CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Hanka Olpińska

polaco

IV.

HANKA OLPIŃSKA.

Spiritus flat ubi vult.

W pierś on niejedną i dzisiaj uderzy;

Że dźwięk wydaje, jak ten dzwon, w niebiosy

Ślący swój hejnał, ku drodze gwiazd mlecznéj,

Bo duch ten z Boga idzie, bo ten duch jest wieczny.

Tylko ta dzisiaj zachodzi różnica,

Że owi ducha bożego wybrańce,

W szyszak żelazny nie skrywają lica,

Jak ci, co biegli odpierać pohańce,

Orły cezarów, rogi półksiężyca;

Że na bojowe występują szańce

Bosi, obdarci, spragnieni i głodni,

A cisi — bez surm, kotłów, bez blasku pochodni.

I takie czasów dzisiejszych jest znamie,

Że człek cierpienia nie smaga się codzień,

Grzbiet odsłoniwszy, w najludniejszej bramie,

Ażeby grzeszny, ułomny przechodzień

Miał do kajania bodziec w krwawej plamie,

Aby lesbijski lub sodomski zbrodzień,

Szczęście widzący w zmysłowej przewinie,

Nauczył się rozkoszy szukać w dyscyplinie.

Dziś, jeśli walczą, to walczą ukryci,

Drobni, zaledwie okiem dostrzegalni,

Jak te pajączki, co z jedwabnych nici,

Uwitych w ciała własnego przędzalni,

Snowają siatki kunsztowne: pochwyci

Wiatr je lub owad i zerwie, nawalniéj

Jeszcze się biorą do cichego trudu

Sztukmistrze, aż na nowo nie dokażą cudu.

Dziś, jeśli cierpią, to tak, jak te zioła,

Jak ten rozchodnik albo szczaw ubogi,

Które na miedzach rosną lub dokoła

Polnej, dzielącej cudze schedy drogi,

Wiją się z bolu, uginają czoła,

Gdy na nich spocznie ciężar ludzkiej nogi,

I potem znów się do góry podniosą,

Po cichu zapłakawszy srebrną, ranną rosą.

Chcesz się przekonać, chcesz na własne oczy

Ujrzeć, gdzie dziś swój uczynił przystanek

Duch, co swe koła słoneczne wciąż toczy,

Idź i do chłopskich zaglądnij lepianek,

Lub nor fabrycznych, między tłum roboczy,

Gdzie ludzi w łóżkach nie zastaje ranek,

Gdzie wieczór braknie snu dla ciężkich powiek:

Tam cierpieć i tam walczyć umie prosty człowiek.

Tam nie jedynie o ten kęs powszedni —

O czarny kęs ten, co jak miód jest słodki

Dla szarej rzeszy, walczą ludzie biedni:

Kielnie i heble, kilofy i młotki,

Cepy i kosy podnoszą niejedni,

Roniąc pot krwawy, dla kwiatu szarotki,

Dla tej cudownej rośliny, co ciska

Swój urok z niedosięgłych szczytów, z nad urwiska.

Tam dla tej gwiazdki, co świeci na niebie,

Dla tej jutrzenki, co się z mgieł wychyla

I potem znowu w ciemnych mgłach się grzebie,

Niejeden nędzarz swą duszę przesila

I swoje ciało. O wodzie i chlebie

Żyje, a marzy o skrzydłach motyla

I dla tych skrzydeł, zwodniczych, niestety!

Ze zdrowych, krzepkich ludzi, stają się szkielety.

Taka Hanusia Olpińska! Cierpienie

I bohaterskie ponad siły boje

Ślicznego kwiatu podcięły korzenie,

Że zwiądł, że liści zieleniące zwoje,

Na dół opuścił, że przewonne tchnienie,

Droższe, niż wszystkie balsamiczne zdroje,

Stracił przed czasem... Dziś sucha łodyga

Na wątłym, zgniłym grzbiecie ciężkie pyły dźwiga.

