CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJózef Szujski

Józef Szujski · Modernismo

Dzień pierwszy

polaco

Gdzie mnie wiedziesz szybkonogi,

Wiatry z drogi, góry z drogi

Rwiący w pędzie hipogryfie?

Gdzie na nagie gnasz mnie skały

Błysku ty, bez światła biały

Bez lotnego ptaku pierza,

Bezpłetwiasty mórz potworze?

Stań! dzikiego tutaj zwierza

Świetne w blaskach słońca łoże...

Stań! sił więcej mi nie służy:

Ślepa już i zrozpaczona

Kładę ręce i ramiona

Na szmaragdzie tej pustyni!

Krwawy znaczę ślad stopami

W niegościnnej polskiej ziemi:

Bo któż oczy litośnemi

Nieszczęśliwych zwykł przyjmować?

Krzywdę mi Jegomość czyni:

Skoro trudnim się skargami

I mnie proszęż porachować.

Wszak oboje z domu ciszy

Rzniemy w świat na awantury,

Rozbijamy łeb skałami,

Koziołkujem się oboje

Z każdej paryi, z każdej góry:

Czemuż, gdzie boleści twoje

O Klarynie nikt nie słyszy?

Nie mieściłem cię w mem słowie

Chcąc zostawić twej wymowie

Skargę na własny rachunek:

Wszakże wedle mędrców zdania

Warto ponosić frasunek

By mieć prawo narzekania.

Taki mędrzec, bez wątpienia

Był nieboże — pijaczyna!

Dałbym mu dla otrzeźwienia

W bok kułaków z pół tuzina!

Niechby radził, co w tej porze

Na pustkowiu, zabłąkani

Czynić mamy w tej otchłani

Kiedy dzienne gasną zorze.

Smutne, dziwne nasze losy!

Lecz jeźli mnie wzrok nie mami

Jeźli fantazya nie łudzi,

Widzę tam — chociaż niebiosy

Słabemi tchną już światłami,

Widzę tam — mieszkanie ludzi.

I ja, jeźlim nie oślepiał.

Dzikiej mieszkanie budowy:

Zda się że z olbrzymów głowy,

Które tam sterczą nad nami,

Głaz się po głazie odczepiał

I w dziką złożył strukturę.

Zbadajmyż tedy tę dziurę,

Zamiast się zbytnie dziwować,

Może się znajdzie szczęśliwie,

Kto nas zechce przenocować.

Brama ta, paszczęka raczej,

Ciemnością nocy straszliwie

Zionie k’nam. (słychać szczęk kajdan)

A to co znaczy?

Strwożona, struchlała stoję.

Otóż i słychać kajdany.

Galernik jakiś spętany

Siedzi tam... Boję się, boję.

Biedny ja! O! nieszczęśliwy!

Boże! jakiż głos straszliwy!

Do pięt przechodzą mnie dreszcze.

Klarynie!

Pani!

Czas jeszcze!

Uciekniem.

Szczęśliwej drogi

Nie ruszę nogą od trwogi.

Światło tam błędne migoce:

Gwiazda wilgocią wybladła

Drżąca, niepewna upadła

Aby tej otchłani noce

Srożej uczynić czarnemi.

Przecież przy błędnem jej drżeniu

Widać człowieka w pomroce,

O trupa raczej! na ziemi

Widać w okropnem więzieniu.

Ciężkie okowy go gniotą,

Skóry mu zwierząt odzieniem.

Stańmy, poczekajmy oto

Niech się wywnętrzy z cierpieniem,

Które przyciska go srożej

Od nocy, od kajdan obroży.

Nędznym ja! O! nieszczęśliwy!

Nieba! mówcie, wzywam was,

Mówcie, jaka moja wina,

Zkąd los na mnie tak straszliwy,

Na ludzkiego spada syna?

