CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaWiktor Gomulicki

Wiktor Gomulicki · Modernismo

El mole rachmim

polaco

To było na podwórku żydowskiego domu,

W letni wieczór. Dostałem się tam pokryjomu.

— Wiara, zamiast jednoczyć, dzieli i oddala. —

Wśród murów poruszała się głów czarnych fala.

Żenił się Icek, waciarz, z tandeciarki córką,

A goście i ciekawi zalegli podwórko.

I miejsce było szpetne i ludzie zwyczajni.

Kilka zbudzonych gęsi gęgało przy stajni,

Na poręczach galerji pościel się wietrzyła,

Z kuchni woń ryb skwarzonych płynęła niemiła,

A w kącie, dwie akacje marły na suchoty.

Niebo od gwiazd błyszczało, jak — szabaśnik złoty;

Obłoków nie plamiła nawet chmurek wełna,

I noc była królewskiej wspaniałości pełna.

Icek stal pod szkarłatnym, starym baldachimem,

W odświętnych sukniach, światłem oblany i dymem.

Był to śniady wyrostek, pół-mąż a pół-dziecko,

Miłość u żydów chwyta człowieka zdradziecko,

Z zamkniętemi oczyma wiedzie nad otchłanie,

I w objęcia kobiety rzuca niespodzianie.

Tłum składały powszednie postacie z ulicy,

Ludzie, których się widzi w dzień na targowicy:

Tandeciarze, faktorzy, przekupnie, tragarze.

Gorączka rozpalała brodate ich twarze,

A złociło je światło woskowych hawduli,

(Świeczek, w których się płomień do płomienia tuli,

Jak w plecionym z błyskawic mieczu archanioła).

Chwilami, nakształt kłosów chyliły się czoła,

Szwargotali, lecz obrzęd nic zdał się żadnemu

„Uroczystą Śmiesznością” jako Beaumarchais’mu.

Icek zakrył twarz chustką, a jeden z gromady,

Nie kapłan, lecz człek zwykły — bardziej tylko blady,

I smutniejszy od innych — wzrokiem wodząc wkoło,

Śpiewał. Pieśń, choć weselna, nie była wesołą.

Dwu chłopców kędzierzawych wtórzyło jej krzykiem,

A tłum cały szemraniem, pół-rzewnem, pół-dzikiem.

Patrzyłem na ten obraz ciekawie lecz zimno.

Icek, choć skryty chmurą świetlaną i dymną,

I poważny na śmieciach, jako przed ołtarzem,

Był dla mnie tylko lekiem, ubogim waciarzem.

I w innych nie widziałem nic poetycznego:

Zdawali mi się ludźmi zwykłymi, co strzegą

Z równą pilnością bród swych, jak — wiary i mienia.

Próżno od blasków nowiu i od świec płomienia,

Śniade lica ich brały tajemnicze piętno:

Żaden nie nęcił twarzą natchnioną lub smętną.

Nagle, śpiew ucichł. Rzekłbyś, że rozwiał się w dali.

Otwarto z trzaskiem okna. od weselnej sali,

Kędy oblubienica, pośród niewiast grona,

Siedziała, płacząc. Chazen wzniósł nad nią ramiona —

(Chazen o skrzących oczach, z patryjarchy brodą) —

I wspomniał o jej ojcu, który umarł młodo,

I którego dziś brakło przy rodzinnem święcie...

Płacz na to powstał wielki, a on, przy lamencie,

Przy niewieścich szlochaniach i łamaniu dłoni,

Zawiódł pieśń, która nutą pogrzebową dzwoni:

El mole rachim...

Najprzód, choć łzami wezbrana,

Pieśń płynęła spokojnie, niosąc do stóp Pana

Ból serdeczny, rozwagi wstrzymywany siłą;

Tak płacze syn dorosły nad ojca mogiłą;

Potem, przesiąkłszy smutkiem, który z grobów wieje,

Traciła po iskierce wiarę i nadzieję,

Rosła w moc, i porwana zamętem boleści,

Topniała w łzach gorących i w skardze niewieściej.

Już nie jednej mogiły, lecz grobów miljona,

Stala się głośną płaczką, i z bólu szalona,

Biegła, nad cmentarzami zawodzić staremi,

Nad kośćmi Izraela, co po całej ziemi

Rozsiane są, jak piasku bezpłodnego ziarna;

I nad tem, że ta siejba będzie może marna,

I nad tem, że na grobach chwast wyrasta głuchy,

I nad tem, że skarlały słabe synów duchy,

I że ta noc niewoli tak długa, tak długa!

Już jéj nie nie więziło; rwała się, jak struga,

Kiedy po burzy, w rzekę zmieni się spienioną, —

Śpiewak miał iskry w oczach i drgające łono,

A czoło, które odkrył, w tył zsunąwszy czapkę,

Ciekło potem. — Śpiew wzruszył nawet starą babkę,

Którą paraliż trupem uczynił i skałą;

Szkło jéj źrenic, napoły martwych, zapotniało.

Wszyscy w izbie płakali, zdjęci wielkim żalem.

A kiedy chazen wspomniał świętą Jeruzalem,

Matkę, która choć zdala białą twarzą świeci,

Od wieków już umarła dla swych pierwszych dzieci;

Gdy wspomniał bezlitosne losów okrucieństwo,

Nędzę, prześladowanie, tułactwo, męczeństwo,

I szczęście, utracone na zawsze, na zawsze —

Boleść stała się żywszą, rany serca krwawsze,

Po izbie szał rozpaczy powiał tchnieniem dzikiem,

I zawrzała ogromnym, beznadziejnym krzykiem...

Słuchałem pieśni z łonem czułością wezbranem,

I ci ludzie, skarżący się głośno przed Panem,

Dumni wielką przeszłością, bólem wielkim śmieli,

Dziwnie wzrośli w mych oczach i wyszlachetnieli.

Nie widziałem już szpetnych plam na baldachimie,

Nie raził mię strój Icka, ani Icka imię,

Znikła dla mnie powszedniość z tych brodatych twarzy,

I stałem się, jak człowiek, co... na jawie marzy.

Podwórko.. Nie! to była już kwietna dolina,

Kędyś, u stóp Libanu, co się w niebo wspina

I lasem ciemnych cedrów szumi, jakby śpiewał.

Księżyc na tę dolinę zdroje srebra zlewał,

Niebo ją nakrywało kryształowym dzwonem,

Pustynia przewiewała tchnieniem rozpaloném,

A palmy ochładzały wachlarzami z liści.

Między ziemią i niebem nie było zawiści;

Twarz Jehowy patrzyła z góry uśmiechnięta,

Błogosławiąc dolinę, ludzi i jagnięta;

Tłum wiernych szeptał modły i kłaniał się Panu,

W powietrzu pływał zapach nardu i szafranu,

Strumień, jak wąż, rozwijał srebrnołuskie sploty —

A gwiazdy tak błyszczały, jak szabaśnik złoty...

Sigue explorando

Por su autor
Wiktor Gomulicki · 196 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Dziwiącemu sięEpizootya →

Expediente

Autor
Wiktor Gomulicki
Título
El mole rachmim
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-el-mole-rachmim--wiktor-gomulicki-b06fdb
Cita recomendada
Wiktor Gomulicki, «El mole rachmim», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-el-mole-rachmim--wiktor-gomulicki-b06fdb.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.