CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Kuszenie na puszczy

polaco

III.

KUSZENIE NA PUSZCZY.

Tedy proroków i mędrców sposobem

Zwrócił się w stronę, gdzie go puszcza głucha

Przynęca ciszą i żądz ziemskich grobem.

W spokoju serca i skupieniu ducha

Dla rozstrzelonej chciał poszukać braci

Złocistych ogniw wiecznego łańcucha.

Albowiem wierzył, że narodu kaci,

Faryzeusze i arcykapłani,

Winni rozdziału, co ich w moc bogaci.

I że z natury ludzie nieskalani,

Przez nich straciwszy swoją czystość łona,

Odbili łodzie od szczęścia przystani:

Błądzą wśród morza, gdzie fala spieniona,

Bez gwiazdnych sterów i bez blasków słońca,

Poddani mocy czarnego eona.

I zmrok ołowiu od końca do końca,

I straszna przepaść bez dniadna i bez brzegu,

A znikąd jasny nie spływa obrońca...

I jako fale na tyn morskim ściegu

Pienią się, syczą i biją do góry

I znów spadają w rozhukanym biegu,

Tak i duch mistrza, troskami ponury

O przyszłość świata, ten statek zmurszały,

Rwie się i rwie się, to znowu, do chmury

Podobien ciężkiej, gdy ją słońca strzały

Na szmat poszarpią, błyska jako szczera

Jasność poranna, jak dzień zmartwychwstały.

A wokół niego właśnie noc zamiera:

Przez skał szczeliny, co ponad nim wiszą,

Świt oto drogę złocistą otwiera.

I, purpurową jaśniejący ciszą,

Wstaje powoli wszechmocny król świata,

Że aż z podziwu strop i ziemia dyszą.

A razem z słońcem ku niebu ulata

Orzeł, ten władca przestrzeni powietrznych,

Co na urwiskach nagich tron swój splata...

Ugodził mistrza tych blasków słonecznych

Urok wspaniały i ich druh, co sięga

Sfer niedostępnych, onych sfer przedwiecznych.

I czuł, że owa przedziwna potęga,

Dzierżąca berło nad szczęściem i bólem,

Atomy wnętrza w jedną siłę sprzęga:

Czemużby nie miał i on zostać królem

Nad tymi ludźmi, co są jako pszczoły?

Ponad tym światem, co rojnym jest ulem?

Czemużby nie miał wieść ich na wesoły,

Kwiatem świecący rozłóg i na wrzosy,

Pachnące miodem?... I duch ponad czoły

Rósł skalistemi, wciąż rósł, aż w niebiosy

Sięgnął słoneczne — w wyż nad orła wzloty,

W wyż ponad słońce. I usłyszał głosy:

»Powiedź ich dotąd! Na skrzydłach tęsknoty

Wiedź, mimo cierni!... Tu kraina ducha

I tutaj szczęście i tu raj jest złoty!«

I oto, jako ogniwa łańcucha

Czarnoksięskiego, te nieznane tony

Wiążą mu duszę... I mistrz słucha... słucha...

»Zostań tu władcą nad nimi!... Korony

Innej nie pragnij nad ducha dyadem...

Tak!... Królu duchów, bądźże pozdrowiony!«

A oto dźwięków tych niebiańskich śladem —

Zdawało mu się, że echy tajnemi

Inne się głosy wiją opok spadem —

Że skały szemrzą: »Bądź-że królem ziemi!«

Że drży ostokrzew i jałowiec szepce:

»Bądź królem ziemi!« że wargi spiekłemi

Dyszą mchy żółte, które stopą depce:

»Bądź królem ziemi!« że mu głuży zdala,

Jak rozpieszczona dziecina w kolebce,

Górskiej rzeczułki rozigrana fala:

»Bądź królem ziemi! o bądź królem ciała!«

I innym ogniem znów się mistrz rozpala.

I był jak żeglarz, którego łódź mała

Jest w środku morza, między dwoma prądy,

I drży, gdy jasna jej gwiazda nie pała.

Lub jak wędrowiec, którego wielbłądy

Między dwie rajskie zawiodły oazy:

Którąż z nich wybrać? nazbyt trudne sądy!