Wiem ja, wiem, że w każdy czas

Najsmutniejszą dolą człeka

To, że rodzi się na ziemi;

Ale między śmiertelnemi

Po za winą narodzenia

Czemu sroższy los dopieka

Mnie, nad inne ziem stworzenia?

Wszystko, wszystko na tym świecie

Swych urodzin nosi grzechy:

Lecz wszystkiemu — w życia wątek

Szczęścia wplecion bodaj szczątek,

Tylko moje, moje plecie

Się bez światła i pociechy!...

Ptak się rodzi, kwiat pierzaty

Bukiet skrzydły unoszony

Po nad pola, po nad światy

Rwie go lot w dalekie strony;

Z gniazda szczęśliwy on ruszy

Bujać w niebiosów światłości,

A ja, co więcej mam duszy

Czemuż to mniej mam wolności?

Rodzi się zwierzę wśród nory

A oto, ledwie natury

Ręka w cudowne mu wzory

Szerść jędrnej ułoży skóry:

Rwie się w krwiożerczej dzikości

Niszczyć, co słabsze i mniejsze:

Ja czucia mam szlachetniejsze

Czemuż to mniej mam wolności?

Ryba się rodzi, fal dziecię,

Podwodnych głębin stworzenie,

A oto, ledwie przestrzenie

Wiosłami płetew poczuje,

W oceanu buja świecie

Piersią nieskończoność pruje,

Taka szczęśliwa w światłości

Morza, choć zimna i głucha:

Lecz ja, co więcej mam ducha

Czemuż to mniej mam wolności?

Rodzi się strumień, wąż śliski

Z srebrnego źródeł szemrania,

Lecz oto porwał w uściski

Kwieciste brzegi, przegania

Pędem doliny ukrycia

W równiny dążąc jasności:

A ja, co więcej mam życia,

Czemuż-to mniej mam wolności?

O! pierś moja od gniewu się wzdyma,

Serce moje wybucha wulkanem;

Jakie prawo mnie, człowieka trzyma,

Że nie danem mi, co wszystkim danem,

Kto bezprawnie mi, okrutnie bierze

Co ma strumień, ryba, ptak, co zwierzę?

Litość mną wstrząsa i trwoga.

Kto słucha mojej boleści?

Klotaldo?

Powiedz, na Boga,

Że Klotald.

O pełen cześci

Słucha twej pieśni rzewliwej

Nieszczęsnego nieszczęśliwy.

Ha! nie chcę, aby kto wiedział

Com narzekał, com powiedział!

W kościste moje ramiona

Porwę zuchwalca! Niech kona.

Jak pień głuchy’m, panie drogi!

Chyląc się do twojej nogi

Wiem, pozyskam serce człeka.

Głos twój w mą duszę przecieka

Dziwnemi serca dreszczami

Drżę pod twojemi oczami.

Kto jesteś? zkąd twoja siła

Nad tym, któremu kolebą

Czarna ta była mogiła,

Któremu za świat i niebo

Starczy to dzikie pustkowie,

Trupowi, co żyć zmuszony,

Żywemu, co życia zbawiony.

O potępionej mej głowie

Jeden wie człowiek, jedyny,

Strzegąc mnie — ludzkiej zwierzyny

Zwierzęcego strzegąc człeka,

Ucząc na zwierząt drapieży,

Jak światem władać należy,

Gwiazdy przemierzając ze mną

Na tych nielicznych, co nocą

Świecą nad przepaść tę ciemną.

Powiedz, zkąd idziesz i po co

Ty, coś oplątał mnie czarem,

Coś oczu spalił pożarem,

Głosu coś przeszył urokiem,

Że gonię pijanem okiem

Za tobą i widzieć cię płonę,

Tem większem płonę pragnieniem,

Im dłużej mam oczy zwrócone

Na Ciebie. Więc choćby zniszczeniem

Było mi patrzeć ku tobie,

Patrzyłbym, aby nie skonać

W nieoglądania żałobie.

