Raz zajrzał jasny dzionek do okien mej chaty —
Świat się zbudził pod wiosny roskosznym oddechem —
Odezwały się zewsząd ptaszki głośnem echem —
Po niebie lazurowem migały szkarłaty...
Nagły blask ten rozbudził i moję ptaszynę,
W jej gniazdeczku — toż jęła słodkim swym szczebiotem
Kwilić Bogu pieśń ranną, i śpiewać też potem
Dziękczynny pacierz wiośnie, — jako ptaszki inne.
Więc ją, wziąłem na ręce i, dłońmi drżącemi
Na pierś cisnąc, myśl wzniosłem do Stwórcy swojego,
Dziękując Mu, że zechciał blask ranku takiego
Rostoczyć przed mą duszą, na tej jeszcze ziemi...
Wtem patrzę — poza oknem — na drzewie — zdaleka —
Śród kwiecia, — niby plama na białym kobiercu, —
Siadł kruk czarny i, jakby na świeży żer czeka,
Głośno kracze...
Dreszcz zimny przebiegł mi po sercu!...
∗
∗ ∗
„Innych ludzi ja całkiem, inne cnoty wolę
„Pamiętam, żem biednego pieśniarza dziecięciem!“
Potem patrzę... Wychodzi przed tłum jakiś młody...
Ma lirę tylko w ręku — lirę tę ustawia,
Zaczyna grać i śpiewać — w swej pieśni wysławia
Co piękne, wzniosłe, dobre... Jak deszcz z wonnej wody
Brzęczą, tony...
Spojrzałem znowu na me dziecię...
Aż tu widzę, drżąc cała, ona z tronu schodzi...
Spieszy w dół... i, gdy wszyscy cisną, się k’niej młodzi,
Podaje rękę swoję — biednemu poecie!
∗ ∗
∗
Gdy się zrównał już z nami, — jak wielki sęp — pióra,
Tak on swój płaszcz rostoczył... Rozwiesił go w górze...
Postał tam przez chwil parę...
I przepadł w lazurze...
....................
— O, dziś wiem już, czem były — ten kruk... i ta chmura!