CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Król-Duch (Słowacki) — Pieśń druga

polaco

Xiężyc był pełny i gwiazdy świeczniki

Świeciły jasno na niebios lazurze,

W trawach śpiewały skrzeczki i świerszczyki,

Zamek stał cichy na piaskowéj górze;

Zimno północne i traw zapach dziki, 5

I serce smętne bijące w naturze

Dwa razy mocniéj zagadało do mnie,

Gdy ona przy mnie... i koń koło mnie.

Na jednym ręku niosła swe warkocze;

A drugą, północ wskazało odludną. 10

Na to Ja rzekłem: na północ nie wkroczę

Bo tam jednemu przeciw burzom trudno;

Lecz w koniu do krwi ostrogi umoczę

I będę pędził aż drugą tak cudną

Jak ty pokażą mi ziemskie narody, 15

Choćby królowę ognia albo wody!

Jeśli nie... wrócę jak straszydło krwawe.

A ty pamiętaj jaki stąd ucieka

Cień obalony miesiącem na trawę

Z konia, ze skrzydeł orlich i z człowieka. 20

Miesiąc mu daje tę straszną postawę,

Wiatr stąd wypędza, a nieszczęście wścieka;

A jeśli Pan Bóg go wichrem oszczędzi,

Może na powrót grom go tu przypędzi.

To mówiąc, ręką pogroziłem światu, 25

A tém wścieklejszy, że sam i bezsilny.

Gwiazdy na polach czystego bławatu

Oczy otwarte i słuch miały pilny.

Na wschodzie wstęga smętnego szkarłatu

Świeciła... szarym równinom omylny 30

Kształt nadawając — że pod owe zorze

Tak się zdawały płynące — jak morze.

Dyanna — jak liść wierzby — już zielona,

Już jako róży liść różano-złota,

W ognistych się mgieł zanurzała łona 35

Zmienna, jak w sercu młodzieńczém tęsknota.

A jam skrzydlate obrócił ramiona

Wschodowi — chciwy nowego żywota,

I uciekałem, jak duch z bladą twarzą,

Więcéj przed myślą moją — niż przed strażą. 40

Dzisiaj przez ducha świat odkryty,

Cały wiadomy. Wtedy tajemniczy

Jak upiór złoty a we krwi umyty

Złotem cię dziwu wabił ku zdobyczy,

A krwią ochydzał wszelki czar zdobyty, 45

Krzycząc, jak dziecko przydławione krzyczy

Gdyś go uścisnął, — a tarczy błyśnieniem

Takiś wywołał strach jak objawieniem.

Po ciemnych puszczach gdziem się błąkał — gnana

Wichrami straszna przyszłości orlica! 50

Kto mię napotkał — myślał że szatana!

Bo wszystko widział wprzód, niż moje lica

Zbroję i skrzydła i młot u kolana,

I dzidę która gorzała jak świeca

Między sosnami, samych niebios blisko, 55

Miedziane mając ostrze — jak ognisko.

Na jednym pustym śród sosen smętarzu

Spotkałem smętne i dzikie Germany...

O! duchu! dawnéj przeszłości malarzu!

Ty jeszcze widzisz te sosnowe ściany, 60

Wozy, ogniska, twarze przy rozżarzu,

I rzymskie z białych piszczeli kurhany;

A na nich orły wydarte legionom

Podobne lampom złotym i koronom.

Ty jeszcze widzisz i dziś pytasz siebie: 65

Kto ci przyczynił głosu i języka?

Liczni — krzyknąłem — jak gwiazdy na niebie!

Straszni jak piorun gdy niebo odmyka!

Przez was świat wytnę! pod wami pogrzebię!

Ja, syn popiołów — ojciec mogilnika! — 70

Urra ha!... Gwiazdę pokazałem białą

Dnia wschodzącego lasom. — Wszystko wstało!...

Wszystko! — Dziesiątki całe groźnych kroci

Wstały gotowe na rzeź urahanną...

Wszystko!... Na boku tylko śród paproci 75

Białością swoją mnie zadziwił szklanną

Kształt jakiś, śpiący, cudownéj dobroci

I ciszy, zorzą oświecony ranną,

Zwalony w dzikich trawach, przy strumieniu,

Posąg... w jutrzenki światłach jak w płomieniu... 80

Rzekłem więc: Czy to jaka jest królowa

Wyrżniętych ludów? nieskalanéj bieli?