Umieram, czuję, umieram

Kiedy na ciebie spozieram

Z pragnienia, by ciebie oglądać:

Oglądam i tylko żądać

Umiem, bym patrzył na wieki

Gdybym nie patrzył, z dalekiej

Piersi, od duszy gdzieś głębi

Gniew straszny buchnie, zakłębi

Na samą nieoglądania

Myśl, choćby śmiercią być miało,

Że cię oglądam. Wszak dało

Mi twe spojrzenie, com nigdy

Nie znał od dni mych zarania:

Dało mi szczęście bez granic

Co całe człowieka pochłania,

Więc nie zamienię go za nic

Potężnem obronię ramieniem.

Pełnym dziwu na te słowa,

Że zamiera w piersiach mowa.

Czyliż nazwę pocieszeniem.

Co mi w tobie niebo zsyła,

Że mnie zetknęło z cierpieniem

Którego straszliwa siła

Moje zmartwienia przerasta?

Mówi o mędrcu podanie,

Że nędzny żywił się jeno

Śródleśnych roślin korzeniem:

„Jakąż to żyje ja ceną!“

Zawołał. Na to wołanie

Dziwny mu widok szlą losy:

Widzi, jak z siwemi włosy

Inny, już śmierci pół bliski

Zbiera rzucone ogryzki.

Tak ja wołałem do nieba:

Nie ma, jak moja potrzeba

Nie ma, jak moja zgryzota!

Aż dusza moja poznała

Ciebie, któremu by może

Dola ma — ulgą się zdała!

Więc jeśliś zrządził tak Boże,

By jedna ludzka istota

Krzepiła się drugiej boleścią,

Otuchy może ci wieścią

O moich dodam cierpieniach.

Jestem.....

Stróże w wieży cieniach

Co z tchórzostwa lub swawoli

Puściliście tu dwóch ludzi...

Nowe się nieszczęście budzi.

Ha! nadzorca mej niewoli

Co mu strasznym padłem łupem.

Brać ich żywcem albo trupem!

Zdrada! zdrada!

Gdy szczęśliwą

Gratką wybór wam przyznany,

Pułkowniki, kapitany

Bierzcie nas, lecz bierzcie żywo.

Starannie przykryjcie twarze

Niech wzrok ciekawych nie pada

Nawet jakaś maskarada.

O niebaczni, co przez straże

Aż tutaj dotrzeć ważyli

Wbrew woli króla. W tej chwili

Broń odpinajcie od boku,

Lub ten pistolet, wąż z stali

Wnętrze swe na was wyrzuci,

Z gęstego dymów obłoku

Piorunem obu obali.

Stój, okrutniku! Ni kroku

Bo więzy, któremi’m skowan

Głowę o skały krawędzie

Strzaskam, wyszarpię zębami

Żywot, co tutaj pochowan,

Gdy włos im z głowy upadnie.

Skoro wiesz, co na cię kładnie

Więzy, coć życie zabrało,

Co turmy przyczyną się stało

Poco tych gniewów? Daremne.

W czeluście rzucić go ciemne.

Zaprawdę wiedziałeś Boże

Czemuż mi wdział tę obrożę

Wiedziałeś! Byłbym tytanem

Któryby niebo szturmował,

Górę tę, pchniętą kolanem

Na drugiej bym umocował,

Ażbym te słońca kryształy

Dosiągł, potrzaskał w kawały!

Tać też twych więzów przyczyna.

(Zygm. wyprowadzają)

Panie! duma krew ci ścina,

Ja pragnę prosić z pokorą

O życie, które mi biorą.

Surowość zbytnią by była

Gdyby nietylko jej duma,

Lecz pokora nie skruszyła.

