CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJaroslav Vrchlický

Jaroslav Vrchlický · Modernismo

Legenda o świętej Zycie

polaco

W chwale niebios, tam, w błękitach

Nie wiem, nie wiem, święta Zyto,

Czy wspominasz sobie kiedy

O tym cudzie niezwyczajnym,

Co wydarzył się przed laty,

Gdyś w Janowie, dobrem mieście.

Służbę miała u prefekta?

W snach mych nieraz słyszę pieśni

I organów słyszę dźwięki,

Co, jak skrzydło gołębicy,

Szumią kędyś ponad głową,

Widzę stary dom ów Boży

Z posągami świętych Pańskich.

W nim przeróżne arabeski

I te wązkie, długie okna,

Kolorowe w oknach szyby,

Które światło barwne łamią;

Przez otwarte zaś podwoje

Widzę świece na ołtarzu,

A w kadzideł sinym dymie

Główki małych cherubinków,

Co z uśmiechem na mnie patrzą.

Myśl o dawnych, lepszych czasach

Tak się czepia mojej duszy.

Jako gniazda tych jaskółek

Uczepione w fałdach sukni

Świętych Bożych nad portykiem.

Jeden z tych to cherubinków.

Okrąglutki, oskrzydlony,

Opowiadał powieść ową.

Ja ci ufam, święta Zyto,

Że się na mnie nie rozgniewasz,

Gdy powtórzę ją przed światem

W słowach prostych, nieuczonych,

Szczerych, jak to moje serce

I jak twoja wiara, Zyto.

W owych czasach, kiedy wiara

W głębi dusz leżała na dnie,

Dosięgając tęczą niebios;

Gdy cud nie był obcy ludziom,

Gdy Franciszek uczył ptaki,

Gdy wilkowi mawiał: „Bracie!“ —

Tu, w Janowie, dobrem mieście

Służbę miała u prefekta

Święta Zyta, zacna dusza,

Sprawiedliwa i wierząca.

Jeśli mogła co dnia rano

Choć na jedną małą chwilkę

Zboczyć z drogi do kościoła

I pomodlić się przykładnie,

Czynną była już dzień cały.

Pracowitą i wesołą.

Wszystko szło jej jakoś składnie.

Niby rymy w piosnkach dawnych.

Nadto wiele, nadto wiele

Pracy święta Zyta miała

W obowiązku u prefekta:

Do niej w domu ład należał,

O zasobach wszelkich piecza,

Praca w kuchni i śpiżarni.

Wszak wszystkiemu podołała,

Sprytu, chęci mając sporo,

Więc codziennie choć na chwilkę

Do kościoła zaszła rankiem.

Były gody u prefekta.

Rano wstawszy, święta Zyta

Po sprawunki na targ śpieszy,

Kosz za koszem nosi z miasta,

Drób i ryby, winogrona,

Ananasy i karczochy,

I przeróżnych win butelki.

Już chce zacząć gotowanie,

Gdy wtem na myśl jej przychodzi,

Że nie była dziś w kościele,

Aby zmówić ranny pacierz

Lub Zdrowaśkę chociaż jedną.

Z okna kuchni widać było

Wielki, stary dom ów Boży,

W nim goreją jasne światła,

Słychać pienia, dźwięczą dzwony.

Z rąk wypada wszystko Zycie,

A łza ciężka zwilża oko.

— „Wpadnę“ myśli „do kościoła,

„Zmówię jeden choć paciorek,

„Tak bliziutko, zresztą dosyć

„Jeszcze czasu do obiadu“.

Poszła tedy. Dziwny losie!

Nigdy jeszcze nie straciła

Na modlitwach tyle czasu

Jako dzisiaj. Nic dziwnego,

Boć ten kościół ulubiony

Nigdy nie był tak wspaniały.

Dawne świętych malowidła

Lśnią się blaskiem dziś, jak nowe,

Brzmią organy, stare dzwony

Dźwięczą, kwilą bez ustanku;

Wszyscy święci na ołtarzach

U tych arkad, u tych słupów

Stoją, zda się, jakby żywi.

Ba, i nawet szatan owy,

Co pod nogą archanioła

Tak boleśnie twarz wykrzywiał,

W blaskach słońca zęby szczerzy

W stanie jakiejś rezygnacyi — —

Zadumana klęczy Zyta

W zagłębieniu bocznej niszy.