A pomnę — piękna była ponad zwyczaj!

Smagła, jak sosnka w nieścinanym boru,

A twarz! a oczy!... Hejże! nie wyliczaj

Cudnych składników niebiańskiego tworu;

Blasków od słońca, barw od róż pożyczaj,

Woni od rana, ciepła od wieczoru,

Dźwięków od wczesnej, skowrończanej śpiewki,

Jeżeli chcesz wysłowić urok chłopskiej dziewki...

Wyszła za szewca, jak wychodzi wiele

Cór wyrobniczych, które los wygania

Z chałup do miasta, gdzie ślubne im ziele,

Bóg wie, kto wije... Szewc był tego zdania,

Że »zawsze lepiej w karczmie, niż w kościele«,

W szynku też codzień kieliszkiem wydzwania,

»Dźwięczniejsze bowiem szkło wydaje tony,

Niż kruszce, z których ludzie ulali swe dzwony«.

Pił, gdy był wesół, pił, gdy chodził struty —

Zwłaszcza dlatego, że nikt jakoś miary

Nie myśli wcale wziąść na nowe buty:

Jakaś przyszczypka, jakiś obcas stary

Do naprawienia — to wszystko! Zbyt suty

Grosz stąd nie płynie, ale-ć na opary

Marne półkwarcie juści że wystarczy,

A żona? — niech się o nią Bóg troską obarczy.

»Zresztą — bełkotał — jak ma człek poczciwy,

Człowiek rozumny dbać o taką żonę,

Co nie słyszane chce wyprawiać dziwy

I ma widocznie w głowie przewrócone!

Dał Bóg nam dziecię, chłopak, jak dwie śliwy,

Jędrne ma pyski, z radości aż płonę,

Że będzie szewcem ta pociecha nasza

Lub krawcem, a zaś ona chce mieć — Mesyasza«.

I szewc miał prawdę... Hanka, sama nie wie,

Skąd jej się w głowie brały takie myśli;

Nieraz, jak piękna melodya w śpiewie,

Drży to w jej sercu. I wtedy to kréśli

Obraz w swej duszy, wonny, jak modrzewie:

Na świat ten — mówi — różni ludzie przyszli —

Tacy i tacy, a któż zgadnąć może,

Że syn jej tak nie będzie, jako dziecię Boże?...«

Czytała w książkach nieraz opowieści,

Jak wychodzili męże z nizkich stanów,

Zrodzeni we łzach i ciężkiej boleści,

Lepsi od książąt i od możnych panów;

Jak potem wielkiej doznawali cześci,

Jak byli nakształt tych cudownych dzbanów,

Z których — tak pisze w niejednej książczynie —

Na świat, zmęczony trudem, miód i mleko płynie.

A że dla świata potrzeba tej rosy,

Że świat ten cierpi prawdziwe tortury,

Czyż to nie widać naokół? W niebiosy

Pnie się jęk krwawy, do słonecznej góry,

Że ludzie z nędzy giną, jak pokosy,

Że czem naodziać nie mają swej skóry,

Że mróz nędzarzy w nagie ciało siecze,

Że chleba już nie pomną głodne usta człecze.

Sama-ć na własne przecież widzi oczy,

Jak trzy miesiące już leży w barłogu

Chora Stawarska, a nikt nie przyskoczy

Z możnych, by stanąć na biedaczki progu

I poratować ją groszem... Tam broczy

W krwi swojej własnej, zlecając się Bogu,

Sąsiad Piątkowiak: na starość, niebiegły

W mularce, spadłszy z muru, rozbił skroń o cegły.

Tam Wierzbińskiego wygnali z roboty,

Bo tylko młodzi coś w fabryce znaczą —

Poszedł gdzieś żebrać, zostawił sieroty,

Które od zimna i od głodu płaczą...