Jeźli zaś obie nie skruszą,

Choć ich postacie w teatrze

Mnogiego wzruszały kuma,

Niechże zły zamiar wasz zatrze

Moja przynajmniej natura

W środku między dumną duszą

A pokorną, ot mikstura

Dumy na pół, pół pokory,

Choro-zdrowy, zdrowo — chory

Brzydko-piękny, piękno-brzydki

Na usługi wasze wszytki!

Broń im zabrać, twarz zasłonić

Niech nie wiedzą, gdzie ich droga.

Oto szpada! Tobie bronić

Jej nie mogę. Masz znać władzę,

Ciurom braknie na odwadze

By tak zacną broń zabrali.

Mnie to jedno, kto zabierze,

Byle więcej nie żądali.

Jeźli zginąć mam, w ofierze

Szpadę ci tę niosę moją

Nie znam dobrze tych tajemnic,

Co po za jej ostrzem stoją,

Lecz wiem jedno, żem do ciemnic

Tych, do Polski tej podwoi

Szedł w tej szpadzie zadufany

By się hańby pomścić mojej.

Co ja widzę? co poznaję

Jaki kłopot niesłychany

Jaki srom mnie nagle chwyta?

Kto ci dał szpadę?

Kobieta.

Jak się zowie?

Milczeć muszę.

Lecz cóż wiesz o tajemnicy,

Która wiąże się z tą szpadą?

Tyle chętnie osłon ruszę:

Dając ostrze tej szablicy

Tą mnie opatrzono radą:

Jedź do Polski, w możnych oczy

Staraj świecić się tą bronią;

Będzie taki, co gdy zoczy

Dobrze znany dar przed laty

Dumną cię wspomoże dłonią:

Pan to wielki i bogaty

Lecz nie powiem ci nazwiska

Na przypadek, gdy nie żyje.

Nieba! jakież dziwowiska

Prawda, czy majaki czyje?

Wszak Wiolanty to jest szpada,

Którą dałem jej przed laty

Zaręczając, że bogaty

Takim ostrzem, gdy zagada

Do mych oczu stali błyskiem

Z ojca spotka się uściskiem.

Onaż, co życiem być miała

Ma stać się śmierci przyczyną?

Wszak wyrzekłem już, że zginą!

O igraszko ty zuchwała

Losu! nieba dopuszczenie!

On mym synem! O! cierpienie!

Mówi o tem znak niemylny

Serca popęd mówi silny:

Wszak skrzydlate się wydziera

Jako więzień oknem duszy,

Okiem ojca, co spoziera

Zamroczone łez powłoką

Szukające syna oko.

Co poradzę, co uczynię?

Przed Majestat wieść go ninie,

Tyle co na śmierć wieść znaczy —

Ukryć, schować, o! rozpaczy!

Nie dozwala mi przysięga.

Na dwie strony mnie rozprzęga

Miłość krwi i wierność tronu:

Ha! nie wahać mi się chwili,

Wiernym być mi aż do zgonu!

Czy nie mówił mimochodem

Że tu przybył powetować

Hańbę, którą go okryli:

Nie! nie! Hańba z moim rodem

W parze nie śmie postępować!

Krwi się mojej srom nie chwyta...

Ale honor, jak kobieta

Każde go spojrzenie wzruszy

Każdy wiatru powiew pruszy!

Czy kto winien, że go spotka

Ujma? czy innego środka

Chwytać się w obronie może

Jak mścić plamę na honorze?

Oj tej zemsty pragnie krwawej

Krew to moja! syn to prawy!

W niepewności tych nadmiarze

Trzeba jednę obrać drogę:

Gdy zataić go nie mogę

Jako syna go pokażę

Panu memu w błogiej wierze,

Że mu życia nie odbierze.

Wtedy też odważnym czynem

Honor zyszczem utracony...

Jeźli nie, toć potępiony

Niech nie wie, że moim synem.

(do Roz. i Klar.)

Chodźcie oba smutną drogą.

Lecz jeźli pocieszyć kogo

Może, gdy ma towarzyszy:

To wiedzcie, że i w zaciszy

Duszy mej, gdzie nikt nie zoczy

Śmierci i życie walkę toczy.

