CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaAdam Mickiewicz

Adam Mickiewicz · Romanticismo

Konrad Wallenrod — VI

polaco

Zimowy ranek — wichrzy się i śnieży;

Wallenrod leci śród wichrów i śniegów,

Zaledwie stanął u jeziora brzegów,

Woła i mieczem bije w ściany wieży.

„Aldono“ woła, żyjemy, Aldono!

Twój miły wraca, wypełnione śluby,

Oni zginęli, wszystko wypełniono“.

„Alf? to głos jego! mój Alfie, mój luby,

Jakże! już pokój? ty powracasz zdrowo?

Już nie pojedziesz?“

„O! na miłość Boga,

O nic nie pytaj; słuchaj, moja droga,

Słuchaj i pilnie zważaj każde słowo.

Oni zginęli, — widzisz te pożary?

Widzisz? to Litwa w kraju Niemców broi;

Przez lat sto zakon ran swych nie wygoi.

Trafiłem w serce stugłowej poczwary;

Strawione skarby, źródła ich potęgi,

Zgorzały miasta, morze krwi wyciekło; —

Jam to uczynił, dopełnił przysięgi!

Straszniejszej zemsty nie wymyśli piekło.

Ja więcej nie chcę, wszak jestem człowiekiem!

Spędziłem młodość w bezecnej obłudzie,

W krwawych rozbojach; — dziś schylony wiekiem,

Zdrady mię nudzą, niezdolny do bitwy,

Już dosyć zemsty, — i Niemcy są ludzie.

Bóg mię oświecił; ja powracam z Litwy,

Ja owe miejsca, twój zamek widziałem,

Kowieński zamek — już tylko ruiny!

Odwracam oczy, przelatuję czwałem,

Biegę do owej, do naszej doliny.

Wszystko, jak dawniej, też laski, te kwiaty;

Wszystko, jak było owego wieczora,

Gdyśmy dolinę żegnali przed laty.

Ach! mnie się zdało, że to było wczora!

Kamień, pamiętasz, ów kamień wyniosły,

Co niegdyś naszych przechadzek był celem?

Stoi dotychczas, tylko mchem zarosły,

Ledwiem go dostrzegł, osłoniony zielem,

Wyrwałem zielska, obmyłem go łzami;

Siedzenie z darni, gdzie po letnim znoju

Lubiłaś spocząć między jaworami;

Źródło, gdziem szukał dla ciebie napoju;

Jam wszystko znalazł, obejrzał, obchodził.

Nawet twój mały sadek zostawiono,

Com go suchemi wierzbami ogrodził.

Te suche wierzby, jaki cud, Aldono!

Dawniej mą ręką wbite w piasek suchy,

Dziś ich nie poznasz, dzisiaj piękne drzewa,

I liście na nich wiosenne powiewa,

I młodych kwiatków unoszą się puchy.

Ach! na ten widok pociecha nieznana,

Przeczucie szczęścia serce ożywiło;

Całując wierzby, padłem na kolana,

„Boże mój, rzekłem, oby się spełniło!

Obyśmy, w strony ojczyste wróceni,

Kiedy litewską zamieszkamy rolę,

Odżyli znowu! niech i naszą dolę

Znowu nadziei listek zazieleni!

„Tak! wróćmy, pozwól, mam w zakonie władzę,

Każę otworzyć, — lecz poco rozkazy?

Gdyby ta brama była tysiąc razy

Twardszą od stali, wybiję, wysadzę;

Tam cię, o luba! ku naszej dobnie,

Tam poprowadzę, poniosę na ręku,

Lub dalej pójdziem; są w Litwie pustynie,

Są głuche cienie białowieskich lasów,

Kędy nie słychać obcej broni szczęku,

Ani dumnego zwycięzcy hałasów,

Ni zwyciężonych braci naszych jęku.

Tam w środku cichej, pasterskiej zagrody,

Na twojem ręku, u twojego łona

Zapomnę, że są na świecie narody,

Że jest świat jakiś, — będziem żyć dla siebie.

Wróć, powiedz, pozwól“. — Milczała Aldona,

Konrad umilknął, czekał odpowiedzi.

