CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaGustaw Zieliński

Gustaw Zieliński · Modernismo

Kum Antoni

polaco

Kum Antoni, człek już stary

Ale jeszcze krzepki, jary;

Bóg go, zdrowiem, szczęściem darzył.

Z ojca, z dziada gospodarzył,

W wiosce, która była pańska,

Choć osada to włościańska.

Kum Antoni, w młode lata,

Obszedł, zwiedził kawał świata.

Za parobka służył w dworze;

Lecz to było w owej porze,

Kiedy pierwsze tu Francuzy

Z szołdrą Niemcem poszły w tuzy.

Oj! zakurzyłoż się wtedy! ...

A co strachu, a co biedy;

Antek, chłop już jak należy,

To go wzięli do żołnierzy,

Łeb ostrzygli, mundur wdziali

I za oczy w świat pognali.

A rodzice w chacie płaczą,

Że już Antka nie zobaczą;

Widać taka wola Boża,

Aby poszedł, het za morza,

Nie obaczył się ze swemi,

Głowę złożył w cudzej ziemi.

Już na ósme poszło lato,

Przed starego Kuby chatą

Stanął żołnierz — chłop jak świeca,

Wąsy czarne, śniade lica,

Znać od słońca ogorzałe,

Bo nad brwiami czoło białe.

Miał tłomoczek, na nim buty,

Kij sękaty i okuty;

Mundur na nim choć wytarty

Ale czysty, nie podarty,

A na piersiach krzyż ze wstążką,

Co to modra z czarną prążką. —

Wszedł do sieni — chwilę stoi

Drzwi otworzył — wejść się boi.

„Niechaj będzie pochwalony

Jezus Chrystus“ — rzekł nieśmiało,

I w drzwi niskie wszedł schylony,

A „na wieki wieków Amen“,

Parę głosów się ozwało.

Na przypiecku siedzą starzy,

Na żołnierza poglądają,

Takiej mowy, takiej twarzy

Pono w życiu kogoś znają.

„To mój Antek, syn mój drogi!“

Krzyknie stara i poskoczy,

A nim Kuba przetarł oczy

Antek ojcu padł do nogi.

Co radości, płaczu, łkania

I ściskania, całowania; —

Starzy Bogu dziękowali

Że się syna doczekali.

Od sąsiada do sąsiada,

Szybko przez wieś szła nowina,

Że odzyskał Kuba, syna.

Przyciągnęła wnet gromada,

Pełno w izbie i komorze,

Pełno w sieni i na dworze,

Każdy radby Antka witać,

I uściskać i popytać.

„Słuchaj Antku! — rzekł raz Kuba, —

Bogu dzięki, że się zguba

Nam znalazła — lecz my starzy,

Gospodarka się nie darzy,

Praca ciężka — a krzyż boli,

Człowiek próżnie się mozoli,

Nie zarobi tyle chleba

Ile dwojgu starym trzeba.

A tu jeszcze trzeba z chatki

Dać czynsz panu, dać podatki.

Tyś zdrów — teraz myśl o chlebie,

Pracuj na nas i na siebie.

Jam już z matką się naradził,

Bym cię w miejsce swe osadził;

Zdam ci chatę, rolę, zboże,

Zdam chudobę i załogi,

Wszystko zdam ci — szczęść ci Boże! ...

Potem pójdziem upaść w nogi

Swemu panu — pan przystanie,

Boć nie traci na tej zmianie;

Gdy z kontraktem do dom wrócisz,

Toć nas z chaty nie wyrzucisz,

Bym się mieli poniewierać

Chleb proszony w torby zbierać;

My przy tobie złożym głowę,

Przyprowadzisz nam synowę,

Dobrą, rządną gospodynię;

A my starzy — przy kominie,

Gdy do pracy sił nie będzie:

Ja wam mogę skubać pierze,

Matka — z kilka sztuk uprzędzie.

Będziem mówić i pacierze,

A gdy Bóg nas zechce chować,

Będziem dziatki wam piastować.“

Antek sobie w głowie waży

Że coś nie źle mówią starzy;

Boć jest boskie przykazanie,

O rodzicach mieć staranie,

Gdy w starości lub chorobie,

Już nie mogą radzić sobie.