(odch.)

Na widok tyla piękności,

Na widok tyla promieni,

Miesza się z szmerem strumieni

Ptasząt śpiew, miesza w miłości

Bębnów i trąb wojowniczych

Dźwięk — w hołdzie wdzięków dziewiczych.

Spieszy się wszystko i pali

Aby was chwalić, więc chwali

Wasz klarnet, z metalu ptaszę

I ptak, klarynet pierzaty:

Królewnę głoszą armaty,

Minerwę wielbią puzany,

Aurorę czczą ptaki wasze

Florę te drzewa i kwiaty.

Ja zaś wdziękiem pokonany

Minerwy, Flory, Aurory,

Czyż dziwo, że wśród pokory,

Co niewolnikiem mnie czyni

Składam hołd mej Monarchini?

Jeźli z czynnośćmi ludzkiemi

W zgodzie ma zostawać słowo,

W niezgodzie z pochlebną mową

Hufiec twój lśniący ostremi

Dzidy. Jać się go nie boję

Ale zadziwiona stoję

W myśli łącząc, com słyszała

Z tem, na co spoglądać muszę.

Nie ludzką trzeba mieć duszę,

Zwierzęciu taka przystała,

Co zionąc pochlebstwem zdradnie

Czycha, aż łupu dopadnie.

Widzę, że moje zamiary

Niesłuszną wznieciły trwogę,

Lecz te postrachy, te mary

Chcę dziś rozproszyć i mogę.

Król Eustorg, władzca tej ziemi

Gdy wyrokami Bożemi

Do wiecznej poszedł dziedziny

Syna zostawił. Jedyny

Syn ten, dziś odzian w purpury

Włada. Bazylim nazwany.

Ale z żony ukochanej

Miał jeszcze Eustorg dwie córy.

Starsza, w gwiazd dzisiaj koronie,

Ciebie nosiła w swem łonie,

Młodszej — niech żyje najdłużej —

Korona Moskwy dziś służy

A ja dziedzicem i synem.

Tu ostrym wbija się klinem

Sporna obojga nas sprawa:

Bazyl, któremu nie stawa

Czasu na niewiast pieszczoty,

Bo cały księgom oddany,

Nie ma potomka na złoty

Tron swoich przodków. Szarpanej

W dwie strony jego ojczyznie

Któż ma panować? Dziewica

Choć z starszej córki zrodzona,

Czy się ma dostać mężczyznie

Z młodszej, z matki mojej łona?

Wujowi przedstawmy sprawę,

Niech rzuci oko łaskawe,

Niech ją ułoży, zagodzi!

Dlatego z Moskwy przychodzi

Dziś twój sługa uniżony,

Wojnę przynosić — daleki

Lecz innej wojny spragniony.

Amor niech włada na wieki

W obojej naszej dziedzinie,

Niech serca mego królową

Królewna polska zasłynie.

Pięknie dźwięczy wasze słowo,

Lecz chociażbym tron oddała

Nie wiem, czyby bodaj wdzięczność

Od Waszmości mnie spotkała,

Skoro w chwili, gdy w błękity

Podnosicie w górę dłonie:

Tam na piersiach twarz kobiety

W złotym błyszczy medalionie.

Zaraz wszystko wytłómaczę,

Chwila tylko... Ależ... baczę

Otoczony magnatami

Król nadchodzi.

(Wchodzi król Bazyli wśród świty.)

Nad mędrcami

Mędrcze!

Równy Euklidowi.

Któryś gwiazdom...

Księżycowi

Słońcu —

Drogi wyrachował.

Coś nad niebem...

Zapanował

Pozwól z pokornem poddaniem.

Z szczerem pozwól przywiązaniem,

Opleść się, jak powój błogi,

Pozwól ścisnąć się za nogi.