Którą tu smętnie czarujące słowa

Na fijołkowéj uśpiły pościeli? —

Wtém barbarzyniec ją tak ciął, że głowa, 85

Jak lampa która ciemność rozweseli,

Skoczyła... chwilę na błękicie trwając

Jak gwiazda... potém błysnęła spadając...

A ja zawrzawszy gniewem... i brzeszczota

Dobywszy... tego barbarzyńca w czoło 90

Tnę tak, że jako grenada się złota

Rozwali ów łeb... tu połą... tam połą...

A ja ów zegar widzący żywota

Z tajemnicami, żył czerwonych zioło.

Idące jeszcze wszystkich sprężyn ruchy: 95

Porównywałem dwie głów jak dwa duchy.

Ledwom uczynił to.. nowe mi moce

Zaledwie statuy zwołane zemszczeniem

Przybiegły w pomoc... tak, że chociaż proce

Cisnęły na mnie za ów mord kamieniem; 100

Jam był jak piorun gdy lasy druzgoce!

I napełniłem ten lud przerażeniem,

A w przerażeniu takim wielkim żarem,

Że mię ukochał i nazwał — Kiejzarem.

Dziś tam głęboki sen w téj puszczy lata! 105

A może jeszcze posąg biały leży!

A może jaka nad Istrowa chata

Mówi powiastkę moją — i nie wierzy! —

Ani wie, jako na zniszczenie świata

Posąg zemszczony przysłał mi rycerzy? 110

I obaczywszy mnie jako burzę ciemną...

Duchy gwiażdżące zawiesił nademną.

Nie wiedzą ludzie przez jakie ja tony,

Przez jakie czyny? przez jakie męczarnie

Zebrałem owe duchów milijony? 115

Które gdy wezwę, to mię strach ogarnie!

Bo ze słońc różnych są i z różnéj strony...

Jako girlandy w chmurach i latarnie

Pokazują się — kiedy sam nie zdołam

Czynić — a one na pomoc przywołam. 120

Z barbarzyńcami — sam — na uroczyskach —

Człowiek... Duch... pilnie uważałem cuda

Które się jawią przy Ludów kołyskach,

A nikną, gdy się szczep na drzewie uda;

Lecz zaszczepienie przy piorunnych błyskach 125

Odbyte, a strach w powietrzu i nuda,

Które panują takim chwilom świata,

Trwożą — jak pjanie kurów u Piłata...

Zda się: że ciągle ptaki ranne pieją...

A pjanie smutne jest jak krzyk dziecinny; 130

Przedrannym strachem niebiosa ciemnieją,

Więcéj wychodzi gwiazd na błękit siny...

Ludzie przy ogniach miast swe ręce grzeją,

I przerażeni cichością godziny

Gotowi zaprzeć się Bożego ducha, 135

Obzierają się jak zbójce — czy słucha?

Jam to czuł, mimo że krew moja biła

Jak piorun w żyły, że hełm od niéj dzwonił,

Kita się ogniem czerwonym paliła,

A młot skry takie jak miesiące ronił; 140

Koń gadał... dzida rosła... szabla żyła...

Wiatry dawały rady... obłok bronił...

O złym dniu wrzaski ostrzegały krucze...

O dobrym złote żórawiane klucze. —

Przez wszystkie władze ziemskie ostrzegany 145

Wpadłem na ziemię moją nieszczęśliwą:

Lech nie żył; a lud jego zabijany

W Królewnę patrzał jako w gwiazdę żywą...

Ona też pancerz złoty, malowany

Kwiaty różnemi jak słoneczne dziwo 150

Pokazywała w strasznych walk kurzawie,

Podobna białéj Anhelicy — Sławie.

Koło niéj ciągły tabor z żywych ludzi,

Zbrój czarnych, mieczów, tarcz; nad nią sztandary.

Ilekroć wieczór mgłami się zbrudzi, 155

To jako ptaki nocne albo mary

Wstają po bagnach Wenedy i Czudzi,

Żółte Połowce, nadmorskie Tatary,

I w twarze nasze strzał tysiącem brzęczą:

A nic gdy biją — straszniejsi gdy jęczą. 160

Jeszcze pamiętam ten wrzask i to wycie

Różnych narodów i różnych języków...