Tu zmarł Sydorczyk, a po nim ni złoty

Jeden nie został; złamane rozpaczą

Nie wie kobiecko, za co go pochowa.

A ksiądz go nie pogrzebie za proszące słowa.

Wieprze — to widzi — mają swe pomyje,

Swoje łupiny i swój groch, koryta

I swoje chlewy... Tylko człowiek żyje

Nieraz bez kromki, bez dachu... Nie pyta

Nikt się nędzarza, gdzie złoży swą szyję,

Na której dźwigał, nim jeszcze zaświta,

Do późnej pory, jarzmo, aż się cały

Uginał, jakby miał się złamać w dwa kawały.

A ona-ć sama! jakżeż jej się dzieje?!

Takiego losu nie życzy nikomu!

On, co zarobi, przepije i przeje

I potem jeszcze sprawia piekło w domu!

Czas już, by świat ten zmienił swe koleje,

Aby się pozbył wszelakiego sromu

I wszelkiej nędzy, aby mogli w gości

Do stołu iść pełnego także ludzie prości.

I czas ten przyjdzie niedługo, bo wszędy

Pomiędzy ludźmi głucha wieść już chodzi,

A słodka, dźwięczna, jak Boże kolendy,

Że się tu mocarz przewielki narodzi,

Niby król jaki, który tak w te pędy

Cały świat zmieni, w wszystko złe ugodzi

Twardą swą dłonią, że złe się rozpryśnie,

A szczęście nad wszystkimi, jak słońce zawiśnie...

A ten, co takie wszechwładne ma ręce,

Nie będzie chodził w pozłocistej szacie,

Ale, jak Chrystus, król królów, w stajence

Na świat ten przyjdzie, albo we warsztacie;

Nikt go nie pozna w tej powszedniej męce;

Choć jest kosztowny, jak złoto w dukacie,

Będzie wyglądał, niby miedź, a przecie,

Jak z zorzy, tak zeń blask się rozleje po świecie.

Głowę nad wszystkich będzie miał uczoną,

Że gdy swe ucho przyłoży do ziemi,

Usłyszy zaraz, co mówi jej łono;

A gdy do góry spojrzy oczy swemi,

Przeniknie zaraz tę górę złoconą,

To wielkie niebo... Nad księgi mądremi

W przeróżnych kołach całą młodość strawi,

A potem swą mądrością biednych ludzi zbawi.

Ha! któż to zgadnie — Boże! chroń od pychy!

Że ona nie jest tą wybraną matką?...

Z drobnej gałązki, z jakiejś płonki lichéj

Wszakże wyrasta silny dąb! Ostatkom

Sił nie sfolguje; jak ten chłopski, lichy

Koń, będzie w pługu chodziła, aż rzadką

Z ziarna swojego wychowa roślinę,

Co bujnym spełni kwiatem nadzieje matczyne.

Ona-ć, co prawda, może nie doczeka,

Aby za sprawą synowskiego dzieła,

Wyszła z tej doli, co łamie człowieka...

Ale cóż ona? W biedzie się poczęła,

Więc w biedzie skończyć też może... Daleka

Jest ci od tego, by dla siebie wzięła

Owoc soczysty; niech inni go jedzą,

Gdy ona pod cmentarną gdzieś wypocznie miedzą.

I nie przestała folgować swym siłom;

Pierwsza na nogach, pędziła o świcie,

Gdzie jaki taki zarobek jej miłą

Wzmacniał nadzieję. Tam gdzieś szła na szycie,

Tam się mocuje z ciężką ziemi bryłą

Na przedmieszczańskich zagonach; tu mycie

Podłóg u »państwa«, tam znów jakieś pranie,

Aż dziw, że na to wszystko jeszcze sił jej stanie!

Gdy wróci do dom z nóg upadająca,

Kiedy jej potu struga niemal krwawa

Leje się z czoła z trudu i gorąca,

Niejedna z szewcem czeka ją przeprawa:

Pijak dni swoich troską nie zamąca,

A troska żony dla niego zabawa —

Z gniewu się tylko szamoce i pieni,

Gdy nie chce mu na wódkę dać z swojej kieszeni.

