śmiech dziewczęcy przez łzy.

To słowik szlocha i śpiewa,

zaszyty w kwitnące bzy.

W pięciokwiat szczęścia skwieca

dziergany kląskliwie ton,

jakby go ręka kobieca

znalazła wśród bzowych gron.

Czuję smak cierpkiej goryczy,

jakbym miał w ustach bzu liść.

Rozkwita śpiew, tajemniczy,

jak bzowa w księżycu kiść,

i znojny — jak winne grono,

poczęte od złotych os...

...W bzach rzeźbi pieśń roztęsknioną

mistrzowski słowiczy głos.

Gdzie stoi w zieleni bladej

gaj, spodem poszyty w mech, —

nakształt kroplistej kaskady

brzmi inny słowiczy śmiech;

jędrnem się ziarnem rozlata

po pełści wzorzystej mchu

i ciska grad pizzicata

w zdyszaniu, w zatracie tchu.

Mam z tych rozkląsków nawału

wrażenie, jak gdyby kto

łuskał orzeszki z kryształu

i naraz łuskał ich sto.

Dźwiękliwe drzazgi obieżyn

spadają na trawne źdźbła,

wzdłuż wszystkich prószą się ścieżyn

z poszmerem cienkiego szkła;

a wyłuskane orzechy

po drzewach toczą się wkrąg

w śmiganiu pełnem uciechy,

jak kule z żonglerskich rąk.

— To słowik w leszczynach pewnie,

wśród gąszczów schował się w kąt,

i łuska z gardziołka śpiewnie

łańcuchy miłosnych rond.

Na kałakuckich siadł perłach

zniesionych do gniazdka jaj,

leszczyna na prętów berłach

kołysze go — baju-baj.

Jest jeszcze inny śpiew — smętny,

jak akord szlochliwych strun,

a jednocześnie namiętny

od jakichś miłośnych łun,

od zmysłowości, co pryska,

wskutek nadmiarów swych, w szcząt. —

To z wisien białych się ciska

rozkląsków drgający spląt.

Po łące słupem się wichrzy,

jak okwit wiśniowych drzew

i leci cichszy... a cichszy...

niby zgubiony puch mew...

Serdeczne tremolo ptasie

po gąszczach ma śliski stok

i deszczem rzęsistym zda się. —

Zawieram powieką wzrok.

I widzę: wiśnia wisience

podaje kwitnącą kiść;

za śnieżne wzięły się ręce,

chcą tańczyć, chcą kędyś iść...

Chcą mię dokoła okrążyć,

w panieński korowód wpleść,

gąstwią gałązek owstążyć

i z sobą ku wiośnie nieść.

Lecz słyszę:... inaczej śpiewa

już słowik; bo każdy dźwięk

pęcznieje jakby, dojrzewa,

zjagodza się w słodki pęk. —

Soczysty strząs jagód-trolitreli,

wezbrany sokami słońc,

do stóp mych wśród traw się ścieli,

jak wiśnie dojrzałe, lśniąc.

— Chciałbym być nagą dziewczyną!...

Niech ciało z atłasów mam,

aby te wiśnie, jak wino,

zbroczyły mnie w szkarłat plam.

By wonne gorzkim migdałem

pestki, okrągłe jak śrót, —

do ust mych muśnięciem białem

dotknęły, jak zębów cud!...

...Już drzewa zagasły dołem,

złoci się jeno ich wierzch. —

Błękitno-szarym popiołem

na świat posypał się zmierzch.

Subtelna sadza pomroku

czerniawą ścieli się mgłą

i czepia się rzęsy w oku,

jak ćmiące, łzawliwe źdźbło.

Kasztany stoją kwitnące

(cichsze, niż grusze, te — z miedz) —

w palczastych liści koronce

i w kwiatach, jak w pękach świec.

Stanęły w kwitnącem kole,

spowite w wieczorny cień;

są jakoby żyrandole,

co płoną w świąteczny dzień. —

Na każdem drzewie u szczytu

jest słowik i srebrny wrzask

od zmierzchu czyni do świtu

i śpiewem ubiera w blask

ciemnego listowia strzechy;

trzepoce się w gęstwi dźwięk,

szaleją ptaszęce śmiechy

i szlocha wśród kwiecia jęk

i nakształt żywego srebra

po liściach toczy się w dół;

pada obficie, jak z cebra,

jak z wodę czerpiących kół,

które rząd dzbanów ze studni

dźwigają i leją wciąż,

aż woda dzwoni i dudni,

pląsając, jak srebrny wąż. —

Pieśń, jak wąż jasny się ciska,

uderza w twardziznę pni,

w grad srebrnych kul się rozpryska,

na liściu wszelakim lśni;

przelata ciężką ulewą,

zaczepia o każdy sęk...

Zalśniło się śpiewem drzewo,

jak jeden stało się dźwięk,

błyszczy, jak pająk krysztalny,

w kwiatach, podobnych do świec. —

Tak odprawują swój walny

słowiki w kasztanach wiec!

Słuchając cudów zwyczajnych,

trzeba młodzieńczy mieć słuch,

a z rzeczy starych (a tajnych)

wyskrzydli się nowy duch.

Sigue explorando

Por su autor
Eugeniusz Małaczewski · 29 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← O nawrócenie słabych duchemPłacz Wisły →

Expediente

Autor
Eugeniusz Małaczewski
Título
O wiośnie i słowikach
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-o-wiosnie-i-sowikach--eugeniusz-maaczewski-507bac
Cita recomendada
Eugeniusz Małaczewski, «O wiośnie i słowikach», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-o-wiosnie-i-sowikach--eugeniusz-maaczewski-507bac.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.