Gdy te Ludyszcza, przy Wisły korycie

Przyparłem do fal falą moich szyków.

Aż mi o jasnym wyprawili świcie 165

Najstarszych z wojska swego tysiączników

Prosząc o pokój i o ziemi bryłę

Taką... że ledwo dla nich — na mogiłę.

Ja wtedy pod lwią skórą rudozłotą

Siedząc na prostéj powózce Germanów 170

Rzekłem: niech pierwéj dziewczęta rozplotą

Warkocze — córki najpierwszych Supanów,

Niech sama Wanda płaczem i tęsknotą

Zmiękczona przyjdzie nam do roztruchanów

Nalewać wina... Niech ją złotowłosą 175

Germany moje na tarczach podniosą:

A gdy przez ludy dzikie okrzykniona

Królową, z tarczy mosiężnéj xiężyca

Zaśpiewa nam pieśń na nowe plemiona!

I nasze dzikie dusze pozachwyca! 180

Ja wtenczas drżące otworzę ramiona,

Aby zleciała w nie jak gołębica

I wyprosiła usty różanemi:

Co chce!? niebiosa całe — i pół ziemi...?!

Z tém stary Swityn i Czerczak posłowie 185

Odeszli. A mnie jéj postać wprzód senna

Zaczęła jaśnieć jako słońce w głowie,

I coraz bardziéj jawić się płomienna.

Więc potém, kiedy ległem na wezgłowie,

Cała mi w oczach ognista Gehenna 190

Błysnęła ciągle piorunami pruta,

Ciemna, czerwona parami jak huta.

Na piersiach darłem skórzane odzienie,

Ale do łoża byłem jak przykuty.

Wtém ona weszła w te straszne płomienie 195

Jak duch tęczami różnemi osnuty;

Nad nią niby z gwiazd grających pierścienie

Wiązały jedną pieśń na różne nuty —

Dzwoniące, cudne! jakieś gwiazdy śliczne!

Niby powietrzne narzędzia muzyczne. 200

Słysząc te głosy, z któremi dziewczyna

Szła na mnie, z ciała mego wyleciałem.

A ona w ogniu czerwona i sina

Obracająca powietrznym chorałem

Jako skrzydłami powietrznymi młyna 205

Kręcąc... przywiodła duch — że włosy rwałem;

Przez wszystkie jęki i tony i zmiany

Idący za nią w toń — jak zwarjowany...

Jeszcze noc była — a ja: hełm na głowę

Włożywszy, wsiadłem na koń... pędzę cwałem. 210

Pamiętam szare powietrze perłowe

I zamek wieży sterczący kawałem

Nad Wisłą... gdzie lud tę swoją królowę

Otoczył ludzkim i ceglanym wałem.

Tam przeleciawszy: w róg mosiężny dzwonię — 215

Grzmię aż mi wszystkie oderżały konie.

Wychodzi siwy Swityn Wojewoda,

Ze snu czerwone przeciera źrenice:

Idź — rzekłem — bo mi słów wczorajszych szkoda,

Za nadto ostre pokazałem lice; 220

Niech mi królowa wasza jasna, młoda

Naleje czary, podniesie przyłbicę,

A może łatwo ten rozkaz wykona:

Pieśń mi zaśpiewać... paść w moje ramiona.

Nic nie rzekł Swityn: lecz mię brzegiem wody 225

Prowadził kędy stał tłum ludu mały.

Rybacy srebrne trzymali niewody:

Kilka świec (choć już ranek błyszczał biały)

Nieśli kapłani, z lutniami Rapsody

Siedli na zrębie jednéj małéj skały 230

Pod bladą wierzbą... mgłą ranną okryci.

Na wzgórzach w zmroku zapalono wici.

Na łące dziewy i panny służebne

Ujrzałem tam i ów się krzątające.

Te niosły kwiaty, kadzielnice srebrne, 235

Dyadematów złotych półmiesiące;

Inne — bławatki do wieńca potrzebne

Zbierały się w trawach — kolorów tysiące

Rzucając w srebrne powietrze, w mgły szare,

Niby Wiślanym Duchom na ofiarę. 240

Dawny świat! Obraz dawny wywoływam!

Lecz ileż razy różaność przedwschodnia

I kwiaty które mgłą okryte zrywam,

I leśne ptaszki budzące się do dnia,

I tęcze których do myśli używam 245

Gdy się zapali mój duch jak pochodnia

Przypominały obraz on tak rzewny!...:

Ubranie martwéj na łąkach królewny...

