CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaAdam Asnyk

Adam Asnyk · Modernismo

Helenie Modrzejewskiej

polaco

Ponad tem wszystkiem, co początek bierze

W ciężkiej i dusznej życia atmosferze;

Ponad tem wszystkiem, co się ćmi i wichrzy

W prochu tej ziemi, jak owad najlichszy;

Ponad tem wszystkiem, co z niesforną wrzawą

Goni za chlebem, miłością lub sławą,

I świecąc chwilę, znowu w mroku ginie,

W łez, krwi i błota dziwnej mieszaninie:

Ponad tem wszystkiem — jest jaśniejsza sfera,

Będąca ziemskiej tęczowem odbiciem;

Ta zmienne kształty w wieczny blask ubiera,

I jak posągi stawia ponad życiem,

I każdą miłość, co się w proch rozwiała,

Uwiecznia w krasie dziewiczego ciała,

I każdą sławę podejmuje z zgliszcza,

I ze rdzy ziemskiej ogniem ją oczyszcza.

Ta sfera jasna, sfera ideału,

W którą świat żywych wsiąka wciąż pomału,

I gdzie przenosi swoje łzy i nędzę

Na rajskich marzeń nieśmiertelną przędzę;

Ta sfera sztuki, jak ją tłum nazywa,

Wieczyście piękna, wieczyście prawdziwa —

Ma swoje sługi, którym jest zlecone

Ukrytych cudów odchylać zasłonę;

Ma swoje sługi wierne niewolniczo,

Co wdzięcznym marom, zrodzonym w błękicie,

Własnego ducha na chwilę użyczą

I mglistym kształtom własne dadzą życie,

I całą swoją roztrwonią istotę

Na ich nadziemską walkę i tęsknotę,

I trwają, błyszczą i lecą... dopóki

Nie strawi ducha boski płomień sztuki!

Biedne ofiary! Im nie wolno w locie

Opuścić skrzydeł w jakiej cichej grocie,

Ani ugasić ognia, co je pali,

Jako jaskółkom, gdzie na modrej fali.

Im, w ideału jarzmie, bez wytchnienia,

Wszystkie łzy, skargi, krzywdy i cierpienia

Potrzeba zbierać, każdą ludzką ranę

Przejmując na swe serce skołatane;

Trzeba im chodzić w królewskiej purpurze,

W koronie z szychu i nie giąć się pod nią;

Odczuć w swych piersiach wszystkie ziemskie burze,

I dyszeć dumą, nienawiścią, zbrodnią;

Umarłych plemion żywym być wyrazem,

Kochać, żyć, walczyć, ginąć z niemi razem...

I wszystkie piękne widma, co się roją,

Aby ożyły, krwią napoić swoją.

Biedne ofiary! Tłum, co patrzy na nie,

Widzi ułudę tylko i udanie —

I gdy się ogniem tęczowym zachwyca,

Nie pyta: czem go niewolnik podsyca?

Nie pyta: czemu mieści posąg Nioby

Tyle kamiennej grozy i żałoby?

Czemu pieśń, co się w powietrzu roztrąca,

Jest tyle śpiewna, spłakana i drżąca?

Czemu ta postać jasna, czysta, biała,

Spoczywająca dotąd w zapomnieniu,

Nagle przed okiem widza zmartwychwstała

I w czarodziejskim zakwitła promieniu?

Skąd płynie fala tych uczuć obfita,

Co go rwie z sobą? O to tłum nie pyta...

Pewny, że wzruszeń tajemniczych tęcza

Bengalskim ogniom początek zawdzięcza.

Nikt nie przeczuwa owej wielkiej rany,

Skąd krwi upływa strumień nieprzebrany;

Ani tej walki, co trwa życiem całem

Z nieuchwyconym nigdy ideałem;

Ani też nie ma współczujących świadków

Dla tych porażek, zwątpień i upadków,

Gdy niewidzialne wyższej mocy ramię

Słonecznym gońcom skrzydła i lot łamie.

O! tych wewnętrznych konań ponad światem

Nie dojrzą nawet oczy najciekawsze;

Źródło, co było w twórcze łzy bogatem,

Zostanie ciemną zagadką na zawsze;

I gdy duch w prochu szermierza powali,

Na śmierć zadepcze i uleci dalej...

Tłum się nie troszczy o los zapaśnika,

Ale do domu powraca... i syka.

Strwonione życie! komedya skończona!

Nad zwyciężonym zapadła zasłona...

I głucha cisza zaległa bezzwłocznie,

Wprzód, zanim w ziemi naprawdę odpocznie.

Serdecznych natchnień błyski drogo cenne,

Te uleciały ponad prądy zmienne,

Unosząc z sobą w kraj przyszłości mglisty

Serce człowieka i duszę artysty:

Więc pozostaje tylko marą błędną,

Rozdawszy z siebie wszystko, co najlepsze;

Zebrane laury do wieczora zwiędną,

I nikt go piersią swoją nie podeprze.

Dopiero wtedy, gdy z nędzy człowieczej

Chłodna go ziemia na zawsze wyleczy,

Nad grobem miga błędny ognik sławy,

Przed którym staje przechodzień ciekawy.

A jednak mimo, że ten ból, ta praca,

W której się własną istotę zatraca,

Zdaje się niknąć, atom po atomie,

W wiecznej piękności, blasku i ogromie,

Jak rosa w słońcu... jednak przecież warto

Chociaż na chwilę dać swą pierś rozdartą

Tym, którzy łakną i tęsknią za niebem,

I głodnych karmić ideału chlebem.

Warto chociażby raz, na chwilę jedną,

Położyć palec na dusz ludzkich ranie

I w lepsze światy zawieść rzeszę biedną, —

Prawdy i piękna dać jej pożądanie.

Bo, chociaż dzieło i twórca przeminie,

Rzucone ziarno zejdzie kiedyś w czynie

I w przyszłych czynów rycerskiej postaci

Zapomnianemu sprawcy się wypłaci.

Sigue explorando

Por su autor
Adam Asnyk · 185 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Głos wołający na puszczyHerakles (Asnyk, 1898) →

Expediente

Autor
Adam Asnyk
Título
Helenie Modrzejewskiej
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-helenie-modrzejewskiej--adam-asnyk-d0afc8
Cita recomendada
Adam Asnyk, «Helenie Modrzejewskiej», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-helenie-modrzejewskiej--adam-asnyk-d0afc8.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.