CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Lilla Weneda — Akt drugi

polaco

Dalibóg! trupów tu jak maku: głupcy!

Gdyby się spytał kto tych wszystkich durniów

Dla czego teraz się nie mogą ruszyć?

Jeden odpowie: brak mi kawałeczek

Serca — a drugi: mam strzałkę maleńką 5

W mém pacierzowém ogonie; i każdy

Miałby wymówkę — ze mną tak nie będzie.

Nie, ja do śmierci chcę żyć, a po śmierci

Będzie jak Bóg chce i jak chce Pan Gwalbert —

Cóż to za wiedźma przed stosem z płomieni 10

Trupich piszczeli ogniem oświecona?

Czar się nie robi — tu jest człowiek żywy.

Jezu Marya! gotowa mnie zabić.

Wężu kto jesteś?

Umarły ze strachu.

Gdzie idziesz?

Wszędzie gdzie każesz Wwaćpani. 15

Ja wiem czém jesteś... ty będziesz zabójcą.

Mam tutaj sztylet.

Jakaś waryatka!

Przed tobą płynie krwi bolesnéj rzeka

Z tych trupów cieknie i płynie.

Za tą wodą dom człowieka, 20

Ten człowiek zginie;

Życie jest jego dla mnie jak psa życie.

Ty go zabić powinien.

Ja?

O świcie

Go zabijesz, idziesz po to.

Słuchaj! — jesteś złodziejem...

Ja?

I złotą 25

Harfę ukradniesz mego ojca.

Pięknie!

I słuchaj, jeśli z bolu harfa jęknie,

Jeżeli jęknie ojcu mojemu kradziona:

Ty ją utulisz w płaczu jak dziecko — i skona

Ojciec mój — ale harfa zwycięży narody! 30

Pamiętaj!

Dobrze.

Lub z głazem do wody

Rzuć się i toń — bo serce ci wydrę i oczy.

Rozumiem, ukraść harfę i zabić człowieka.

A to mi wcale piękna awantura!

Wylazła z trupów i z płomieni mara 35

I mówi do mnie: Ślazie jesteś zbójcą —

Dziękuję pani że tak dobrze trzymasz

O mojéj cnocie — A do mnie ta znowu:

Mój mości Ślazie waść jesteś złodziejem —

Chciałem ją za to w pysk, a ona w ogień 40

Jak Salamandra; szukajże z nią ładu!

Gdyby przynajmniéj była powiedziała

Czy mnie powieszą jak będę złodziejem? —

Co teraz robić?... Widzę tam na górze

W złocistéj zbroi nieboszczyka — pójdę, 45

Obedrę zbroję i na siebie włożę,

Może cokolwiek znajdę w niéj odwagi.

Trzaska w płomieniach kość,

W czaszkach się warzy mózg,

Tu kwiatów będzie dość 50

I lilijowych rózg

Z kwiatami o! z białemi kwiatami...

O! o! — o! o! —

Trupy moje! Trupy moje! Bóg z wami!

Ja palę trupy wciąż. 55

Tu mój kochanek był,

Do czaszki przylazł wąż,

I krew mu z oczu pił,

I do czaszki wlazł krwawemi ustami.

O! o! — o! o! 60

Trupy moje! Trupy moje! Bóg z wami!

Otóż ubrany jestem jak na święto.

Ta wiedźma wrzeszczy tu na całe gardło

A tu są ludzie co chcą spać: Naprzykład

Ten obywatel co mi dał tę zbroję 65

Chciał spać, musiałem dobić nieboraka.

Ergo ta wiedźma powiedziała prawdę;

Bo jeśli dobić, żyć nie mogącego

Znaczy to samo co odebrać życie:

Więc ja zabiłem — nie — tylko dobiłem. 70

Gdzież w przykazaniach Boskich: nie dobijaj —

A gdyby nawet było w przykazaniach

To ja nie wierzę w Boskie przykazania..

I tak... a jeszcze na moją obronę

Mógłbym przytoczyć że mię ten nieboszczyk 75

Prosił abym go zrobił nieboszczykiem...