Jak miesiąc była, kiedy z niego zetrze

Pierwszą pozłotę słońce w dzień w jesieni 250

A on się topi w błękitne powietrze

I lekko swego czoła zarumieni

I nad girlandą lasów, gdzie na wietrze

Drżą liście złote przy liściach z płomieni,

Pełny — okrągły — blady się przemienia 255

W mgłę... jak cudowna twarz srebrnego cienia...

Taka jéj bladość! nieco ku błękitom

Nachylona już zgonu okropnością,

Takie ust perły! Wisły Amfitrytom

Z upiorną niby odśmiechnione złością. 260

Zresztą — spokojnie się onym kobietom

Dawała stroić modrzewiów ciemnością,

Koroną złotą, wieńcami z bursztynu —

A strach powiększał trupa w oczach gminu...

A cóż dopiéro! gdy Ja groźne lice 265

Odkryłem, z hełmu spójrzałem surowo

I połamawszy miecza... w błyskawicę

Cisnąłem jego kawałki nad głową!

Nademną ducha mrok i złote świéce

Miecza nad kitą moją purpurową 270

Jak zawierucha olimpijska wstały —

Mój duch... na hełmie stanął... w ogniach cały.

Krzyk pierwszy, który z ust wyszedł zwierzęcy,

Już niepodobny krzykowi człowieka,

Zbudził Germanów całe sto tysięcy: 275

I szli jak morze huczące zdaleka.

Stos wystawiłem okropny! xiążęcy!

Taki wysoki! że Wiślana rzeka

Na bladych trupów zatrzymana murze

Stanęła — cała jak upiór w purpurze. 280

Lecz pierwéj nim ją oddałem płomieniom,

O! ileż strasznych słyszała lamentów!

„O! włosy! nie dam ja waszym pierścieniom

W ogniu z Wiślannych oschnąć dyamentów!

Każę podziemnym zamienić się cieniom 285

W gmachy filarów pełne i zakrętów...

W alabastrowéj Cię położę trumnie

Każę strzedz wieków śpiewaczce... kolumnie.

Zbalsamowaną... wieczném zdjętą spaniem

Cicho na białych atłasach położę... 290

Sam przyjdę... jak lew legnę... i wzdychaniem

Śmiertelném twój sen śmiertelny zatrwożę.

Więc może wstaniesz? i pocałowaniem

Dasz mi ocknienia światłości i zorze?

I słuch mi weźmiesz w tych podziemnych cieniach 295

Coś czytająca... wiecznie... na kamieniach?...

W kraju bez słońca, bez gwiazd i xiężyca,

Gdzie wiecznie smętno, posępnie i głucho;

Ja rycerz jako śpiąca nawałnica

Z otwartą, szklanną źrenicą i suchą: 300

A ty — jak moja smętna czytelnica,

Perła po perle, ton, lejąca w ucho,

Taka wyrazów o pieśni mistrzyni!...

Że pieśń z tysiąca lat... chwilę... uczyni!...“

Tom rzekł pośmiertne przeczuwając rzeczy 305

I głosy. I znów zajęty pożarem

Chciałem ją złożyć na gwieździcach z mieczy,

Upowić krwawym rycerskim sztandarem!

I z onéj ziemi, gdzie ciało kaleczy

Słońce niewczesnym i nieludzkim skwarem, 310

Uciec w Iślandów wyspę zamrożoną,

Ogniami siedmiu wulkanów czerwoną...

Tam ją — krzyczałem — gdzieś na lodowiskach

Złożę jako kwiat ujęty w krysztale!

I przy wulkanów rubinowych błyskach 315

Opłomienioną posadzę na skale —

A sam z dzikiemi orły na urwiskach

Dzikszy niż burze! straszniejszy niż fale!

Gdy góry będą swoje ognie zionąć.

Mrozom się dam zgryść! i ogniom pochłonąć! 320

Tak mój duch w kształty się piramidalne

Wyrzucał, dawną tryskając naturą:

Tak nowe ciała łańcuchy fatalne

Targał i piorun zawsze miał pod chmurą. —

Potém więc Roki się zabrały walne 325

I mnie okryły Lechową purpurą.

Lud cały strachem ohydnie znikczemniał.