Uściskajcie mnie siostrzany:

Miłość wasza mi pociechą,

W sercu wierne budzi echo:

Wy mnie, wam ja wskroś oddany.

Starość gniecie mnie już blada,

Tchu niewiele w piersiach stanie,

Więc gdy mówić mi wypada,

Niech milczenia pobłażanie

Trud mówienia mi nadgrodzi!

Wiecie już książęta młodzi,

Wiecie pany i lennicy,

Przyjaciele, wojownicy,

Że mi świat na dziwowisko

Uczonego dał nazwisko.

Że Tymanta pędzel złoty

Że Lisyppa dłuto dzielne,

Plotą wieńce nieśmiertelne

Dla Bazyla wiedzy, cnoty.

Wiecie, że nad wszelką wiedzę

Matematykę ja śledzę,

Że wydarłem ludzkim dziejom,

Czem nas cieszą albo trwożą

(Nieszczęściami lub nadzieją)

Bo z mych tablic, gdy się złożą,

Umiem przyszłość czytać poźną

Siłę czasu przemódz groźną.

Koła te białości śniegu

Szklanne domy te w szeregu

Słońcem świetlne lub księżycem,

Kryształowe te budowy,

Dyamentem strojne głowy

W znaków niebios wzięte kluby:

Oto przedmiot badań luby

Gdzie wzniesionem patrzę licem.

Księgi moje to, złożone

Z brylantowych kart kolei,

Gdzie w sylaby wyzłocone

Pismo biegnie, to nadziei

To nieszczęścia na przemiany!

A ja w nich tak oczytany

Że myśl moja, w lot sokoła

Najzawilsze pojąć zdoła.

Ale czemuż, o niebiosy

Gdy mnie uczyniły losy

Komentarzem swych tajemnic

Przyszłej woli swej regestem,

Czemuż niezbadanych ciemnic

Pierwszy sam ofiarą jestem?

Czemu nożem mi się staje

Trudów mych, wiedzy zasługa,

Czemu praca moja długa

Zamiast życia — śmierć mi daje?..

O cierpliwość proszę jeszcze.

Żona moja — wy nie wiecie

Męzkie mi przyniosła dziecię...

Nigdy, nigdy na złowieszcze

Znaki, odkąd nam świeciło,

Niebo się nie wysiliło

Jak przed jego urodzeniem.

Matkę samą, nim cierpieniem

Światu miała dać człowieka

W śnie tysiąckroć trapią mary,

Że ten syn, straszydło wieka,

Żmija w człeka przemieniona

Śmiercią stanie się dla łona,

Co go wyda na tę ziemię.

W dzień urodzin całe brzemię

Strachów biedny świat zamroczy:

Słońce krwawą walkę toczy

Z jasnym księżyca promieniem,

A gdy ziemia swem ramieniem

Przeszkadzała w strasznym boju,

Czarnem karze ją zaćmieniem,

Takiem, jakie świat zastało

Kiedy Pana zwisło ciało.

Z głębin ziemi, w niespokoju

Wydzierały się płomienie,

W kurczach ziemia rozhukana

W ruinę słała budowl szczyty

A zaciemnione błękity

Gruz rzucały i kamienie.

Takiego strasznego rana

Zygmunt się zjawia na świecie,

Aby zaś stwierdzić, że zrodzon,

By złem za dobre nagrodzić:

Śmierć z życiem dziwnie się schodzą

Matka umiera, gdy dziecię

Światłość powitało dzienną.

Uzbrojon w wiedzę promienną

Czym potrzebował dochodzić,

Że syn mój, o losie smutny,

Dziki będzie i okrutny,

Bezbożny, bez czci i wiary?

Że w jedną zbrodni pustynię

Zamieni państwa obszary?

Że kiedyś myśl swą przychynie,

Aby stopy zuchwałemi

Zdeptać ojca włos sędziwy?