Zapomniała dziś o wszystkiem:

O zapasach, co kupiła,

O tych rybach, o owocach

I o gościach, co przybyli,

I o gniewie swego pana.

Już dwunasta. Na to hasło

Wstała z klęczek śpiesznie Zyta

Wpółprzytomna, przelękniona.

— „Biada, biada! Co tu począć?“

Przeżegnała się z pośpiechem

I do domu szybko bieży.

Przed prefekta widzi domem

Mnóstwo bryczek, ekwipaży — —

Przelękniona woła znowu:

— „Biada, biada! Co tu począć?“

W lot do kuchni pędzi żwawo.

Gdy na schody wbiegła, nagle

Czuje jakieś dziwne wonie,

Z kuchni drzwiami dym się wali.

Tam coś syczy, kipi, pryska,

Dźwięczą noże, dzwonią misy,

A ogniska blask czerwony

Przed oczyma świeci jasno.

Czyżby pan jej nową sługę

Przyjął sobie, myśli Zyta.

Niepodobna, by tak prędko

Mogła obiad ugotować...

Zadziwiona stoi w progu,

Patrzy, blednie, drży ze strachu:

Zastęp małych cherubinków

Okrąglutkich, oskrzydlonych,

W kuchni biega jak najęty,

Liczka im jak róże płoną,

Rumienieją jak granaty,

Ten przykłada drew na ogień,

Ten obraca śpiesznie rożen,

Ten zaś melon kraje złoty;

Inny tłuste mięsa kąski

Na półmisek srebrny kładzie,

Obłożony zieleniną;

Ten z winogron, z jabłek wznosi

Różnobarwną piramidę;

Jeden kraje, drugi sieka,

Trzeci tłucze coś w moździerzu,

Aż mu z czoła pot się leje,

Pot kroplisty — jako perły;

Tam zaś jeden nieboraczek

Przy robieniu makaronu

Przyciął sobie mały palec:

Dmucha, tłustą buzię krzywi,

Nie wie, jak ma sobie radzić.

Co za wrzawa, ruch i zamęt!

Wreszcie wszystko już gotowe.

Dań do stołu aż dwanaście:

Poczynając od fig złotych,

A zaś kończąc na półmisku

Z wielką rybą, co cytrynę,

Leżąc w sosie, w paszczy ściska.

Wśród tych potraw wina różne

I deserów pełne tace.

Wszystko tylko poodnosić.

Co za widok! Jakież wonie!

Zadziwiona, oniemiała

W progu izby Zyta stoi,

Wreszcie łamiąc ręce białe,

Postąpiła kroków kilka.

„Święty Boże, co za cuda!“

Przez łzy woła, ręce składa;

Lecz zaledwie ją spostrzegli

Oskrzydleni aniołkowie,

Jakby strzelił, giną naraz,

Jeno szum ich białych skrzydeł

Słychać coraz ciszej, ciszej,

Każdy rączką żegna zdala

I w mgłę naraz się rozpływa;

Nikną wszystkie główki małe,

Złotowłose, kędzierzawe,

Ulatując coraz ciszej.

Pozostała jedna Zyta,

Odrętwiała, zamyślona.

Wtem z pokojów brzmi głos pana:

— „Już południe, daj do stołu!“

Nie wiem, co się dalej działo.

Lecz ten mały cherubinek,

Co to wszystko opowiadał,

Szepnął także mi do ucha,

Że ten obiad prefektowi

I przezacnym jego gościom

Przypadł wielce znać do smaku.

Śmiech wciąż tłumiąc mówił o tem.

Wreszcie dmuchnął w piąstkę drobną,

Skrzydełkami zatrzepotał

I na drodze snów mych zniknął.

Wierszem prostym, nieuczonym

Dośpiewałem moją powieść.

Mniejsza, czy się wam spodoba,

Śmiem zapytać, święta Zyto,

Czy wybaczysz, żem cię zdradził?

Sigue explorando

Por su autor
Jaroslav Vrchlický · 577 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Legenda o sv. ZitěLegenda ze Zlaté koruny →

Expediente

Autor
Jaroslav Vrchlický
Título
Legenda o świętej Zycie
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-legenda-o-swietej-zycie--jaroslav-vrchlicky-642954
Cita recomendada
Jaroslav Vrchlický, «Legenda o świętej Zycie», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-legenda-o-swietej-zycie--jaroslav-vrchlicky-642954.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.