Jam siadł na tronie, zmroczył się i ściemniał.

I któżby to śmiał w xięgi ludzkie włożyć

Dla sławy marnéj, a nie dla spowiedzi? — 330

Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,

Uderzyć w niebo tak jak w tarczę z miedzi,

Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyć,

I kolumnami praw na których siedzi

Anioł żywota zatrząść tak z posady, 335

Aż się pokaże Bóg w niebiosach — blady...

A nie Bóg nad tą żywota fortecą

Zgwałconą twarzy pokaże? to przecie

Komety złote na niebie przylecą

I bliżéj oblicz ukażą na świecie. 340

Nad zamkiem swoje ogony zaniecą

Jak widma — jedno — i drugie — i trzecie...

Jeśli nie zlęknę się a krew mię splami...

Kto wie!?... jak słońca przyjdą tysiącami!

Niebiosa pełne widziadeł i twarzy 345

Słonecznych! może z krwawemi oczyma! —

A tu koło mnie powietrze cmentarzy

I ciągła burza, wiatr, ognie i zima,

Wichry skrwawione, głos trupów z kościarzy —

Słońce poblednie, xiężyc się zatrzyma — 350

Gwiazda zajęczy jaka lub zaszczeka!

Wszystko pokaże... że dba o człowieka!...

Jeśli nie? rzekłem — jeśli z tym motłochem

Postąpię sobie jak król zwarjowany?

A żywot jak wąż schowa się pod lochem 355

Jak gdyby nie czuł w sobie żadnéj rany?

To ludzie są proch! i ja jestem prochem

Na jeden tu dzień jak miecz ukowany!

A tém straszniejszy — że go własne siły

Nie duchów ręce z ziemi wyrzuciły. 360

Zaledwo ta myśl poczęła się we mnie

Wzrok zaraz wydał ją... jasny... i suchy...

Wchodzący w myśli ludzkie potajemnie

Aby tam widział w kościach czy są duchy?

Więc naprzód Czerczak u nóg mi nikczemnie 365

Prosząc o łeb pod katów obuchy

Poszedł, a za nim jacyś dwaj prorocy,

Których dziś... krwawe łby... widuję w nocy...

Za wojewodą cały dwór i sługi

Posłałem... niby z nim będące w zmowach. 370

I z wież patrzałem na ten łańcuch długi

Idący na śmierć z świecami w okowach.

A niebios!... niebios błękitne framugi

Jakby o zdjętych nie wiedziały głowach

Patrzały na to ciche — obojętne! 375

Mnie się wszelako zdawało: że smętne!

Ogromny szereg tych wymordowanych

Poszedł. Myślałem, że duchy zobaczę

Gdzieś do łabędzi podobne rumianych,

Od których jęczy powietrze i płacze: 380

Albo że ze ścian ogniem zapisanych

Wyjdą pająki z ognia... straszne tkacze!

Na ściennych ogniach się swych zakołyszą,

I wyrok jakiś ognisty napiszą!

Myślałem! że me noce niespokojne? 385

A dnie jak noce bez gwiazd będą czarne?

W ciemnościach jęki? albo chrzęsty zbrojne?

Tchnienia na czoło chłodne? albo parne? —

I nic!... Ten straszny duch, któremu wojnę

Wydałem, dziecko zostawił bezkarne; 390

A ja podniosłem pierś dumną i twardą

Gotów do końca walczyć z Bożą wzgardą...

Przez dawne oczy to ohydne

Pierwszego ducha dzieło z czasów onych...

Gdy stepy całe dziś w mogiłach widne 395

Wzięły u ludu nazwisko Czerwonych...

Wtenczas ujrzano mię, że w ciele brzydnę

I biorę postać duchów utrapionych.

Ludzie myśleli, że mi gniją trzewa:

A jam był senny jak wąż gdy poziewa... 400

Czasami z góry... na kolec blaszany

Wieżycy wstąpię... i tak jako owce

Najpierwsze państwa Karacze, Supany

Każę prowadzić przez różne manowce.

Tam je kładziono w skrwawione kurhany, 405

Na stos znoszono chwast, czarne jałowce.

A ja bywało z góry, jak sęp dziki

Widzę te w ogniach ruchome mrówniki.

Dziesięć czasami gwiazd i słońc czerwono

Zagore... dziesięć wrzasków razem słyszę; 410

I nie podnosi mi się duchem łono

Ani się serce strachem zakołysze...

