CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Fragment (Kasprowicz)

polaco

XIV.

FRAGMENT.

.................

Święta, jedyna pieśni! Ty, łowiąca

Szumy i szepty, które sennie płyną

Z za niewidzialnych granic! Oto znowu

Zbliżam się k’tobie i znowu spoglądam

W głębie twych oczu, słodka miłośnico,

I jakby w rżniętej z kryształu soczewce,

Która skupionym wypala promieniem

Rękę, żądliwą słonecznych stygmatów,

Widzę w twych oczach katuszę i rozkosz,

Odbrzmiewające drganiem żarnych pragnień

Mojej rozkoszy i mojej katuszy!

Usta ci kładę na pierś niespokojną,

Rozfalowaną tajniami przebudzeń

Jakichś niezwykłych, dotychczas nieznanych,

W ciemnościach łona spowitych żywotów,

Oczekujących widomych ujawnień,

I usta moje ogarnia niepokój...

Lękam się trwogą wyczerpanej siły,

Czy w ust tych czarze, wypełnianej gorzką,

Powszednie głody sycącą słodyczą,

Znajdzie się dosyć i miejsca i władzy,

Ażeby mogły wchłonąć żar twój czysty,

Przelać go w duszę i zblaknąć i umrzeć

Z zabójczej woni nadmiernych upojeń...

Dokąd pójdziemy? Powiedz! Mów! Czy znowu,

Niesyta wstrząśnień, pragniesz być odbrzmieniem

Nadciągających nawałnic, jak wówczas,

W dniach niedogasłych, kiedy chwiejna, słaba,

Z skrzyżowanemi na piersiach rękoma,

Stawała dusza u wywierzysk nędzy

Swojego życia, niezmiernych, jak smutek,

Który przenikał Twórcę, gdy na lica

Stworzeń wyciskał piętno własnych bólów?

Może, jak ongi Dusza, pragniesz znowu

Swe porażone, z promieni otarte,

Zamilkłe oczy wlepiać w błyskawicy

Czerwień złowrogą, a uchem, stępiałem

Od górnych szumów i krwawych łoskotów,

Gniewu bożego straszne łowić gromy,

Na wargach tłumić klątwy albo szepty

Bezradnych modłów, cisnące się z krtani

Perlistym sznurkiem rozłkanych krwotoków?

Tak, czyliż mamy znowu być, jak ongi,

Niby dwa wielkie, ponadmiar wyrosłe,

Potworne cienie czarnego, ponadmiar

Twej wyobraźni wzrosłego obłoku,

Którym On, w ślepej nienawiści świata

Sąd sprawujący surowy nad biedną

Duszą człowieka, przesłonił swe oczy,

Aby nie widzieć ran jej? Czyż znów mamy

Stanąć w oblaskach tych groźnych płomieni,

Rażących dzieło Jego własnej Duszy?

Czyż mamy tulić się do skał z przestrachu

I z przerażenia, gdy od Jego gromów

Zdają się stapiać w niebotyczną bryłę

Wszystkie załomy, wszystkie kanty, wszystkie

Strzępy granitów, jak ongi, gdy głaźnym

Wytrysły zwałem z pękającej ziemi?

Czyż, ledwie wązki czując skraw oparcia

Dla słabych palców naszych, nóg strudzonych,

Mamy, zawiśli nad przepaścią zmroków,

Trzymać się dłońmi aż do krwi tych chwiejnych,

Jego razami kaleczonych urwisk?

Czyż martwą głębią oczu, które z lęku

Snać już na zawsze straciły świadomość

Ujrzanych niegdyś wiosennych rozświetli,

Mamy spoglądać w tę dolinę świata,

Gdzie noc i łuny pożarów i ciężkie,

Zgęszczone męty powodzi i płacze

I klątwy ludzi ginących i zboża

Padłego skonne, wyziewne westchnienia

W jedną grobową utkały się przędzę,

W całun dla jego dobroci i głuchej

Sprawiedliwości?... Potoż my się mamy

Borykać z Stwórcą, aby jednym ruchem

Swojej powieki pokazał stworzeniu,

Że jego wnętrze jest słabością sługi?

Że wobec Niego głuchem jest i niemem,

Chociażby miało w sobie wszystkie struny,

Na których wichry wygrywają hymny,

Rozrywające dziko słodkie węzły

Pomiędzy nami a Nim?!... Czas już dawno

Nadszedł dla ciebie, ażebyś umiała

Lekceważąco kopnąć ból, choć chmurne,

Tajemniczością pomarszczone czoło

W królewską lubi ozdabiać obrączkę,

Chociaż się mieni panem serc wszechmocnym,

Choć towarzyszy wcielaniu się Ducha

I choć ustami jego łka w żałobnej

Chwili wyzwolin... Pójdźmy w to powszednie

Roisko mrówek!... Co za tłum! Żebrzący

Litości bożej, tak jak my oboje!...