Wtem krwawa jutrznia błysnęła na niebie:

„Aldono, przebóg! ranek nas uprzedzi,

Zbudzą się ludzie, i straż nas zatrzyma;

Aldono!“ wołał, drżał z niecierpliwości,

Głosu nie stało, błagał ją oczyma

I załamane ręce wzniósł do góry,

Padł na kolana, i żebrząc litości,

Objął, całował zimnej wieży mury.

„Nie, już po czasie, — rzekła smutnym głosem

Ale spokojnym, — Bóg mi doda siły,

On mię zasłoni przed ostatnim ciosem.

Kiedym tu weszła, przysięgłam na progu,

Nie zstąpić z wieży, chyba do mogiły.

Walczyłam z sobą; dziś i ty, mój miły,

I ty mi dajesz pomoc przeciw Bogu.

Chcesz wrócić na świat, kogo? nędzną marę!

Pomyśl, ach, pomyśl! jeżeli szalona

Dam się namówić, rzucę tę pieczarę,

I z uniesieniem padnę w twe ramiona,

A ty nie poznasz, ty mię nie powitasz,

Odwrócisz oczy i z trwogą zapytasz:

„Ten straszny upiór jestże to Aldona?“

I będziesz szukał w zagasłej źrenicy,

I w twarzy, która... ach! myśl sama razi...

Nie, niechaj nigdy nędza pustelnicy

Pięknej Aldonie oblicza nie kazi.

„Ja sama — wyznam — daruj, mój kochany,

Ilekroć księżyc żywszem światłem błyska,

Gdy słyszę głos twój, kryję się za ściany,

Ja cię, mój drogi, nie chcę widzieć zbliska.

Ty może dzisiaj już nie jesteś taki,

Jakim bywałeś, pamiętasz, przed laty,

Gdyś wjechał w zamek z naszemi orszaki;

Lecz dotąd w mojem zachowałeś łonie

Też same oczy, twarz, postawę, szaty;

Jak motyl piękny, gdy w bursztyn utonie,

Na wieki całą zachowuje postać.

Alfie, nam lepiej takiemi pozostać,

Jakiemi dawniej byliśmy, jakiemi

Złączym się znowu — ale nie na ziemi.

„Doliny piękne zostawmy szczęśliwym;

Ja lubię moją kamienną zaciszę,

Mnie dosyć szczęścia, gdy cię widzę żywym,

Gdy miły głos twój co wieczora słyszę.

I w tej zaciszy można, Alfie drogi,

Możnaby wszystkie cierpienia osłodzić;

Porzuć już zdrady, mordy i pożogi,

Staraj się częściej i raniej przychodzić.

„Gdybyś — posłuchaj — wokoło równiny

Chłodnik, podobny owemu, zasadził,

I twoje wierzby kochane sprowadził

I kwiaty, nawet ów kamień z doliny;

Niech czasem dziatki z pobliskiego sioła,

Bawią się między ojczystemi drzewy,

Ojczyste w wianek uplatają zioła,

Niechaj litewskie powtarzają śpiewy.

Piosnka ojczysta pomaga dumaniu,

I sny sprowadza o Litwie i tobie;

A potem, potem, po mojem skonaniu,

Niech przyśpiewują i na Alfa grobie“.

Alf już nie słyszał, — on po dzikim brzegu

Błądził bez celu, bez myśli, bez chęci.

Tam góra lodu, tam puszcza go nęci,

W dzikich widokach i w naglonym biegu

Znajdował jakąś ulgę, — utrudzenie.

Ciężko mu, duszno śród zimowej słoty;

Zerwał płaszcz, pancerz, roztargał odzienie,

I z piersi zrzucił wszystko — prócz zgryzoty.

Już rankiem trafił na miejskie okopy,

Ujrzał cień jakiś, zatrzymał się, bada...

Cień krąży dalej i cichemi stopy

Wionął po śniegu, w okopach przepada.

Głos tylko słychać: „Biada, biada, biada!“

Alf na ten odgłos zbudził się i zdumiał,

Pomyślił chwilę — i wszystko zrozumiał.

