Nie mam w ustach czułości, nie bzdurzę o cnocie,
Nikt mię jednak przy podłéj nie zastał robocie.
Dla zysku nic nie czynię, prawdę mówić lubię,
Nieprzyjaciół skrytemi podstępy nie gubię.
Dusza moja nie może znieść fircyków dumnych,
Nie cierpię pedagogów, ale czczę rozumnych;
I lubo na mnie czarna zawiść się oburza,
Nie zrobię karła wielkim, ani Marsem tchórza:
A kiedy przyzwoitą znaczę kogo cechą,
Zawsze mię pospolite wspierać musi echo.
Niejeden co mych szczerych rymów z chęcią słucha,
Przyjacielowi swemu poszepnie do ucha:
„Tego poety działa ile czytam razy,
Zda mi się żywe widzieć nałogów obrazy.“
Wszyscy mi to przyznają, i me lekkie wiersze
Bawią i stan pomierny, i osoby pierwsze.
Za to, miasto poklasku, to trzymam w korzyści,
Żem się stał u dusz podłych celem nienawiści;
I zdradne ich pociski pewnie mię obarczą,
Jeśli mię wierna przyjaźń swą nie złoży tarczą.
Lecz co mówię? Wszystkom ci winien, o przyjaźni!
Z tobą mogę wśród wężów chodzić bez bojaźni,
Z tobą mi jest nieszczęście miłe; a bez ciebie
Żyćby mi się przykrzyło z aniołami w niebie.
Tobie ja, jako bóztwu, postawię ołtarze,
Tobie ogniem wdzięczności kadzidło rozżarzę;
I niech kto trwały związek ma sobie za baśnie,
U mnie pamięć przyjaźni nigdy nie wygaśnie.
Wy, którzy nie zdołacie sądzić z przekonania,
Ślepo swych mecenasów trzymając się zdania,
U was zasług i cnoty ta największa proba,
Kiedy się co waszemu łaskawcy podoba.
Nie mam wam za złe tego, że z domu do domu
Wozicie na mnie grube plotki pokryjomu,
Ni was za to potępiać może morał ścisły;
Od tego sława wasza z fortuną zawisły.
Ale jeśli wam jeszcze umysł uprzedzony
Pozwoli słuchać jawnych przyczyn z mojéj strony,
Jeśli zechcecie sądzić, dopiero poznacie
Że mnie tylko na cudze słowa potępiacie.
Jakież są najmocniejsze przeciw mnie dowody?
„Nadto sobie pozwala (rzecze ktoś) pan młody,
Kiedy mnie, co ni z wzrostu rówien jest, ni z głowy,
Co mi we wszystkiém sięga ledwie do połowy,
Śmiał to jawnie w swém jedném piśmie utrzymywać
Żem bez sensu i składu zwykł wiersze pisywać;
Ale obaczy wkrótce, co go za to czeka,
Że się ważył porywać na wielkiego człeka.“
Nie strasz bracie, bo nikt się twoich groźb nie boi,
Mądremu się, do tego, gniewać nie przystoi.
Mówmy z wolna: Powiedz mi, żeś jest sama cnota,
Żeś piękny, żeś zabawny, dobry patryota.
Dla mojéj spokojności, powiadam ci szczerze,
I takim nawet bajkom bez wstrętu uwierzę.
Dość masz ze mnie; z swéj strony pozwól mi téj łaski,
Że gorzéj trochę piszesz, niżeli Bielawski.
„To mniejsza (rzecze drugi) nikt temu nie przeczy,
Że ten jegomość wiersze pisze nie do rzeczy;
Ale za to niemałéj wart jesteś nagany,
Że bez braku na wszystkie targnąłeś się stany,
I w swych dziełach późniejszych czyniąc sobie drwinki,
Niejednegoś rozżalił swojemi przycinki.“
Prawda, to pozorniejsza jest trochę przyczyna,
I wielkaby niechybnie była moja wina,
Bym sobie pozwalając żartować tak srogo,
Pojedynczo w mych wierszach śmiał wytykać kogo.
Tak przecie, dawniej trochę, modele méj pracy,
Czynił ostry Boileau i stary Horacy,
I umiejąc wybornie z szydności korzystać,
Udało im się nieraz swych ziomków wyświstać.
Pomimo téj jednakże mniemanéj przywary,
Mieli wielkich monarchów i przyjaźń i dary.
Jam ni wsparcie miał takie, ni śmiałości tyle,
I jeżelim Satyrze poświęcał me chwile,
Zawszem się starał o to, aby szydząc z wady,
Nigdy szczególnych osób nie brać za przykłady.
To tylko mam nieszczęście, że czytając chciwie,
Zdarzyło mi się nieraz malować szczęśliwie.
I lubom nie chciał ściągnąć niczyjéj urazy,
Rozumiał świat złośliwy poznać swe obrazy.
Chociem rzekł na wiatr, że kto czuły albo głupi,
Tysiąc się ludzi do mnie pytać o to kupi,
Czy nie o nich ta wzmianka? Po co to pytanie?
Ty sam siebie najlepiéj musisz znać mospanie!
Tak, nie można lichwiarza potretuportretu wyrazić.
Żeby wszystkich na siebie żydów nie obrazić;
Nie śmiać się, że kto zawsze goły robiąc złoto,
Żeby się adeptowie nie gniewali o to;
Nie odkryć, że ktoś cudzą zasługą się szczyci,
Żeby się nie jurzyli ichmość hypokryci;
Ni powszechnie naganiać rozsiewaczów plotek,
Żeby pochlebców ani urazić szczebiotek.
Bardzo mi dobrą bajkę los mój przypomina,
Z której początek bierze cała moja wina.
Raz, Król zwierząt, by swojéj chimerze dogodził,
Tym chodem lazł na drzewo, jak po ziemi chodził;
Ale gdy się daremnie przez cały czas biedzi,
Spojrzy w górę, a Ślimak na wierzchołku siedzi.
Na widok tak nikczemny złość go mocna bierze:
„Jak, pyta, wleźć tam mogło to tak podłe zwierzę?“
„Dziwię się, rzekł mu Ślimak, żeś tego nie wiedział,
Kto się czołgać nie umie, nie będzie tu siedział.“
I mnie też to nienawiść sprawiło i biédę,
Ze się nie czołgam, ale moim krokiem idę.
Lecz chociażbym do zgonu miał być nieborakiem,
Wolę być Lwem w nieszczęściu, niż szczęsnym Ślimakiem.