A wtem znów z niebios bez plam i bez skazy

Spływa na pierś mu światłość wyzłacana

I znów, jak złoto, dźwięczą mu wyrazy:

»Synu! nad ziemię!... Słuchaj swego Pana

I ojca swego, a pogardź szeptami,

Które cię kuszą, to szepty — Szatana!«

A więc nad ziemię! Ku niebu! Skrzydłami

Ducha czystemi popłynie ku onej

Głębi, co tak go blaskiem słońc swych mami.

I weźmie z sobą ludzki ród, zbiedzony

Żądz i trosk ziemskich gniotącemi juki,

By zbawiającej doznał tam obrony.

I taka będzie treść jego nauki:

Co jest doczesne, niech zgina swe szyje

Przed tem, co wieczne! Górskich rzek rozhuki

Głuchną, gdy piorun ze grzmotem się wije,

Bo rzeki — ziemskie, a grom — głosem nieba...

Orły — po niebie, dołem pełzną żmije.

Wszystka namiętność i ciała potrzeba

Niechaj ustąpi przed niebieskim celem,

Ach! nawet żądza powszedniego chleba...

Wtem zaczął łaknąć... Nadziemskiem weselem

Pojąc wciąż ducha, dla ciała nie chodził

Za leśnym miodem i pożywczem zielem.

I zdało mu się, że go Szatan zwodził,

Że naokoło szepcą skały zdradne:

»Rozkaż głazowi, by się w chleb przerodził!

Rozkaż, boś królem; masz berło wszechwładne,

Które jest — z nieba!... Chcesz przemienić ludzi?

Przemień i głazy, do zmian więcej snadne«.

I wnet w nim Szatan święty gniew rozbudzi:

I rzecze prorok: »Odstąp precz odemnie!

O chleb się dzienny syn boży nie trudzi!

Widzisz tych kruków zlatującą ciemnię?

Wszakże nie sieją, ni w gumna zbierają,

A jednak żyją!... O, kusisz daremnie!

A owe lilie, które płaszcze mają

Stokroć piękniejsze, niż Salmona szata,

Czy tę jedwabną tkankę same tkają?

Idź, gdzie cię czeka pomrok i zatrata!

Idź precz! Mym chlebem to słowo jest boże,

A me królestwo nie z tego jest świata!...«

A oto z twarzą, jak czerwone zorze,

Płomieniejące boleści płomieniem,

Że ich początek, słońce, pada w morze,

Fioletowem okryty odzieniem,

Jak w czas zachodu wschodnia niebios strona,

Zjawia się przed nim on, co jest Zwątpieniem,

Co Świadomością jest życia, że kona,

I prawd bezwzględnych Negacyą, i sumień,

Drżących bluźnierstwem śród ludzkiego łona,

Że niema kresu ostatnich rozumień,

Wszechwładnym królem; on, ta Przepaść myśli,

Co w uniwersum, jako w morzu strumień,

Toną bez śladu; on, co-ć koło kréśli

W mózgu i mówi: »To wszechbytu koło:

Patrz, jacy mędrce tu przyśli i wyśli,

A któż z nich odgadł, choć pali się czoło,

Gdzie peryferyi koniec i początek?...«

On, co przenigdy nie spojrzał wesoło,

Bo jest Boleścią, jest Żalem; on, Wątek

Daremnych pragnień — on przed mistrzem stanie,

I w jego serca najskrytszy zakątek

Wnikając blaskiem swych oczu, że ranie

Stało się krwawej podobne, wyrzecze:

»Mistrzu!...« A prorok: »Odstąp precz, Szatanie!...«

»Mistrzu! daremnie!... Ja w dusze człowiecze —

I to przekleństwem jest mojego bytu —

Wbijam zwątpienia siedmiorakie miecze...

I od nadiru aże do zenitu

Wypełniam przestwór swymi tchy... Ja jestem —

Razi cię blask mój — nie aerolitu

Jasnym odłamem, który spadł z szelestem

Z gwiazdy jakowejś, ale gwiazdą samą,

Choć blask jej krwawy krwawym tobie chrzestem...

Kiedy byt pierwszy uwił poza bramą

Niebios swe gniazdo, jam go — tak w swem nizkiem

Klną rozumieniu — skalał grzechu plamą.