A więc ten potwór straszliwy,

Jeżeli nie kłamią znaki,

Wziąć było z powierzchni ziemi

Schować, zamazać poszlaki.

Wieść, że był nieżyw, puszczono,

Kryjówkę wnet znaleziono.

Zamknięto w wieży, do której

Słonecznym nawet promieniom

Wstępu zabraniają góry,

Srogie wydano rozkazy,

By nikt nie puszczał się w strony,

Gdzie między lasy i głazy

Żyje więzy obciążony,

Niczyjej nie widząc twarzy

Oprócz Klotalda i straży.

Gdzie innej nie zna osłody

Oprócz nauki i wiary,

Któremi w głębiach pieczary

Umysł kształcono mu młody.

Przecież w tej sprawie przytrudnej

Trzy względy objąć potrzeba:

Pierwszy, że ziemi tej cudnej

Nie chciałbym na dopust nieba

Jakiem tyraństwo, narażać;

Drugi mi każe rozważać,

Czy prawa ludzkie i boże,

Co tytuł syna mu dały,

Nie będą cierpieć zakały,

Jeźli z tyraństwa obawy

Dłużej się nad nim posrożę,

Czy wtedy ja sam się może

Wobec wolnego od winy

Okrutnikiem nie pokażę?..

Lecz i trzeci wzgląd rozważę

Trzeci, żem z marnej przyczyny

Przewidywania przyszłości

Na takie dał go srogości!

Wszakże najgorsze skłonności

Wszak gwiazda najfatalniejsza,

Choć działa na wolę człowieka,

Tej woli człowieka nie zmniejsza.

Więc niewidzianej od wieka

Chwycić się zamierzam drogi:

Jutro z swej wieży ubogiej

Wyjdzie, niczego nieświadom,

Tron mój i berło obejmie,

Wy go wesprzecie uprzejmie

Wiernością waszą i radą.

Jeźli się zacnym okaże

Moralnego pełnym zdrowia,

Królem waszym pozostanie

Druh dziczyzny w leśnym jarze,

Samotnego syn pustkowia.

Jeźli, czego nie daj Panie,

Srogim będzie, okrutnikiem,

Dość ja jeszcze wojownikiem,

Aby go pozbawić tronu

I w godniejsze dać go dłonie

Tych obojga, połączonych

W świetnym małżeństwa zakonie.

Do kochanych i rządzonych,

Teraz ręce moje wznoszę,

Jako książę rozkaz daję,

Jako ojciec z wolą staję,

Jako mędrzec radę głoszę,

Jako starzec siwy — proszę!

Niewolnicze pędząc życie

Królem przezwał się Seneka:

Jam dziś królem, jak widzicie,

Co w pokorę się ucieka.

Skoro mnie mówić wypada,

Mówię. Ze mną twoja rada

Jednogłośnie dopomina

Się zjawienia twego syna.

Pragniem królem mieć go zgodnie.

Widzę, żeście nieodrodnie

Do krwi mojej przywiązani.

Idźcie. Jutro z swej otchłani

Niech w fortunnej wyjdzie chwili.

Żyj nam! długo żyj Bazyli!

(odchodzą, zostają)

Mogęż mówić?

Mów bez trwogi,

Stary sługa zawsze drogi.

Choć nie skąpisz mi otuchy,

Przecież, królu, wbrew zachęcie

Trwoga trzyma mnie zacięcie.

Cóż się stało?

Rzecz niemała,

Miast radości smutek dała.

Mów!

Ten młodzian, cud rycerzy

Ujrzał księcia w jego wieży.

Wczoraj byłoby to winą

Dziś, gdy tajemnice giną

Obojętne ich odkrycie.

Przejdźcie do mnie, zobaczycie

Jakiej rzeczy niesłychanej

Służyć macie za narzędzie.

Winowajca wasz kochany

Z towarzyszem wolnym będzie.

(odchodzi.)

Chwała tobie książe, chwała.