Każdemu z oczu bije żal!... Najmniejszy

Nieznaczny płatek śnieżystej kurniawy,

Którą Bóg zmroził w drodze ku tej ziemi;

Najlichszy pyłek w tym proszku człowieczym

Którym On, chcąc się zabawić, obsypał

Tę naszą smutną gwiazdę, aby przyćmić

Jej blask pierwotny — każdy ma swą wielką,

Swoją bezmierną, swą jedną jedyną,

Nieprzemożoną tragedyę!... Do syta

Spospolitował się ten gorzki orszak:

Jedni tak szczerze płaczą, że jak brony

Stały się łzy ich, albo też jak radła,

Puszczone ostrzem w twardą glebę! W bruzdy

Skrajane mają policzki i skronie,

W bruzdy, na których hojny posiew smutku

Wyrósł i bladym zakwitł chryzantemem.

Innym już nawet braknie łez; bezpłodnie

Zawiędło serce, które tak obficie

Rzuca naokół owocami żalu:

W dłoniach ukryli twarze, pochyleni

I nie mogący się już wyprostować,

Bo dawno pytać przestali: dlaczego?

A inni znowu uwięźli na miejscach,

Jak szereg słupów kamiennych, jak hermy,

Poustawiane przy drodze wieczności,

Ciosane ręką wielkiego Drwinkarza,

Który z igraszki, w krotochwilnym śmiechu,

Wrzeźbił w ich rysy urągliwy wyrzut

Dla ich własnego Stwórcy, a jedynie

Wstrzymać się nie mógł i martwym ich oczom

Tyle wyrazu dał dziwnego smutku,

Tyle rozpaczy i tyle niedoli,

Że kiedy spojrzy na nie, a spoglądać

Musi, w tej chwili, nagle, zapomina

O ich szyderstwie i w własnych źrenicach

Czuje odbicie ich nędzy i — płacze...

Płacz, ty swawolny Rzeźbiarzu grymasów

Maskaradowych! Płacz, ty wielki Zduniu,

Który, usiadłszy w słonecznym warsztacie,

Lepisz codziennie miliony garnków

I słońc spalonych napełniasz popiołem

I potem, zgięty nad niemi, jak dziecko

Z rozigranemi oczami nadymasz

Swoje policzki i dmuchasz w ich wnętrze,

By się ten popiół rozwiał na okręgi

I szarą przykrył żałobą najbielszą,

Najuroczystszą, najjaśniejszą wiosnę...

Płacz, Arcymistrzu wspaniałych egzekwij,

Co trumny miękkim naodziewasz kirem,

Na katafalki wznosisz podsozrębne

I gromnicami obstawiasz, z zakrystyj

Najposępniejsze wyciągasz ornaty,

Z mory i czarnych jedwabiów, z srebrzystym

Krzyżem na plecach!... Płacz, Ty, co wymyślasz

Najprzenikliwsze melodye, tak strasznie

Słodkie i jasne w swoim gorzkim mroku,

Że się do syta napieścić nie może

Ta moja dusza, kąpiąca się w dymnych

Kłębach bursztynu... Płacz-że, płacz, ty wprawny,

Chyży kościelnych wrótni Otwieraczu —

Już poza progiem Twój orszak...

— — — — — — — — — — — — — — —

Święta, jedyna pieśni! Ty, łowiąca

Szumy i szepty, które sennie płyną

Z za niewidzialnych granic!... Oto znowu

Zbliżam się k’tobie i znowu spoglądam

W głębie twych oczu, słodka miłośnico,

I żebrzącemi śmiem cię błagać słowy,

Iżbyś stanęła przy mnie już nie z bolem,

Ale z słoneczną, wiosenną radością,

Która daleko, od ziemi, u kresu

Ludzkiej tęsknoty, rozświetli mi bezmiar

Świętych tajemnic!... On tam władnie, jasny,

Cichy, spokojny Rozdawca spokojnej,

Jasnej, słonecznej, gwarom, krwawym krzykom,

Łzom i rozpaczom świata niedostępnej

Nieśmiertelności...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Flectamus genua (Kasprowicz, 1912)Fujawica →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Fragment (Kasprowicz)
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-fragment-kasprowicz--jan-kasprowicz-85ac26
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Fragment (Kasprowicz)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-fragment-kasprowicz--jan-kasprowicz-85ac26.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.