Temi wyrazy: widzisz tu Salmona

Z połamanemi kościami — więc dobij!

Więc ja dobiłem go i rzecz skończona. —

A teraz pójdę w téj zbroi do Lecha; 80

I będę, jakbym przywędrował z Lechem,

Służyć u Lecha i zwać się ślachcicem.

Więc ty widziałeś jak mój Salmon zginął?

Opowiedz jego śmierć.

Kiedy się Lechu

Za ostatniemi Wenedy puściłeś

Na czarnym koniu, Salmon twój kochany,

Ujrzawszy wzgórze na którém dwunastu 5

Stało Derwidów, z harfami złotemi,

Tak że z tych starców i z harf pagórkowi

Była korona, rzucił się z dobytym

Mieczem, na owe wzgórze Salmon młody,

I nie znajdując żadnego oporu, 10

Króla Derwida wziął za siwą brodę

I ciągnął z tronu kamiennego gwałtem:

Gdy oto nagle, harf złotych dwanaście,

Jako dwanaście siekier podniesionych,

Na hełm Salmona spadło... a jam słyszał 15

Jęk tego hełmu i jęk harf dwunastu...

Przybiegłem — wzgórze całe było puste,

A na niém leżał cichy trup Salmona.

Na Boga! każda z tych harf mi odpowié

Życiem, za życie mojego rycerza. 20

Już się królowa zemściła na królu.

I cóż?

Kazała mu wyłupić oczy.

Na Boga! mała kara, mała kara!

Psy! psy! psy! — zabić harfami rycerza,

Chciałbym ten kielich cały krwią napełnić... 25

Rycerz rozbity jak garnek, nie bronią

Ale harfami! — pfu! — zgroza. Sygonie

Gdyby mi kiedy taka śmierć groziła

Utnij mi głowę, zrąb mi głowę z karku.

Cóż to za biała jakaś Wenedzianka? 30

Córka starego króla.

Tego starca

Który mi zabił Salmona?

Tak panie.

Czegoż ode mnie ona chce?

Litości.

Właśnie mi teraz z litości wystygło

Serce, twój ojciec jest mi jak wąż sprośny. 35

Młodocianego mi zabił rycerza.

Więc nie litośny bądź lecz sprawiedliwy.

Ty ojcu memu zabiłeś tysiące

Młodych rycerzy i przyjaciół starych:

A żona twoja mu nie zostawiła 40

Oczu by płakał nad swoją niedolą.

Wyście mu wszystko wydarli! ach wszystko!

Nawet pociechę którą ma płaczący

Przez ołzawione oczy widzieć niebo,

Lub twarz człowieka który nad nim płacze, 45

Lub lice córki, co chce być wesołą,

I twarz umila nadziei promieniem.

O! panie, wszystkoście mu już wydarli!

Wszystko prócz serca córki nieszczęśliwéj.

Idź Lechu — obacz go — a będziesz płakał! 50

Idź Lechu! — on tam na twoim dziedzińcu,

Za siwe, święte włosy przywiązany —

Głodny mój ojciec! cierpiący mój ojciec!

Idź Lechu! obacz co oni zrobili

Z moim nieszczęsnym ojcem — ty masz oczy: 55

Więc idź i obacz... a jeśli ty Lechu

Na taki widok nie będziesz litośnym,

To chyba jesteś Lechu, nie człowiekiem.

Sygonie moja Gwinona się biesi,

Ona tu miarę przebrała.

O! Panie 60

Ona tam teraz przed wiszącym starcem

Do okrucieństwa zaprawia twe dzieci,

Ojca mojego im nazywa królem,

A to maleństwo za matką świegoce

Król, król, i w mego ojca oczy puste 65

Niegodziwemi rzuca kamyczkami.

O! idź ty Lechu i obacz tę zgrozę!

O! idź ty Lechu i skarz tę kobiétę!

Ona ci psuje Lechu twoje dziatki,

Z tych dziatek będą potém królobójce, 70

Ty będziesz się bał gdy cię nazwą królem,

Tak jak zwą dzisiaj mego ojca królem:

Król, król, jak kawki świegocą. O! Lechu

Idź sam i obacz...