(n. s.) Srogość losu złagodniała

Ale jeszcze nie pospieszę

Odkryć mu, że moim synem.

(g.) Obcy! krótko was pocieszę:

Zupełna wolność wam dana.

Dobroć twoja nieprzebrana

Nowem zajaśniała czynem;

Stokroć stopy twe całuję.

Ja cwałuję zaś, cwałuję,

Jak daleko nogi noszą

By spróbować ich z rozkoszą. (odch.)

Panie, odtąd życie moje

Twojem tylko, w służbę twoję

Zapisuję je z pokorą.

Życie twoje? Nie wiem, skoro

Hańby cię dosięgło znamię,

Skoroś przybył, by tej plamie

Sprawić kąpiel w krwi potoku:

Czy ci życie błyska w oku,

Czy ci pierś oddechem wzdyma:

Bez honoru — życia nie ma.

(n. s.) Niech rozgorze, jak pochodnia.

Prawda! Aleć pragnę co dnia

Zemsty, tak odwetu pragnę,

Pewnym taki, że kark nagnę

Co ubliżyć śmiał mej cześci:

Że się czuję, żywym czuję

W tem pragnieniu i boleści.

Więc ci szablę przypasuję,

Która nigdy nie zawodzi,

Co bez ciepłej krwi nie wraca

Gdy o cześć Klotalda chodzi

Biorę ją, niech dług mój spłaca,

Niech dosięgnie potentata.

Więc potentat?

W oczach świata

Taki, że go zwać się boję.

Chodzi mi o łaski twoje

Choć mam w sile zaufanie.

Więc sekretem niech zostanie,

Choćbym wolał wiedzieć może...

(n. s.) Gdybym wiedział... wielki Boże!

Wobec ciebie niech nie wiąże

Boleść języka lub trwoga:

Astolf-to, moskiewski książę.

Widzę: rzecz i sprawa sroga.

Dotrzeć muszę do przyczyny.

Jesteś z Moskwy, każdy inny

Mógł ci zabrać czci skarbnicę,

Lecz nie pan twój przyrodzony.

Potłum gniewy i tęsknicę

Proces z księciem? toć stracony.

Choć był księciem mym i panem,

Mógł mnie shańbić. Jam shańbiony.

Choćby dotknął się twej twarzy

(Coby było niesłychanem)

Z księciem waszym to nie waży.

Większą hańba moja była.

Więc ją wyznaj, sroższą jeszcze

Wyobraźni mojej siła.

Twym widokiem tak wzrok pieszczę,

Cześć mam taką dla twej głowy,

Że nie wiem jakiemi słowy

Straszny sekret ci powiedzieć.

Pomyśl, kiedy chcesz już wiedzieć

Że ta szata, co powleka

Postać moją, złudną szatą

Nie to kryje, co przyrzeka.

Z parą powiąż to bogatą

Która łączyć chce się śluby

Na mą hańbę, dla mej zguby.

Złącz Astolfa z moją dolą...

Więcej — łzy mi nie pozwolą. (ucieka)

Czekaj! wstrzymaj się na chwilę!

Jakież losu zawikłanie!

Nie! niepróżno się wysilę

Uchylić strasznej zasłony:

Honor krwi mej — zagrożony!

Przeciwnik jest potentatem,

Ona kobietą. A zatem

Pomagaj niebo! w potrzebie.

Tylko że w cieniach się grzebie

To niebo a wśród zamętu

Zbawczego nie znać okrętu.

(odch.)

Sigue explorando

Por su autor
Józef Szujski · 9 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Do Lesbii (Katullus, 1895)Gazela →

Expediente

Autor
Józef Szujski
Título
Dzień pierwszy
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-dzien-pierwszy--jozef-szujski-d09c78
Cita recomendada
Józef Szujski, «Dzień pierwszy», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-dzien-pierwszy--jozef-szujski-d09c78.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.