Dobywa miecza i na różne strony

Zwraca się, śledzi niespokojnem okiem;

Pusto dokoła, tylko przez zagony

Śnieg leciał kłębem, wiatr północny szumiał;

Spojrzy ku brzegom, staje rozrzewniony;

Nakoniec wolnym, chwiejącym się krokiem

Wraca się znowu pod wieżę Aldony.

Dostrzegł ją zdala, jeszcze w oknie była.

„Dzieńdobry, krzyknął, przez tyle lat z sobą

Tylkośmy nocną widzieli się dobą;

Teraz dzieńdobry, — jaka wróżba miła!

Pierwszy dzieńdobry, — po latach tak wielu!

Zgadnij, dlaczego przychodzę tak rano?“

„Nie chcę zgadywać, bądź zdrów, przyjacielu,

Już nazbyt światło, gdyby cię poznano...

Przestań namawiać — bądź zdrów, do wieczora.

Wyniść nie mogę, nie chcę“.

„Już nie pora!

Wiesz, o co proszę? — zrzuć jaką gałązkę, —

Nie, kwiatów nie masz, więc nitkę z odzieży,

Albo z twojego warkocza zawiązkę,

Albo kamyczek ze ścian twojej wieży.

Chcę dzisiaj, — jutro nie każdemu dożyć, —

Chcę na pamiątkę mieć jaki dar świeży,

Który dziś jeszcze był na twojem łonie,

Na którym jeszcze świeża łezka płonie.

Chcę go przed śmiercią na mem sercu złożyć,

Chcę go ostatnim pożegnać wyrazem, —

Mam zginąć wkrótce, nagle; zgińmy razem.

Widzisz tę bliską, przedmiejską strzelnicę?

Tam będę mieszkał; dla znaku, co ranek,

Wywieszę czarną chustkę na krużganek,

Co wieczór lampę u kraty zaświecę;

Tam wiecznie patrzaj, jeśli chustkę zrzucę,

Jeżeli lampa przed wieczorem skona,

Zamknij twe okno — może już nie wrócę.

„Bądź zdrowa!“ — odszedł i zniknął. Aldona

Jeszcze pogląda, zwieszona u kraty;

Ranek przeminął, słońce zachodziło,

A długo jeszcze w oknie widać było

Jej białe, z wiatrem igrające szaty,

I wyciągnięte ku ziemi ramiona.

„Zaszło nakoniec“, rzekł Alf do Halbana,

Wskazując słońce z okna swej strzelnicy,

W której zamknięty od samego rana

Siedział, patrzając w okno pustelnicy:

„Daj mi płaszcz, szablę, bądź zdrów, wierny sługo,

Pójdę ku wieży, — bywaj zdrów na długo,

Może na wieki! Posłuchaj, Halbanie,

Jeżeli jutro, gdy dzień zacznie świecić,

Ja nie powrócę, opuść to mieszkanie. —

Chcę, chciałbym jeszcze coś tobie polecić —

Jakżem samotny! pod niebem i w niebie

Nie mam nikomu, nigdzie, nic powiedzieć

W godzinę skonu, — prócz jej i prócz ciebie.

Bądź zdrów, Halbanie, ona będzie wiedzieć,

Ty zrzucisz chustkę, jeśli jutro rano...

Lecz cóż to? słyszysz? — w bramę kołatano“.

„Kto idzie?“ trzykroć odźwierny zawołał.

„Biada!“ krzyknęło kilka dzikich głosów;

Widać, że strażnik oprzeć się nie zdołał,

I brama tęgich nie wstrzymała ciosów.

Już orszak dolne krużganki przebiega,

Już przez żelazne, pokręcone wschody,

Do Wallenroda wiodące gospody,

Łoskot stóp zbrojnych raz wraz się rozlega;

Alf zawaliwszy wrzeciądzem podwoje,

Dobywa szablę, wziął czarę ze stoła,

Poszedł ku oknu, — „Stało się!“ zawoła,

Nalał i wypił: — „Starcze! w ręce twoje!“

Halban pobladnął, chciał skinieniem ręki

Wytrącić napój, wstrzymuje się, myśli;

Słychać za drzwiami coraz bliższe dźwięki,

Opuszcza rękę, — „To oni — już przyśli.“

„Starcze! rozumiesz, co ten łoskot znaczy?