Jako Lucyfer z błyskotną koroną

Stoję... a zbrodni mojéj towarzysze

Na większą niż te wszystkie okropności 415

Patrzą — na mą twarz śmiertelnéj bladości.

Dziwią się wszyscy: że jak pies nie szczekam?

Jak lew nie ryczę? jak człowiek nie zgrzytam?

Nie wiedzą, że Ja duch natchnięty czekam

Gwiazd, deszczów krwawych; i znów za miecz chwytam 420

I znowu cały świat na siebie wściekam!

I znów się niebios zamroczonych pytam:

Czy mieczem, który w łono ludzkie wrażam,

Którą tam władzę niebieską przerażam?

Co tylko mocy ten mózg napięty, 425

Tom Ja na męki wynalazek użył.

Stosy, na Wiśle spękane okręty,

Kołowrót, który ciał długość przedłużył...

Wszystko w męczeństwie ten kraj niepojęty

Swą cierpliwością wytrzymał i zużył! 430

A niebo wszystko to cierpliwie zniosło,

Póki kruszyłem duchom: łódź i wiosło...

Poszedłem daléj... i w męki wyborze

Już nic nie mogąc straszniejszego stworzyć,

Zacząłem łamać większe prawa Boże, 435

Myśląc naturę samą upokorzyć.

Matkę mi z lasu stawiono na dworze...

A ja zamiast się u nóg jéj położyć

U téj w łachmanach podartej orlicy —

Ciała użyłem za knot smolnéj świécy... 440

Rzekłem ludowi: że mnie czarowała,

Że serce jadła, że żony mi truła. —

Z włosem palącym się jak ptak latała

I zgasła. Wtenczas twarz mi się popsuła

I pokazała zielonością ciała 445

Że się Duchowi memu szata pruła:

On jednak w ciele nie wiedział o sobie,

W letargu niby i w czarnéj chorobie.

Raz tylko byłem tak na siebie śmiały,

Że się przejrzałem, w tarczy patrząc lice. 450

A byłem cały jako trup sczerniały

Który stoletnią miał w ziemi trumnicę,

A już robaki z niéj pouciekały,

Bojąc się oczu jasnych jak gromnice;

I czerwonemi przerażone łzami 455

Trupa... i kości spruchniałych ogniami.

Lecz co dziwniejsze, że tak pruchniejący!

Taki upadły! i taki zużyty!

Czasem się czułem jak Anioł gorący

Gotów ukochać świat i nieść w błękity 460

Tę ziemię jako Anioł wzlatujący

Z pieśnią... co była jako szklanne zgrzyty

Harmonik... i szła w ton coraz boleśniéj

Aż upadała w śmiech — w szaleństwo pieśni...

Gdy mię bywało taki czar omami 465

A stoję, ręce wyłamawszy z ramion,

Choć tylko pjana toczy się ze łzami

A usta milczą — to mój duch omamion

Wszystkiemi zda się kręci xiężycami,

A gwiazdy nakształt muzykalnych znamion 470

Chwyta... i w głosach to ziemskich wyraża:

Tworząc już nie Pieśń Sen, lecz Pieśń Mocarza.

Jeden był tylko przy mnie giermek mały —

Jeden był tylko i ta pieśń go struła.

Głosy okropne w niego wlatywały, 475

Kości roztrzęsły... pierś mu się popsuła.

Chodził i przez sen gadał i drżał cały,

Jak instrumentu cedrowa szkatuła,

Która muzykant napełnił przelotem

Tonów... i zamknął napełnioną grzmotem. 480

A tymczasem mię Wielki Pan niebieski

Ubierał w grozę i w powagę strachu.

A strach był jakiś ciemny i królewski,

Który napełnił wszystkie kąty gmachu.

Pod stopą moją suche komnat deski 485

Grzmiały jak trumny. — O komnat zapachu

Gadał po wioskach z trwogą lud ciekawy:

Że był zaduszny, tajemny i krwawy.

Na świecie o mnie śniono. — Śród czeladzi

W podziemnych kuchniach gadano: żem blady 490

Jak miesiąc gdy się przejrzy w krwawéj kadzi,

W któréj pływają gniazdem wężo-gady,

Że gwiazda złota jakaś mię prowadzi —

(Purpurowe tu tłoczącego ślady)

W ciemny kraj — gdzie się wszelka dusza wściekła 495

Na Króla Duchów czerwonych — do piekła.

