CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaKornel Ujejski

Kornel Ujejski · Modernismo

Maraton

polaco

The mountains look on Marathon

And Marathon looks on the sea;

And musing there an hour alone,

I dream’d, that Greece might still be free,

For standing on the Persian’s grave,

I could not deem myself a slave.

Byron.

Wy chcecie pieśni! — wy chcecie pieśni

Zapewne dźwięcznej i słodkiej dla ucha,

A ja mam dla was, o! moi rowieśni,

Pieśń, co przypomni wam pobrzęk łańcucha.

Wy chcecie pieśni ni kwiatu do wieńca,

Coby śród uczty mogła was pochwalić,

A jabym pragnął wam w ogniu rumieńca

Rozmiękłe dusze jak zbroję ostalić.

O! żal się Boże — tak młode pachole,

Zamiast miłować, muszę nienawidzić,

I jasne czoło omarszczać w mozole

I czyste usta wykrzywiać — i szydzić.

Wciąż się szamocę szukając sposobów

Jakby was zmężnić, — wszystkie drogi mylne!

A więc z pochodnią wstąpić chcę do grobów,

Na jaw wygrzebię czyny podmogilne,

Dawnych olbrzymów przed wami postawię

I z niemi wskrzeszę stary świat zamarły,

Może choć wtenczas przy waszej niesławie

Z wstydem przyznacie, że jesteście — karły.

Może choć wtenczas, stojąc na pręgierzu

Przed sądem świata, przed własnem sumieniem.

Przyznacie sami, że rdzę na puklerzu

Można zmyć tylko własnej krwi strumieniem.

Cierpka to mowa, — jak krew spiekła czarna,

Ale w niej skryta myśl zbawienia leży;

Wszak wiecie bracia! że z cierpkiego ziarna

Dąb rozłożysty pod niebo wybieży.

1.

Ha! Sardes gore! A spowity w dymie

Gnuśny mieszkaniec snem rozkoszy drzymie,

I osmalone nim przetarł powieki,

Już go objęły złote ognia rzeki.

Już nieprzyjaciel stopą pierś mu tłoczył,

I nóż ocierał, co się w niej obroczył...

Hal Sardes gore! lament się rozrasta.

Ha! Sardes gore!....

Z płonącego miasta

Wybiegł niewolnik, a za nim w pogoni

Jęk konających przy uchu mu dzwoni,

I leciał nocy osłoniony mrokiem;

Czasem za siebie rzucał trwożnem okiem,

A wiatr przez góry za nim żarem dmuchał,

I wrzask niósł z sobą. On stanął i słuchał:

Może mu teraz wróg braci wyrzyna,

I starą matkę napawa krwią syna,

I chatę niszczy ogniem i żelazem —?

— Hej, nie ma czasu! Z satrapy rozkazem

Pędź dalej gończe! Jeszcze drogi wiele!

Gdy wrócisz, trupów policzysz w popiele. —

Zerwał się goniec znękany boleścią,

Ruszył przez puszczę z nakazaną wieścią,

I biegł tak skoro aż do wschodu słońca;

A gdy na czatach zszedł innego gońca,

„Hej, Sardes gore! Do Suzy! Do Suzy!”

Krzyknął i wrócił; a tamten przez gruzy

Jak struś popędził, rozminąwszy skrzydło —

I znikł przed słońcem, jak nocne straszydło.

2.

Suza, wiosenna królewska stolica,

Jako wybrana młoda miłośnica,

Rozpieszcza pana; o, bo jej kochany

Zatęskni w lecie do swej Ekbatany,

A ztamtąd w zimie mknie do Babilonu;

A gdy się skłoni do wiecznego schronu,

W Persepolisu skałach grób wyrąbie,

I na wiek wieków uśnie w katakombie.

W Suzie, na dworze, król Darjusz ucztuje;

Sto cudnych dziewic jemu usługuje,

Sto niewolników na klęczkach się wije, —

On innej wody przy stole nie pije

Tylko z Choaspu dalekiej krynicy,

A chleb je tylko z eolskiej pszenicy,

A wino jego, to aż z Chalibamu,

Sól z puszcz Afryki, ze świętego chramu

Zewsa-Ammona. Bo każda kraina

Pod jego ręką żelazną się zgina

Co ma najlepsze, z drugiemi pospołu

W pokorze znosi do pańskiego stołu.