Wszak nie ma w tym grzechu

Sygonie, mojéj miłéj podciąć skrzydeł... 86

On mi uwolni ojca z rąk straszydeł...

Mamo ja nie chcę więcéj tego starca

Bić kamykami. On się już nie rusza.

Krak, jak wyrośniesz będzie z ciebie baba.

Nie, mój braciszek Arfon będzie babą,

A ja rycerzem sławnym jak mój papa. 5

Chcesz być rycerzem? a kiedym kazała

Wziąść łuk i trafić w serce tego starca

To skowytałeś jak psiątko: — nie mamo,

Nie, ja żałuję dobrego staruszka. —

Wstydź się czyżykiem jesteś nie chłopakiem. 10

Cóż ten staruszek zrobił tobie, Gwina?

Co? nie pamiętasz już Kraku, Salmona?

Salmona, co cię nieraz na rumaku

Sadzał i uczył harcować... ten stary

Zabił Salmona, Salmon już nie wróci. 15

Ten stary zabił Salmona?

A widzisz?

Już rączki ściskasz w kułak, jużeś gniewny. —

Arfonie daj łuk braciszkowi — daj mu.

On lepiéj strzela niż ty.

Ja sam trafię.

Idź, baw się z harfą, daj łuk braciszkowi. 20

Na, i mierz w serce, w serce — wiesz gdzie serce?

Wiem mamo, bo mi teraz głośno puka.

O! widzisz panie, chcą mi zabić ojca.

Gwinona, każ mu spuścić łuk, na Boga!

Bo go tu zetnę szablą jak makówkę. 25

Cóż to?... czy ojciec jest tu u was niczém?

Spuść łuk! bo łebek ci ukręcę — spuść łuk!

Spuść łuk, mój Kraku, papa tobie każe. —

Cóż to tak gniewny mój człowieku? cóż to?

Mam się nie gniewać? ja mam się nie gniewać 30

Kiedy tu widzę moje własne dzieci

Urągające z niedoli królewskiéj,

Jedzące mięso jak orlątka młode.

Cóż to? czy moje dzieci są chowane

Jak psy rzeźnika? — precz mi z tąd szczeniaki! 35

Gwinona, dosyć już tych okropności.

Każ tego starca odwiązać.

Ty panem,

Każ go odwiązać.

Cóż to? jużeś gniewna?

O! dzień przeklęty kiedym ja się dała

Uwieść przez ciebie z Iślandzkiego brzegu 40

Abym tu była teraz niewolnicą

Twojego gniewu i niestałéj żądzy.

Lepiej mi było morze rozhukane

Poślubić, albo wulkan płomienisty,

Lub zostać Nixów albo Farfadetów 45

Małżonką: lepiéj o! lepiéj sto razy;

Niż teraz za mym ubogim rycerzem

Przez świat wędrować i znosić obelgi,

I nie być pewną dnia że mąż mię kocha.

Bo jakże kocha mnie ten lew ryczący? 50

Serce mi ciągle gryząc albo głaszcząc,

Dłonią żelazną — jakże mi pochlebia? —

Z rana pochlebia a wieczorem karci.

Jakże mi wierną miłość wynagradza?

Co mi da z rana, odbierze wieczorem 55

Tak że ja nie wiem, żoną ja czy sługą

Jestem u niego? miłą mu czy gorżką?

Szlachetną w jego myśli? albo podłą? —

O! jeśli tak ma być zawsze o! Lechu!

To mię odegnaj i pójdę ja bosa 60

W te ciemne lasy wilkom i niedźwiedziom

Pochlebiać, łasić się, prosić o litość. —

Wstydzisz się; nic mi już nie odpowiadasz?

Bo ty szlachetny i wiesz że mam słuszność.

Dzisiaj mi dałeś w moc tego Derwida, 65

Pierwszy raz rzekłam: on mi przecie ufa:

A teraz muszę znów wyjść z omamienia.

Chodźcie tu wszyscy! patrzcie jak Lech rycerz

Żonie danego dotrzymuje słowa.

