Tam pod zielonym lasem
Poniżej małą dolinę,
Gdym do dom wracał, nawiasem,
Zoczyłem śliczną dziewczynę.
Pasła bieluchne owieczki,
A siedząc w cieniu bukowym,
Wiła różane wianeczki
Z rutą i liściem mirtowym.
Ledwiem ją zoczył z daleka,
Serce mi gorzeć zaczyna,
Ogień mi zewsząd dopieka,
Biegnę gdzie owa dziewczyna.
Przyskoczę do niéj, przywitam,
Mile przyjmuje co czynię,
Zkąd i co robi się pytam,
Siadam przy grzecznej dziewczynie.
Z oczu, z uśmiechu, wejrzenia,
Poznałem, że mną nie gardzi,
Przyjęła mile ściśnienia,
Pocałowałem tém bardziéj.
Ślicznych ust wdzięczne jagody
Niezbronne ustom mym były,
Nie dla każdego te gody
Podobnoby się zgodziły.
I mleczne piersi choć z strachem
Po trosze przecie ściskałem,
Ale tym samym zamachem
Że więcej wolno, doznałem.
............
Skorom skosztował do woli
Co Nice miała słodyczy,
Opuściłem ją powoli,
Wziąwszy wianeczek w zdobyczy.
Odtąd jużem jéj nie zoczył,
Choć nieraz długo szukałem,
Choć okolicem wszystkie okroczył,
Choć niejednego pytałem.
Aże dopiero pszenicę,
Kiedyśmy żęli w tém lecie,
Postrzegłem jako ma Nice,
Niosła na ręku swe dziecię.
Ale bojąc się, by z żalu,
Nie chciała wydać mię komu,
Ominąwszy ją pomału,
Uciekłem spieszno do domu.