Maj okrutny z białemi nocami
z wołającem pukaniem u wrót,
mgła błękitna, jak dym, za plecami,
a przed nami wymarzony cud,
wiecznie zmięte róże nad gorsami,
w zwarjowanych oczach żar i chłód...
— Zbudź się, bracie! Osłoń mnie przed snami,
przed trucizną moich własnych złud.
Dobrze w słońcu na kwitnącej łące,
niby we śnie, wpaść w taneczny krąg
i pleść wianki, i wino szumiące
z miłym druhem pić z kochanych rąk,
cudzym żonom rozdać kwiaty mrące
i samemu rozkwitnąć, jak pąk,
lecz dostojniej przez pole dymiące
iść za pługiem i siać ziarna wkrąg!