Ja w słowie jego zaufana święcie, 70

Na jego słowo dałam moje słowo:

Teraz on swoje święte słowo łamie;

A ja się muszę oszkalować sama,

I zaprzysiężeń moich niedotrzymać...

Chodź tu dziewczyno, wyzwałaś mnie dzisiaj 75

Na zakład, że trzy razy ojca twego

Wyrwiesz od śmierci — a ja ci przyrzekłam

Że twego ojca oddam ci, jeżeli

Trzy razy śmierci go wyrwiesz okropnéj.

O! łatwo zakład ci wygrać z królową 80

O któréj honor nie dba mąż i rycerz.

Ciesz się więc. — A ty Lechu, téj dzieweczki

Zdrowie pić będziesz moją krwią — ty znasz mnie!

Iślandzką jestem królewną, pamiętaj!

Do obelg takich nie przyzwyczajona. 85

Stój.

Idę z wieży się rzucić.

Kobiéto!

Jak mię nie będzie, każesz z moich włosów

Porobić struny do twéj harfy złotéj

I starzec ci ten będzie o méj śmierci

Grał — albo wicher Iślandzki przyleci 90

Z ojczystéj mojéj ziemi i na strunach

Położy usta przekleństwem wyjące.

Za nadto jesteś teraz rozżalona,

Mówić nie można z tobą.

O! mój panie.

Czego od mnie chce ta wiedźma? wszyscy 95

Przeciwko mnie są.

Więc mój ojciec skona?

Twój ojciec na śmierć zasłużył sto razy.

Niechaj rycerze go dokończą — i niech

Więcéj nie słyszę o nim.

Ach! okrutny!

Słuchajże teraz mnie, straszny człowieku! 100

Słuchajże teraz mnie, ty pani krwawa!

Ja tu wynajdę, aby wam nakarmić

Zemsty łaknące serca, taki sposób,

Taką wam straszną rzecz wynajdę myślą,

Taką rzecz powiem: że wy struchlejecie 105

Na samą pierwszą myśl téj okropności.

Słuchajcie tylko! słuchajcie! Ten starzec

Ma dzieci — dzieci te u was w niewoli,

Dwóch macie synów tego starca w rękach:

Otóż wybierzcie z nich którego losem, 110

Dajcie mu w ręce topór wyostrzony,

Niech o sto kroków stanie i toporem

Rzuci na ojca — co? czy pozwalacie?

Przywieść tu jeńców.

Lecz królu! lecz królu!

Jeżeli brat mój rzuciwszy toporem 115

Starcowi tylko włos ustrzyże siwy:

O! patrzaj — ten włos co tak przezroczysty

Jak blady gwiazdy błękitnéj ogonek

Pomiędzy drzewem a starego głową:

Jeżeli ten włos tylko mu ustrzyże, 120

To więźnie będą wolni — czy przyrzekasz?

Ów co rzecz taką zrobi, będzie wolnym.

Oba?

Tak oba...

I mój ojciec?

Ojciec

Do mnie należy — zbaw go tak trzy razy

A będzie wolnym.

Ach czyliż niedosyć 125

Raz tylko ojca tak zbawić Królowo?

Otóż są więźnie, mów czy się podejmą?

Ty siostra, srogi targ zrobiłaś za nich.

O! mówcie do nich wy — ja cała drżąca.

Jest wieść że celnie rzucacie toporem. 130

Jeśli z was który o sto kroków rzuci

Topór na ojca, i tak weń wymierzy,

Że wiszącemu na drzewie za włosy

Starcowi tylko włos ustrzyże siwy:

To będzie wolny razem ze swym bratem. 135

Nie zechcą! oni nie zechcą! — Polelum

Jedyny to jest dla ojca ratunek,

Ojciec na drzewie powieszony, skona,

Jeść mu nie dano ani pić — on skona!

On was nie widzi — wydarto mu oczy. 140

Jeżeli topór mu roztrzaska głowę

Nie będzie widział że to syn tak rzucił.

On śmierci swojéj przed śmiercią nie ujrzy.

Jeżeli umrze... o śmierć nielitośną

Swego własnego syna nie posądzi... 145

Polelum... topór weź. Ojciec nie widzi.

