CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaWiktor Gomulicki

Wiktor Gomulicki · Modernismo

Francuzica

polaco

Widywałem ją w jednej cukierni,

Opuszczonej i starej, jak ona.

Przychodziła zawsze sama, w czerni,

Wypłowiałym pledem otulona,

I siadała w milczeniu, gdzie siada

Emerytów kaszlących gromada.

Kawy szklankę przynosił jej chłopiec,

Oraz świeże francuzkie dzienniki;

Układała wysoki z nich kopiec

I dobywszy z torby rogaliki,

Zawinięta w gazet prześcieradła,

Jednocześnie: czytała i jadła.

Mumja w takiej nie drzemie martwocie,

W jakiej ona spędzała wieczory;

Przyjaciela miała tylko w kocie,

Co był brudny, mrukliwy i chory,

I biegł do niej z kąta za bufetem,

Z najeżonym fantastycznie grzbietem.

Nakształt grubej, zaściankowej szlachty,

Którą laury bismarkowe kuszą,

Tylko w wielkie, polityczne płachty

Zagłębiała się wzrokiem i duszą;

A szpon myśli wszczepiwszy w artykuł,

Ani drgnęła... jakby ją kto przykuł.

Czasem notę zrobiła ołówkiem,

Czasem w gniewie przytupnęła nogą...

Nikt jej nigdy nie zaczepiał słówkiem,

Ona również nie znała nikogo —

I samotnie, od wszystkich odcięta,

Przepędzała dnie zwykłe i Święta.

Raz jej z torby na ziemie wypadła

Minjatura młodziutkiej dziewczyny...

Lecz tak chciwie czytała i jadła,

Razem z kawą łykając nowiny,

Ze zupełnie nie spostrzegła zguby —

Dziewczę było śliczne jak cheruby...

Minjaturę podniosłem ukradkiem,

By dać starej ostrożną nauczkę;

A gdym oczy nasycił tym kwiatkiem,

Rzekłem: „Pani! strzeż pilniej swą wnuczkę“...

Odwróciła się z gazet szelestem,

mruknęła: „Mousieur! to ja jestem.“

Rzekłem tylko: „Ach“ — lecz pomyślałem,

Ze się życie obchodzi niegodnie

Z pewnych niewiast i sercem i ciałem,

I że spełnia estetyczną zbrodnię,

Kiedy z kwiatów trwających przez chwilę,

Czyni suche, jałowe badyle.

Myśl mi widać wyczytała z twarzy,

Bo zgarnęła swe czarne woale,

I z westchnieniem — jak zwyczajnie starzy-

Odszepnęła „Nie dziwię się wcale,

Że pan zmianę widzisz we mnie wielką;

Ja‑m trzydzieści lat — nauczycielką!“

Kiedyindziej, w wieczór wigiljowy,

Gdy na niebo wypływała „gwiazdka“,

A na ziemi chyliły się głowy...

Do cukierni wstąpiłem po ciastka,

By dzieciarnię obdarzyć — nie własną —

Wprzód, nim świeczki na choince zgasną.

Pusto było w obszernej komnacie,

Głośnej zwykle, od kasłania gości;

Każdy poszedł, przy synu lub bracie,

Spożyć ucztę rodzinnej miłości —

Tylko w kącie, samotna jak mara,

Nad gazetą kiwała się stara.

W wielkiem mieście nie było nikogo,

Coby przed nią otworzył swój światek...

Taka nędza przejęła mię trwogą,

Więc zaniosłem staruszce opłatek,

I skłoniłem się przed nią w milczeniu,

Hołd oddając latom i cierpieniu.

Ona wzięła z uśmiechem ofiarę,

Mówiąc grzecznie, że ją czyn mój wzrusza...

Lecz przez oczy, przygasłe i stare,

Nie wyjrzała jej zbudzona dusza;

I poznałem, że pod obcym chłodem,

Już się sama stała prawie lodem.

„Ce Gambetta quel génie, mój panie!“

Rzekła nagle, wstrząsając gazetą. —

Przytaknąłem, i na pożegnanie,

Zostawiając ją samą z Gambettą,

Chciałem dotknąć ustami jej dłoni —

Lecz wstydliwie rzekła: „Niech Bóg broni!“

Raz ostatni spotkałem ją — w trumnie.

Spała cicho na poduszce z wiórów,

Żółte czoło zmarszczywszy rozumnie;

Jakby echo gazeciarskich chórów,

Odrętwiając i duszę i ciało,

Coś o Francji w ucho jej szeptało.

Rzekł mi jeden z pachołków szpitala,

Że ją słaba podjęto z ulicy;

Że noc całą, pełna chorych sala

Spać nie mogla z winy „francuziey“,

Że śpiewała mimo śmierci kurcze,

Aż, śpiewając, usnęła — jak kurczę..

Byłem pewny, że dziatek gromada

Za tą lichą trumienką pobieży,

I tej swojej przewodniczce stada

Nie poskąpi kwiatów i pacierzy,

A pamiętna na jej miłość długą,

Raz choć zechce być swej sługi sługą.

Lecz mnie czułość młodszych serc zawiodła —

Nikt nie stanął za wozem nędzarzy;

Dziad kościelny, niosąc śmierci godła,

Zawiódł zmarłą, gdzie się śpiąc nic marzy,

I deszcz tylko, z moją łzą pospołu,

Wpadły za nią — do wspólnego dołu.

Kiedy rydel pijanego dziada

Miał zasypać czarną grobu jamę,

Wśród gałęzi błysła jasność blada,

I rzuciła dużą, złotą plamę

Na tę trumnę z szychami białemi;

A ja-m rzucił: trzy garsteczki ziemi.

I garść pierwsza, z bezdźwięcznym łoskotem,

W wielkiej Francji upadła imieniu...

Ona dzisiaj pobrzękuje złotem,

A jej dzieci giną w opuszczeniu,

I pod obce uciekają nieba,

Jakby w domu zbrakło dla nich chleba...

A garść druga, co jękła żałośnie,

Wyręczyła nieobecne dziatki —

Bo choć ciężko przy trumnach stać wlośnie

Ze swych wieńców oddając im kwiatki,

Jednak serce dziecięce źle czyni,

Gdy się starej wypiera mistrzyni...

A garść trzecia, przesiąknięta łzami,

Padła stwierdzić naszej ziemi cnotę —

Samolubstwom ona się nie plami,

Wrogom nawet śle swe kłosy złote,

A dziś, pełniąc swych losów konieczność,

Dała starej przytułek — na wieczność!

Sigue explorando

Por su autor
Wiktor Gomulicki · 196 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Fragment (Wiem, że chwila nadejdzie...)Gdy kochasz →

Expediente

Autor
Wiktor Gomulicki
Título
Francuzica
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-francuzica--wiktor-gomulicki-61a07e
Cita recomendada
Wiktor Gomulicki, «Francuzica», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-francuzica--wiktor-gomulicki-61a07e.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.