Antek dobrze to pamięta. —

Więc zdjął mundur, złożył, schował,

By go przywdziać mógł od święta;

Krzyż, nim odpiął, pocałował,

Bo to krzyż wojskowy polski, —

Chcąc nań spojrzeć w każdym razie,

Zawiesił go na obrazie

Matki Boskiej Częstochowskiej.

Wdział sukmanę — i z ochotą

W polu zajął się robotą.

Tak się wziął do gospodarki,

Boć nie święci lepią garnki,

Że aż patrzeć było miło:

Tylko w ręku się paliło!

U sąsiada, u Zygmana,

Była dziewka urodziwa,

Pracowita i poczciwa,

Chrzesne imię jej — Uliana.

Jej rodzice — daj im Panie

Wieczny pokój, — krótko żyli,

I pomarli w biednym stanie,

Ją sierotkę zostawili.

Zygman, z ciotką jej żonaty,

Wziął dziewuchę do swej chaty,

Gdzie wyrosła taka hoża,

Jak na miedzy polna róża.

Mało tego — lecz w dodatek

Do urody łączy statek,

I pobożna i cierpliwa,

I do pracy nie leniwa.

Ciotką bo jej, Zygmanowa

Nie tak stara, lecz niezdrowa,

Rzadko z łóżka się podniesie,

Ciężkiej pracy ani tknie się;

Toćby Zygman przepadł przy niej

Gdyby nie miał gospodyni,

Takiej dobrej, jak Uliana.

Ona pierwsza wstanie z rana,

Idzie do krów i wydoi,

Da im paszy i napoi;

Czysto izbę, sień umiecie,

I nie przed próg rzuci śmiecie,

Ale niesie do obórki.

Potem w fartuch zbierze wiórki,

Na kominie ogień nieci,

I śniadanie przysposobi

Dla Zygmanów i ich dzieci; —

A co zrobi — dobrze zrobi.

Dzieci zbudzi i ubierze,

I pościele i opierze;

I rąk na krzyż nie założy,

Ani za piec się położy,

Lecz się w izbie ciągle krząta,

Czyści statki lub uprząta,

Bez przeklinań i hałasu,

I na wszystko znajdzie czasu.

Nawet w polu i w ogrodzie,

Nic jej w pracy na przeszkodzie,

A gdy jaka chwilka zbędzie,

To na płótno len swój przędzie.

Bo jej Zygman dał przysiewek

Aby miała przyodziewek.

To też zobacz ją w niedzielę,

Kiedy na mszy jest w kościele,

Jak starannie przyodziana,

Jak umyta, uczesana,

Kiedy wstążki albo kwiecie,

Między ciemny włos zaplecie;

A koszula jak śnieg biała

Uwydatnia kształt jej ciała.

Z wierzchu stanik modry wcięty

Leży gładko jak opięty;

A od bioder, z pod stanika

To spódnica się wymyka

W ciemne prążki i fałdzista;

I pończoszka zawsze czysta, —

Nawet trzewik choć skórzany,

Na jej nodze jak ulany.

Lecz nad ubiór — świeższe lice,

Jak dwie ciarki — jej źrenice,

Jak krew z mlekiem, jej jagody

I dołeczek pośród brody.

Słowem — żadna jej niezrówna,

Bo i gładka i szykowna.

Oj! z wsi całej, ba! i z obcej,

I dworacy i parobcy

To jej z oka nie spuszczają,

Jak na obraz, poglądają.

I nie jeden jużby swaty,

Do Zygmana posłał chaty;

Ale Zygman coś wydziwia —

Niby się on niesprzeciwia,

Ale jak wciąż gadać zacznie

Okolicznie i opacznie,

A ten taki, ten ów taki,

To próżniaki, to pijaki,

To tak w głowie zmąci dziewce,

Że o żadnym słuchać nie chce.

...............

Sigue explorando

Por su autor
Gustaw Zieliński · 46 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Kto milczy, zezwala«Minęła Północ — sen strudzone oczy» →

Expediente

Autor
Gustaw Zieliński
Título
Kum Antoni
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-kum-antoni--gustaw-zielinski-294df3
Cita recomendada
Gustaw Zieliński, «Kum Antoni», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-kum-antoni--gustaw-zielinski-294df3.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.