A co dziwniejsza... że mię ukochano

Za siłę — i za strach — i za męczarnie.

Gdym wyszedł... lud giął przedemną kolano,

Lud owiec, który się k’ pasterzom garnie! 500

Przed twarzą moja straszliwą klękano

Widząc dwa skrzydła hełmu jak latarnie!

I między niemi w śrzodku zawieszoną

Tę twarz, jak lampę trupią i zieloną.

W powiekach rubin i błysk dziwny gore; 505

Powieki nożem zdają się rościęte;

A przez czerwoną rubinową korę

Patrzy Duch... widmo przeszłości przeklęte!..

Przez jakież Panie męki i pokorę?! 510

Przez jakież późniéj ciała z krzyża zdjęte

Musiałem ścierać strach z mojego czoła?!

Z oczu wydzierać ciemną skrę anioła?!

Żem wyzwał słońca Twoje i xiężyce

I meteorów ogniska i burze,

I przeciw gniewom Twoim niósł przyłbicę 515

I chciał zobaczyć sługa — komu służę?...

Żem chciał zobaczyć Panie! twoje lice.

Cztery pioruny Twoje... świata stróże...

Wszystkie potęgi Twoje o świat drżące,

I wszystkie słońca i wszystkie miesiące: 520

Tyś mną pogardził Panie! i ominął,

I do straszliwéj śmierci doprowadził. —

Swityn żył jeszcze. Starzec sławą słynął,

Bił wrogi moje, winy moje gładził,

Granicę mego królestwa rozwinął, 525

Na dwu srebrzystych morzach mię posadził;

Stary — a miecza do pochwy nie chował.

Jam go jak ojca — kochał — szanował...

Pamiętam... biła północna godzina,

O konstellacja łabędź jak krzyż złoty 530

Nad wieżą, gdziem był, leciała... jedyna

Sufitów próżnych lampa śród ciemnoty:

Wtém myśl ohydna o śmierci Swityna

W serdeczne moje wstąpiła zgryzoty

Z taką potęgą!... żem wnet ku niéj dłoni 535

Podał, jak dziecko uśmiechnął się do niéj...

Potém ją chciałem zmazać, ale ona

Już jako pani mego serca była...

„Sprobuj — wołała — jeżeli ten skona...

A żadna zorza-by nie zaświeciła? 540

A żadna gwiazda z tych gwiazd przerażona

Nie przyleciała? Krwi się nie napiła?...

To wtenczas będziesz spokojny o ducha:

Ziemia proch! — człek z niéj jak wulkan wybucha.

Płomieniom wolno chodzić po dolinach, 545

I błyskawicom wolno bić w cnotliwe.

Za myślą twoją idź — nie myśl o czynach!

Probuj czy niebo martwe jest czy żywe?“

Tak mi ktoś szeptał. — Gdyby w stu Switynach

Stu ojców moich własnych głowy siwe 550

Patrzały na mnie z grobu jego wzrokiem —

Nie byłbym cofnął się przed krwi potokiem.

Wysłałem katy... lecz myśl gdy się kwieci,

W coraz straszniejsze rozwija się drzewo.

Posłałem drugie... dwór — żonę — i dzieci 555

Wyciąć. — Był ciemny dzień i grad z ulewą.

Czasami słońce ponuro zaświeci

I gradem złotym jak zwichrzoną plewą

O pancerz chłośnie i z kitą się zetrze —

Bom stał... czekając tych katów — na wietrze. 560

U progu mego żebractwo się szare

Skupiło. Patrzą... król na progu stoi.

Przez deszczu struny widzą jakąś marę

Jęczącą, gradem bijącym po zbroi. —

Wtém wyszło do mnie suche widmo stare... 565

Żebrak.. i blisko stanąwszy podwoi...

Jak posąg, który wiecznym być zaczyna,

Skościał... i podał mi list od Swityna...

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Krakowiak (Słowacki, 1864)Księżyc (Słowacki) →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Król-Duch (Słowacki) — Pieśń druga
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-krol-duch-sowacki-piesn-druga--juliusz-sowacki-ddf869
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Król-Duch (Słowacki) — Pieśń druga», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-krol-duch-sowacki-piesn-druga--juliusz-sowacki-ddf869.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.