Nieraz też żal ją ogarnia w tej doli,

Że tak na wieki los swój z szewcem skuła;

Nieraz ją serce, jak rana, zaboli —

A jest na wszystko, niby listek, czuła —

Prowadzić życie bez serdecznej woli,

Lecz gdy już ciężkie trzewiki obuła,

Trzeba je dźwigać, trzeba wszystko znosić,

A Boga o wytrwanie i cierpliwość prosić.

Nieraz wspomina czas ten, gdy nad rzeką

We wsi, pod borem, rosła, jak sasanka!

W złocistem słonku tak jej lata cieką,

Jak wody w blaskach wiosennego ranka.

Na okolicę słynęła daleką:

»Niema dziewczyny, jak Wojtkowa Hanka!«

Prawią młokosy i w karczmie jej zdrowie

Niejeden pije duszkiem, jak gdyby po słowie...

Hej! hej! z tem słowem! Ono innym służy!

Ani pierzyny ni jasnych korali,

Bez tego zgnieść ją, jako listek róży,

Lecz nie przed ołtarz!... Hej! i dziś się pali

Do niej niejeden, nawet talar duży,

Gdy na posługi z domu się wydali,

Niejeden z panów, i stary i młody,

Pokaże i poszepce: »Szkoda twej urody!«

Ale Olpińskiej nie przyjść z pokuszeniem,

Choć sama nieraz skarży się przed sobą

W tajni swej duszy i prawie ze drżeniem,

Że snać nieszczęsną przyszła na świat dobą,

Że, widać, złe się »spikło« z jej imieniem,

Że lepiej ciężką męczyć się chorobą,

Niż takie życie — pierś się kraje w ćwierci,

Gdy o tem człek pomyśli — prowadzić do śmierci.

Juści-ć, że szkoda jej urody, juści!

Ale gdy człowiek związał się obrączką,

Niech sobie nigdy cugli nie popuści,

Niech będzie wiernym, choć jedną bolączką

Stałby się cały, choćby do czeluści

Miał zejść ognistych... Jak sok kwiatów pączkom,

Tak cnota żonie i matce! Hej! Boże!

Na głowę dziecka hańby sprowadzić nie może.

W bólu i walce płynie rok za rokiem.

A dziecię rosło, pono-ć nawet w szkole

Bywało między towarzyszy tłokiem

Zawsze na górze, a nigdy na dole.

Rosło pod matki opiekuńczem okiem

I pono-ć żadne nie zeszły kąkole

Na tym zagonie, który matka hojnie

Zlewała swoim potem, a krwawo, a znojnie.

Ale czas przyszedł, gdzie matczyne dłonie

Nie wystarczyły. Syn o kiju ruszył

We świat, by szukać gdzieś w dalekiej stronie

Nowej nauki, którą znaleźć tuszył

O własnych siłach... Niestety! utonie,

Kto w sobie głosu bożego nie zgłuszył,

Gdy jego pierwsze podniosą się dźwięki,

A kto do worka niema poco kłaść swej ręki.

Co się z nim dzieje, matka nie odgadnie...

Ale-ć zdaleka, niby jako chmura,

Co naraz jasne niebiosa opadnie,

Wieść do jej duszy spłynęła ponura,

Że w synu z nędzy zbudziła się zdradnie

Straszna, zabójcza, ojcowska natura,

Co nieraz w całe mści się pokolenia —

Gdzież jest królestwo boże? gdzie są jej marzenia!?...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Hajs marony!Hej, odłogiem leży nasza rola →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Hanka Olpińska
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-hanka-olpinska--jan-kasprowicz-ec5173
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Hanka Olpińska», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-hanka-olpinska--jan-kasprowicz-ec5173.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.