Weź, tylko śmiało...

Daj.

Ale go nie rań.

I cóż mam robić?

Psie! ty godzisz we mnie.

Mówisz że trzeba godzić w mego ojca?

Zgnijesz w kajdanach jeśli nie posłuchasz. 150

Bracie, napróżno targasz się w łańcuchu,

Niewolnikami jesteśmy, Polelum.

Pomyśl — ty dobrze władasz tym żelazem.

Gdyby nie serce w tobie, tobyś trafił,

Więc zatruj serce na chwilę i pomyśl 155

Że to nie w ojca włos uderzyć trzeba,

Lecz w łona ludzi tych, soco będą czuli

Hańbę ze swego zwycięztwa nad nami...

Polelum! podnieś ten topór okropny,

Przykuty do mnie za twą lewą rękę, 160

Tyś niewolnikiem mojéj ręki prawéj:

Ty cały jesteś moją ręką prawą:

Ty będziesz rzucał, a ja będę cierpiał —

Mamyż na wieki i my i nasz ojciec

Już pokonani być dolą, i nigdy 165

Nigdy tym krwawym ludziom nie pokazać,

Co wreszcie może rospacz niewolnika?

Polelum! zemsty! — Ja skonam w więzieniu...

Mnie trzeba słońca... tobie zemsty trzeba.

Ach bądź odważny.

O! Bogi piekielne! 170

Z jednéj mi strony brat cierpiący kona —

Tam ojciec nędzny — tu mi dają topór —

Co robić!

O! mój Polelum! o bracie!

Zbawisz nas wszystkich.

Daj topór. O! Boże! —

Odwróćcie oczy, abym ja nie widział 175

Na waszych bladych twarzach przerażenia. —

Więc trzeba włosy te odciąć — te włosy —

Te siwe włosy? — Nie patrzcie wy na mnie

Bo mi się oczy łzami ćmią. Okropnie!

Czy wy jesteście pewni że mię ojciec 180

Nie widzi — tylko czy jesteście pewni?

On ma wydarte oczy.

Przez błyśnięcie

Mego topora utraciłby oczy,

Gdyby mu ludzie oczu nie wydarli.

Ach dosyć było taką rzecz wymyśleć 185

A starzec by sam sobie wydarł oczy,

Aby nie patrzał na zabójcę syna.

O! do czegoż ty przyprowadzasz Boże

Człeka co stracił ojczyznę! — O! patrzcie

Ażeby teraz wyratować brata 190

Muszę być ojca mego męczennikiem.

Siostra mnie własna o zabójstwo prosi,

Ludzie z boleści mojéj urągają.

O! przyjdź godzino zemsty albo śmierci!

Cóż to, więc nie masz odwagi?

Bezczelna! 195

Ja się odwagi mojéj własnéj boję. —

Prowadźcie mnie tam skąd mam rzucać topór.

O tém ciśnięciu straszliwém Weneda

Będzie wam śnić się...

Niestety! Niestety!

Gdzie sprawiedliwość Boska? gdzie pioruny? 200

Syn na własnego ojca topór rzuca,

Niebo się całe ćmi krwawemi łuny,

Błyskawicowych chmur rzygnęły płuca,

Piorunów deszcz okropny — świat się wzdryga!

Cóż będzie jeśli topór w czaszce jęknie? 205

Topór, co w drżącéj ręce syna miga:

O! synu! serce twe z boleści pęknie,

O! córko, ojca twego krew cię splami!

O! biada wam! o! biada niewolnicy!

Mięsza się wasza krew z waszemi łzami, 210

Serca dajcie krew pod dziób orlicy,

Ona wyściela gniazdo waszemi włosami.

O! Niewolnicy!

Zemsta! zemsta! dopóki serce bije zemsta!

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Kulik (Słowacki, 1864)List do Aleksandra H(ołyńskiego) (1894) →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Lilla Weneda — Akt drugi
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-lilla-weneda-akt-drugi--juliusz-sowacki-29d5b6
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Lilla Weneda — Akt drugi», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-lilla-weneda-akt-drugi--juliusz-sowacki-29d5b6.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.