A gdy tak Darjusz rozległ się za stołem,

Przybieżał goniec, i padł przed nim czołem,

I woła: „Panie! Sardes, Sardes płonie!

Sardes, to klejnot w twej złotej koronie,

A oto rokosz podnieśli Jończycy,

Sprzymierzeńcami są im Ateńczycy,

I palą miasto!”

A drugi nadbieży,

I woła: „Panie! Sardes w gruzach leży!

Ateńczyk spalił zamek i świątynie.

Winem napełnia święcone naczynie,

I tobie królu, przy uczcie urąga!”

Król wściekły gniewem wielki łuk naciąga,

I w błękit nieba wypuszcza zeń strzałę

Z prośbą do Bogów, aby tę zakałę

Krwią obmyć dali. I jednego sługę

Odstawił, aby każdą rwiącą strugę

Wrzawnych uczt jego tamował wykrzykiem:

„Pomnij się Panie! mścić nad Ateńczykiem!”

A potem Magów rozkazał przywołać,

I pyta: „Grekom godzien też podołać?

Naród to wielki, gdy taki zuchwały.”

A oni rzeką: „Królu! kraj ich mały,

I w mniejsze jeszcze rozerwany państwa;

Łatwo go w jarzmo zakować poddaństwa.

To szczypta ziemi, tyle co zatrzyma

Przechodzącego podeszwa olbrzyma.

A gdybyś kazał ostremi pazury

Rozerwać stare Babilonu mury.

To mógłbyś Panie! żwirem i kamieniem

Zasypać kraj ten z całem pokoleniem.”

Magowie prawdę mówili ci, królu.

Naród to mały, lecz jak pszczoła w ulu,

Każdy z osobna o swym domie radzi,

A gdzie potrzeba, wszystek się gromadzi.

O kraj to mały — tyle co zatrzyma

Przechodzącego podeszwa olbrzyma;

O kraj to mały, niby szyba tarczy;

Lecz na grób wrogom przecież go wystarczył!

3.

W Atenach wrzawa! Perscy heroldowie

Stoją na rynku i w nieznanej mowie

Coś ciżbie głoszą. Nikt ich nie zrozumiał.

Jeden Grek tylko, co po persku umiał,

Wstąpił na kamień i zaczął tłumaczyć

Na język swojski ; a miało to znaczyć:

„Darjusz król Persów i Medów, pan świata,

„Na harde ludy plaga i zatrata,

„Zsyła heroldów, by mu wasze plemię

„Na znak poddaństwa dało wodę, ziemię;

„A może da się pokorą przebłagać,

„I wstrzyma rękę, co ma Greków smagać.”

Za każdem słowem lud jako lew mruczał,

A potem śmiechem szyderczym zahuczał,

Plwał w oczy Persom, szaty im rozdzierał,

Ciskał kamieniem, — Pers z trwogi umierał,

A lud jak rzeka ogromna w wylewie,

Rwał ich ku sobie — szalał w wściekłym gniewie,

I wlókł ich drżących aż za miasta bramy.

Tam między skalne przepaści rozłamy

Wtrącił heroldów, i w ciemnię głęboką

Puścił za nimi w ślad ciekawe oko;

W dzikiej radości aż zębami zgrzytał

Widząc jak Pers się po urwiskach chwytał,

I czepiał cierni, i okrwawiał ręce,

I wył jak szakal w przedśmiertelnej męce.

A potem — scichło, — potem jęk: — o skały

Już się ich czaszki w bryzgi roztrzaskały;

A lud zaciekły, zemstą rozjuszony,

Szydził, nad jamą stojąc pochylony:

„Tam podostatkiem i ziemi i wody!

Jédźcie i pijcie!”

Temistokles młody

Wystąpił z tłumu, i rzecze: „Ojcowie!

Słuszną ponieśli karę heroldowie;

Lecz między nami jest Grek winowajca;

Niechaj więc ginie jak oni, jak zdrajca!

Niech więc i tego nie ominie kara

Co plugawemi wyrazy barbara

Dziś do niewoli wzywać nas się ważył.

Ojcowie! on nam język nasz znieważył!

On jego świętość pokalał i zbrukał,

Na hańbę naszą słowa w nim wyszukał.

Od kiedy przyszła z Olimpu ta mowa.

Jeszcze tak w niej się nie wiązały słowa;

On nierozważnie o jej męty trącił,

I czyste źródło mowy naszej zmącił.” —

A w całym tłumie jeden okrzyk słynie:

„W przepaść z nim! w przepaść! Niech ginie, niech ginie!”