Nim tyś się z ziemskiem spokrewnił ogniskiem,

Zanim się stałeś tem, czem jesteś — człekiem,

Jam był!... A darz mnie, jakiem chcesz, nazwiskiem:

Wysłańcem piekła, które swoim ściekiem

Zatruwa serca; Szatanem, Zagładą —

Zwij Lucyferem, jak w echu dalekiem

Zwać będą wieki, co, jak mgła, się kładą

I, jak mgła, znowu się kłębią i giną,

Mknąc w przyszłość smutną, ach! w tę przyszłość bladą —

Jestem, czem jestem: Piekłem, Zbrodnią, Winą.

Dość, że mam władzę — nawet ponad tobą...

Mistrzu! czy widzisz tę mgłę zmroków siną?«

— A właśnie strop się okrywać żałobą

Nocy rozpoczął; w miejsce dziennej krasy

Wznosił się zwolna cień, właściwy grobom. —

»Widzisz, proroku, tę mgłę?... Tak, to czasy,

Co idą... Tłum ten, co z mroków czeluści

Wypływa, widzisz?... Patrz! patrz! to opasy,

To fabrykanci i bankierzy tłuści,

Twego królestwa obrośnięci sadłem...

Lecz cyt!... to głos ich!...

A juści! A juści!

Że nie pracujem ni broną ni radłem,

Że nie dźwigamy kosy ani młota,

Że nam po licu rumianem — pobladłem

Chyba z nadmiaru słodkiego żywota —

Nie lśni pot słony, nie cieką łez zdroje,

A jednak mamy chleb i kiesę złota...

Przyjdź twe królestwo, zniwecz ziemskie znoje —

Codzień ta prośba ku tobie ulata,

I mamy, Chryste! to królestwo twoje!

Moje królestwo nie z tego jest świata!

Spojrzyj! Za nimi tłumy idą nowe.

Lecz jak odmienne! Podarta ich szata,

Nogi się chwieją, na dół chylą głowę;

Twarze pożółkłe i zeschłe, jak liście,

Jako te liście — widziałeś — palmowe,

Które samumu zabójczego przyjście,

Od pnia urwawszy, swym żarem spaliło...

Na puszczy samum przewiewa ogniście,

A śród tych tłumów nieprzepartą siłą

Szaleje nędza i patrzaj! co robi

Z ludzi rodzących się zdrowo!... Mogiłą

Dla nich jest życie, kiedy tamtym żłobi

W marmurach łaźnie rozkoszy... O boży

Zbawco!... Posłuchaj!... Gdybym mógł, Hijobi

Zmieniliby się... Patrz, oni!...

W obroży,

Jak psy, kroczymy i, jak psom, żyć trzeba

Ogryzkiem kości, aż się w grób położy

To ciało!... Mówią, że nie warcim nieba —

Że my zbrodniarze... Ha! jeśli zbrodniarze,

To chyba z głodu! Chleba! chleba! chleba!

Spojrzyj, o Chryste, na zorane twarze,

Oczy zapadłe, na dłonie, pęcherzy

Pełne, na grzbiet nasz, co w słonecznym żarze,

Gdy tak pracujem — nie na nas —, swój świeży

Szpik już utracił, a przecież, o Chryste!

I on był wiśny!... Patrzaj, jak to mierzy

Pot i krew naszą to plemię nieczyste,

Ta czerń przed nami... A gdzież to przebywa

Twa sprawiedliwość?... Czy jasne, czy mżyste,

Panie, twe niebo, codzień się wyrywa

Głos nasz ku tobie: Ukróć nasze znoje!

Przyjdź twe królestwo! Twoja dobroć żywa!

Synu! ku niebu! obróć oczy swoje,

Synu, od ziemi, tam, gdzie niebios brama!

Nie z tego świata jest królestwo moje!

Zbawco! i dla tych odpowiedź ta sama?...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Księżniczka Kasia — Akt drugiLas (Kasprowicz) →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Kuszenie na puszczy
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-kuszenie-na-puszczy--jan-kasprowicz-4976e4
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Kuszenie na puszczy», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-kuszenie-na-puszczy--jan-kasprowicz-4976e4.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.