Niegdyś Izrael na swej własnej ziemi
Żył własnem życiem, zwyczajami swemi,
Otoczon ludów licznych wielką czcią;
Lecz grom się zerwał, by ukarać winy,
I strącił naród ze szczytnej wyżyny,
Zburzył świątynię, ziemię zbryzgał krwią.
Żydowskie państwo zgniótł na długie lata,
Na wszystkie strony rozproszył nas świata,
W luźne atomy zmienił ludów kwiat...
I jako naród na strzępy rozdarty,
Rwały się także dziejów naszych karty,
Po wielkich czynach zginął wszelki ślad.
Wtedyś Ty przyszedł, mistrzu niezrównany,
Zrosiłeś duchem dziejów naszych łany,
Ogień gienjuszu swego tchnąłeś w nas;
Martwe fragmenty, upowite w pyły,
Na żywą całość cudnie się złożyły,
Służąc pomnikiem po wieczysty czas.
Jak świetlna wieża, co rozjaśnia morze,
Tyś w wiekopomnym promiennym utworze
Na morze dziejów naszych rzucił świt;
A z tego morza i z toni podania
Minione życie cudnie się wyłania.
Żywy narodu maluje się byt.
Wspaniały obraz dawno zmierzchłej chwili,
Gdy władli króle, prorocy uczyli,
I lud się trudził pod cieniami drzew;
Gdy ponad bytu powszedniego wrzawę,
Wielkiego Boga wynoszono sławę
Przez modły rzeszy i kapłanów śpiew.
To dramat, pełen boleści i wdzięku,
Gdzie bohaterzy bez skargi i lęku
Dawali życie wśród psalmowych pień;
Płonęły stosy, padały ofiary,
Niejeden zginął mocny naród stary,
Ale Izrael przetrwał po dziś dzień.
Te cudne dzieje maluje twe dzieło,
Co niejednego z nas wiarą natchnęło,
Że lepszych losów godzien jest nasz lud;
Więc póki przeszłość swą mamy w estymie,
My, dzieci, wnuki czcić będziem twe imię
I wiecznie cenić twój natchniony trud.