I ciągną Greka; — on błaga ze łzami,

Żeby go razem nie grzebać z Persami,

Żeby nie mieszać jego wolnych kości

Z kośćmi sług podłych. — W oznakę litości,

Dwaj przyjaciele i bracia najszczersi

Własną mu ręką rozpłatali piersi.

On błysnął okiem w bezmownym podzięku,

I upadł trupem bez skargi, bez jęku.

4.

Z czterech stron świata ciągną się zastępy,

Z czterech stron świata zlatują się sępy,

Medy z Egiptem, Pers z Indyanami,

A Artafernes i Datis wodzami.

Aż wichr się zrywa od wiania buńczuków,

I gwar powstaje od pochrzęstu łuków,

Od końskich kopyt ziemia poczerniała.

Tak wielka koni i ludzi nawała.

Możnaby niemi podbić cały świat ten,

A tam krzyk tylko: „Do Aten! Do Aten!!

I mają rozkaz surowy wodzowie.

Żadnej ateńskiej nie przepuszczać głowie,

I wiele, wiele przysposobić łyków —

Tyle w Atenach wezmą niewolników.

Ciągną szarańczą. Z pięknego Miletu

Zostały jeno ogryzki szkieletu.

Na szyjach niewiast szczerbiły się miecze.

Chodzono w zakład, kto więcej wysiecze.

Naxos w płomieniach, nad nią dymy w chmurach;

A starce z dziatwą chronią się po górach.

Morska Eubea w perzynie osiadła;

Harda Eretria do ziemi przypadła;

I cała Grecya struchlała i zbladła.

5.

W Atenach trwoga; lud tłumem się zbiera,

Milczy i smutnie po sobie spoziera.

Wierny swój naród opuściły bogi,

I do wyboru dały mu dwie drogi:

Łańcuch i hańba — lub śmierć i mogiła!

A jedni szepczą: „Nieprzyjaciół siła!

Na cóż się przyda ofiara i męztwo?”

A drudzy krzyczą: „Śmierć albo zwycięztwo!”

Śród nich Milcyades jak zesłannik bogów,

Jak ona Pitia z delfickich trójnogów,

Słowem podźwiga zwątpiałego ducha.

Lud go otoczył — zwiesił skroń i słucha.

„Kto chce być sługą, niech idzie, niech żyje,

Niech sobie powróz okręci o szyję.

Niech własną wolę na wieki okiełza.

Pan niedaleko, — niech do niego pełza,

I tam głaskany, a potem wzgardzony.

Niechaj na progach wybija pokłony,

Niech jak pies głodny czołga się bez końca

Za pańską nogą, która nim potrąca.

A my zostańmy! My w nieszczęściu razem!

Albo wytępim wrogów tem żelazem,

Lub za najświętszą wielkich bogów wolą

W grobie się wolni schronim przed niewolą.

Na naszej skroni tylko z laurów wieniec,

Lub bladość trupia, — nie wstydu rumieniec!

Wy się trwożycie tą liczbą ogromną,

I tą przemocą, co się zda niezłomną —?

Cóż jednak znaczy taka ćma motłochu,

Wylęgła z prochu, czołgająca w prochu,

Którą do boju popędzają biczem,

Aby nie pierzchła przed wolnych obliczem.

Jakąż nad nami może mieć przewagę,

Zgięty niewolnik, którego odwagę

Nikt nie ocenia, co bez łez umiera,

A gdy zwycięży, całą sławę zbiera

Żelazna ręka, co go w bój wypycha,

A którą prawo nie włada, lecz pycha. —

A nas, nas wielkich praojców posągi

Do świetnych czynów wzywają, jak ongi,

Długim szeregiem ogrodziły rynek,

Ażeby sądzić każdy nasz uczynek,

Aby nas gromić marmurową twarzą,

Jeżeli wrogi ziemię ich znieważą.

A nas, nas wszystko do boju porywa,

Każda piędź ziemi mogiłami żywa,

To jasne niebo, co niesie w obłoku

Cienia poległych, widne duszy oku,

I cała przeszłość, ta przeszłość wiekowa,

Co w swojem łonie tyle sławy chowa!

Bogowie z nami! Jedno nasze ramię

Tysiąc najemców zgruchoce i złamie.

Bogowie z nami! Oni nas prowadzą!