I czegóż myślisz? masz nalaną czaszę,

Moja wypita; starcze! w ręce wasze“.

Halban poglądał w milczeniu rozpaczy.

„Nie, ja przeżyję... i ciebie, mój synu! —

Chcę jeszcze zostać, zamknąć twe powieki,

I żyć, — ażebym sławę twego czynu

Zachował światu, rozgłosił na wieki.

Obiegę Litwy wsi, zamki i miasta,

Gdzie nie dobiegę, pieśń moja doleci,

Bard dla rycerzy w bitwach, a niewiasta

Będzie ją w domu śpiewać dla swych dzieci;

Będzie ją śpiewać, i kiedyś w przyszłości

Z tej pieśni wstanie mściciel naszych kości!“

Na poręcz okna Alf ze łzami pada,

I długo, długo ku wieży poglądał,

Jak gdyby jeszcze napatrzyć się żądał

Miłym widokom, które wnet postrada.

Objął Halbana, westchnienia zmieszali

W ostatniem, cichem, długiem uściśnieniu.

Już u wrzeciądzów słychać łoskot stali,

Wchodzą, wołają Alfa po imieniu:

„Zdrajco! twa głowa dzisiaj pod miecz padnie,

Żałuj za grzechy, gotuj się do zgonu,

Oto jest starzec, kapelan zakonu,

Oczyść twą duszę i umrzyj przykładnie“.

Z dobytym mieczem Alf czekał spotkania,

Lecz coraz blednie, pochyla się, słania;

Wsparł się na oknie, i tocząc wzrok hardy,

Zrywa płaszcz, mistrza znak na ziemię miota,

Depce nogami z uśmiechem pogardy:

„Oto są grzechy mojego żywota!

„Gotowem umrzeć — czegóż chcecie więcej?

Z urzędu mego chcecie słuchać sprawy?

Patrzcie na tyle zgubionych tysięcy,

Na miasta w gruzach, w płomieniach dzierżawy.

Słyszycie wicher? pędzi chmury śniegów, —

Tam marzną waszych ostatki szeregów.

Słyszycie? wyją głodnych psów gromady,

One się gryzą o szczątki biesiady.

„Ja to sprawiłem; jakem wielki, dumny,

Tyle głów hydry jednym ściąć zamachem!

Jak Samson jednem wstrząśnieniem kolumny

Zburzyć gmach cały, i runąć pod gmachem!“

Rzekł, spojrzał w okno i bez czucia pada,

Ale nim upadł, lampę z okna ciska;

Ta, trzykroć kołem obiegając, błyska,

Nakoniec legła przed czołem Konrada.

W rozlanym płynie tleje rdzeń ogniska,

Lecz coraz głębiej topi się i mroczy,

Wreszcie, jak gdyby dając skonu hasło,

Ostatni, wielki krąg światła roztoczy,

I przy tym blasku widać Alfa oczy:

Już pobielały — i światło zagasło.

I w tejże chwili przebił wieży ściany

Krzyk nagły, mocny, przeciągły, urwany, —

Z czyjejto piersi? wy się domyślicie,

A ktoby słyszał, odgadnąłby snadnie,

Że piersi, z których taki jęk wypadnie,

Już nigdy więcej nie wydadzą głosu:

W tym głosie całe ozwało się życie.

Tak struny lutni od tęgiego ciosu

Zabrzmią i pękną: zmieszanemi dźwięki

Zdają się głosić początek piosenki,

Ale jej końca nikt się nie spodziewa.

Taka pieśń moja o Aldony losach!

Niechaj ją anioł muzyki w niebiosach,

A czuły słuchacz w duszy swej dośpiewa.

Sigue explorando

Por su autor
Adam Mickiewicz · 173 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Kochanek duchów...Konrad Wallenrod — Wstęp →

Expediente

Autor
Adam Mickiewicz
Título
Konrad Wallenrod — VI
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-konrad-wallenrod-vi--adam-mickiewicz-4bc1de
Cita recomendada
Adam Mickiewicz, «Konrad Wallenrod — VI», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-konrad-wallenrod-vi--adam-mickiewicz-4bc1de.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.