Oni nam siłę Tytanów nadadzą!

Niechże nas wspiera ich błogosławieństwo!”

A lud wykrzyknął: „Śmierć albo zwycięztwo!”

I śród radości weselnych okrzyków

Posłał do Sparty i do Platejczyków

Prosić pomocy.

Odmówiła Sparta;

Bo jej zabrania święta ustaw karta,

Co jest wyrocznią przy wszelkim obrządku,

Na bój wyruszać w księżyca początku.

Ale Platea nie bacząc na gwiazdy,

Przysłała zbrojny hufiec dzielnej jazdy.

6.

Nad Maratonem

Wzniosło się niebo zarzewiem czerwonem.

Nad Maratonem przeciągają sępy,

Siadły na skałach i dziób ostrzą tępy.

Bijąc skrzydłami niecierpliwie kraczą,

Rychło też ścierwo na polu obaczą.

A przeciw Persom stoi garstka ludzi.

Persom się zdaje że ich oko łudzi;

A gdy poznali istotę zjawiska,

Zagrzmiał w ich szykach śmiech urągowiska

Med pomrukuje: „Szaleni! Szaleni!

Jeden na tysiąc! my niezwycięźeni!”

Greccy wieszczkowie dobrą wróżbę głoszą;

I na znak dany miecze się podnoszą,

Noga w przód sunie, mur się tworzy z tarczy;

Od strony Medów już milion strzał warczy,

Już się zbliżają, już ku sobie biegą,

Szczęk, jęk, kurzawa...

Niech ich bogi strzegą!

7.

W Atenach pusto. Kto mógł miecz podźwignąć,

Już ojca swego w boju chciał wyścignąć.

W nagłej potrzebie, dla kraju posługi

Rzucano skarby, warsztaty i pługi;

Nawet swych mędrców uczniowie odbiegli,

I za kraj może w tej chwili polegli.

I każdy ziszczał nie słowem lecz czynem,

Że niewyrodnym był ojczyzny synem.

W Atenach pusto. Śród obszaru miasta

Pozostał starzec, ślepiec i niewiasta.

A kto mógł, patrzał w trwożnym niepokoju

Czy nie obaczy co od strony boju.

Nic, nic nie widać; i słońce zagasło,

I gwiazdy.... Cyt — cyt; coś w pobliżu wrzasło....

Prędkiemi kroki ktoś po bruku bije,

I woła: „Tchu! Tchu! Głosu! Grecya....żyje!

Cześć! Cześć!...Milcyades!...Tchu!...Zwycięztwo z nami!”

Kobiety z domów wyszły z pochodniami....

Z gałązką lauru Grek ulicą bieżył,

I padł wołając: „Zwy — cięztwo!” — Już nie żył.

A lud się ciśnie, podnosi mu głowę,

Rozrywa zbroję; — całe ciało zdrowe!

Ni śladu rany.

8.

Na pobojowisku

Po całodziennem morderczem igrzysku,

Po krwawym trudzie, po stoczonej wojnie

Tysiące ludu usnęły spokojnie.

Grecy z Persami na jednem posłaniu,

Leżą bez gniewu w wiecznem pobrataniu.

A przy nich kruki skaczą i godują,

I schrypłym głosem braci swych zwołują.

Z jednego Greka kruk ciało wyrywa.

Grek konający tak do niego śpiewa:

„O szarp, szarp serce, niech już zaumiera!

O pij, pij kruku, krew to bohatera!

Szarp, pij, a dziób twój jak ramię urośnie!”

Niewiasty greckie śpiewają żałośnie,

Nad każdym trupem chylą się z kagańcem,

Czy okrytego nieprzyjaciół szańcem

Nie ujrzą ojca, kochanka, lub męża....

Wschodzący księżyc bije w lustr oręża;

To Sparta idzie — obaczyć ciekawa.

Gdzie się toczyła Aten walka krwawa.

Gdzie Med okrutny, co swe straszne imię

Obwieszczał Grekom w krwi, w pożarów dymie.

Teraz bezwładny snem spokojnym drzymie.

r. 1844.

Sigue explorando

Por su autor
Kornel Ujejski · 30 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Kraków (Ujejski)Marsz polski →

Expediente

Autor
Kornel Ujejski
Título
Maraton
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-maraton--kornel-ujejski-f37d7b
Cita recomendada
Kornel Ujejski, «Maraton», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-maraton--kornel-ujejski-f37d7b.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.